
Nie kochaj mnie
Autorzy
Vivienne Wren
Lektury
376K
Rozdziały
39
Miej coś od życia
SIDRA
„To szaleństwo” powiedziała nagle Brooke, jej włosy przyklejały się do błyszczyka na jej ustach, gdy mocno trzymała barierkę mostu. „Może po prostu pójdziemy na zakupy?”
„Żartujesz sobie?” Spojrzałam na nią i skrzyżowałam ręce na piersi. „Paplałaś o tym od kilku dni”.
Miejsce, w którym wysadził nas autobus, był wąską platformą przymocowaną do boku mostu. Widok był, muszę przyznać, naprawdę piękny – zielone rośliny i lśniąca błękitna woda daleko pod nami.
Bardzo, bardzo daleko pod nami.
Podeszłam bliżej barierki, spojrzałam w dół i od razu pożałowałam wszystkich wyborów, które mnie tu sprowadziły. Poruszająca się woda wyglądała, jakby chciała mnie połknąć.
Nogi mi zmiękły i chwyciłam się barierki.
Wymusiłam uśmiech i spojrzałam na Brooke i Avni, mając nadzieję, że nie tylko ja mam wątpliwości. Na szczęście ich twarze sugerowały, że były równie zaniepokojone.
„Jak się zastanowić, zakupy brzmią nieźle” powiedziałam, mój głos brzmiał wyżej niż zwykle. Nawet nie próbowałam ukryć, jak bardzo się boję – część mnie miała nadzieję, że zaczną mi współczuć i po prostu wrócimy do domu.
„Czekaj, nie, miałaś rację. Musimy mieć coś z tego życia” powiedziała Brooke, starając się brzmieć odważnie. „Będzie super”.
Chwyciłam się ramienia Avni, jakby mogła mnie uratować. „A ty, Av?” zapytałam. „Nadal chcesz to zrobić?”
Avni skrzywiła się i wyraźnie odsunęła od barierki. „Chyba tak” powiedziała cicho.
To mnie nie uspokoiło.
W tym momencie podszedł do nas facet w niebiesko-zielonej koszulce instruktora. Potargane, rozjaśnione słońcem kręcone włosy okalały mu twarz, a opalona skóra świadczyła o tym, że prawdopodobnie spędza dużo czasu w jasnym australijskim słońcu.
Jego uśmiech był szeroki i szczery, i tak zaraźliwy, że przyłapałam się na tym, że się uśmiecham, zanim zdążyłam się powstrzymać.
„Cześć, dziewczyny” powiedział z szeroko rozłożonymi ramionami, jakby czekał na grupowe przytulanie. „Gotowe na skok waszego życia?”
„Szczerze? Nie jestem pewna” odpowiedziałam, spoglądając jeszcze raz przez krawędź. Żołądek podszedł mi do gardła.
Roześmiał się beztrosko. „Zaufajcie mi, nie pożałujecie. Nie ma nic lepszego niż kilka sekund swobodnego spadania”.
Przełknęłam ślinę, zastanawiając się, czy jest szalony.
„Nazywam się Hamish” powiedział, wyciągając rękę. „Hamish Murphy”.
Każda z nas uścisnęła ją po kolei i podała swoje imię. Jego dłoń była ciepła i silna, a moja trochę spocona.
Wspaniale.
„Chodźcie za mną” powiedział, prowadząc nas w stronę małej grupki ludzi, która zebrała się przy autobusie.
Hamish zaprowadził nas do małego budynku, gdzie obejrzałyśmy film o bezpieczeństwie i dostałyśmy wszystkie potrzebne informacje. Moje serce ani na chwilę nie zwolniło.
Potem kilku innych instruktorów dołączyło do grupy, żeby pomóc wszystkim założyć sprzęt. Ten, który pomagał nam, przedstawił się jako Jasper Nguyen – ciemne włosy, zawadiacki uśmiech i już patrzył na Brooke, jakby naprawdę mu się podobała. Brooke oczywiście to cieszyło.
Zawsze przyciągała uwagę. Z jej falującymi blond włosami i twarzą, która wyglądała niemal jak u lalki, trudno było jej nie zauważyć.
A Brooke uwielbiała uwagę.
Kiedy już wszystkie byłyśmy bezpiecznie zapięte w uprzężach, Jasper zaprowadził nas na platformę do skoków, gdzie ostatnie kilka osób z poprzedniej grupy kończyło swoje skoki. Zobaczyłam, że dwoje z nich było przypinanych razem.
„Hej, Jasper?” zawołałam. „Każdy może skoczyć w parze, czy trzeba się na to zapisać wcześniej?”
Spojrzał tam, gdzie patrzyłam na parę teraz przypinaną do huśtawki. „Każdy” odpowiedział. „O ile oboje jesteście na to chętni”.
Od razu odwróciłam się do Brooke i Avni. „Któraś chce skoczyć ze mną?” zapytałam z nadzieją.
„Ja!” powiedziały obie jednocześnie.
Jasper cicho się roześmiał, przesuwając dłonią po czarnych włosach. „Cóż, powodzenia w decydowaniu” powiedział. „Dajcie mi znać, jak ustalicie – będę tam”.
Podszedł do barierki, oparł się o nią, jakby nie stał obok szczeliny w ziemi tak głębokiej, że miałam podejrzenia, że pod wodą jest gorąca lawa.
Odwróciłam się do dziewczyn, zastanawiając się nad moimi możliwościami. „Dobra, cholera” powiedziałam cicho, na wpół się śmiejąc. „Skoczcie razem. Zobaczę, czy jest ktoś inny chętny do skoku ze mną. Szczerze mówiąc, po prostu chcę móc się kogoś trzymać – nie obchodzi mnie kogo”.
„Jesteś pewna?” zapytała Avni, wyglądając na zaniepokojoną. „Możemy wszystkie skoczyć osobno. Wtedy będzie sprawiedliwie”.
Pokręciłam głową. „Nie. W porządku. W najgorszym razie skoczę sama. To był nasz plan do około dwóch minut temu. Równie dobrze mogę zacząć tę przygodę od faktycznego rzucenia się na głęboką wodę”.
Nie protestowały zbytnio – prawdopodobnie trochę ulżyło im, że mogą skoczyć razem, co mnie nie dziwiło, szczerze mówiąc.
Wzięłam głęboki oddech. Może tak miało być – może samotny skok naprawdę rozpocznie nowe życie, które miałam tu zacząć.
Wciąż nie wydawało mi się to wszystko prawdziwe – mój własny sklep surfingowy połączony z kawiarnią. W Australii.
Tide Coffee and Gear – w skrócie „Tide”. Pierwszy lokal otworzyłam w swojej rodzinnej miejscowości dwa lata temu, po upadku podczas zwykłego podnoszenia na treningu, który w jednej chwili zakończył moją karierę.
W jednej chwili byłam wschodzącą gwiazdą w profesjonalnej kompanii baletowej. W następnej byłam przestrogą dla innych.
Wielu lekarzy powiedziało mi to, co już wiedziałam: nigdy więcej nie zatańczę. Tak po prostu wszystko, dla czego się poświęcałam, wszystko, dla czego krwawiłam, płakałam i parłam do przodu – zniknęło.
I w bólu tej straty trzymałam się jedynej innej rzeczy, która kiedykolwiek sprawiała, że czułam się wolna: surfingu.
A właściwie – sprzętu surfingowego.
Mój brat surfował tak długo, jak ja tańczyłam – czyli od zawsze – a jego żona zawsze narzekała na brak dobrych strojów do prawdziwego jeżdżenia na falach. Bikini nigdy nie trzymały się tam, gdzie trzeba, pianki były zbyt ciasne i brzydkie, i lepiej nie prowokujcie jej, żeby zaczęła mówić o tym, jak bardzo nieetycznie większość marek surfingowych traktowała swoich pracowników.
Więc zabrałam się do pracy.
Włożyłam całą swoją skoncentrowaną, perfekcjonistyczną energię w projektowanie przyjaznego dla środowiska, ładnego, wysokiej jakości sprzętu. Sprzętu, który trzymał się na miejscu.
Sprzętu robionego w dobrych fabrykach, przez pracowników, którzy byli uczciwie opłacani. Sprzętu, który nie tylko robił to, co powinien – ale wyglądał też naprawdę dobrze.
I tak się to zaczęło. Mój sklep internetowy ruszył w ciągu kilku miesięcy, a kilka tygodni później szukałam lokali na sklep stacjonarny.
Potem Katherine, przyjaciółka rodziny, namówiła mnie, żebym otworzyła sklep też tutaj, w Australii. Miałam pomóc rozkręcić nowy lokal, a kiedy już będzie dobrze działał, ona przejmie go jako menedżerka. Taki był plan.
A teraz… byłam tutaj, gotowa zanurzyć się w nową przygodę.
Dosłownie zanurzyć.
Stałyśmy i patrzyłyśmy, jak reszta naszej grupy wykonuje swoje skoki. Jeden po drugim ludzie skakali z krawędzi, śmiejąc się lub krzycząc, albo jedno i drugie.
W końcu zostałyśmy tylko my trzy.
„No dobrze, dziewczyny, ostatnie skoki dnia” zawołał Jasper. „Jakieś specjalne życzenia? Może pożegnalny pocałunek od instruktora?” dodał, puszczając oko do Brooke.
Zachichotała i założyła włosy za ucho, jakby była nieśmiała. To właśnie była jej gra – ta dziewczyna nie miała w sobie ani grama nieśmiałości.
Ruszyłam znowu w stronę platformy, starając się zachowywać swobodnie, ale w końcu spojrzałam w dół. Wielki błąd. Żołądek podszedł mi do gardła i przez sekundę świat zawirował.
Cofnęłam się i próbowałam to zbagatelizować śmiechem. Może mogłabym po prostu… cicho się wymknąć podczas ich skoku. Nikt by mnie nie winił. Prawdopodobnie.
Patrzyłam, jak Avni i Brooke są przypinane razem, z ramionami mocno owiniętymi wokół siebie, policzkami przyciśniętymi blisko. Poczułam coś w piersi – ukłucie czegoś, czego się nie spodziewałam.
Byłam zazdrosna.
Wyglądały odważnie. Wyglądały, jakby do siebie pasowały.
A ja czułam się… samotna.
„Powodzenia, dziewczyny!” zawołałam, starając się brzmieć radośnie, gdy Jasper i inny instruktor – chyba Samuel – przypinali ich liny.
Cofnęłam się kilka kroków od platformy, odwracając się w stronę mostu.
Może to był znak. Może nie byłam gotowa.
„Zmieniłaś zdanie?” usłyszałam niski głos.
Zatrzymałam się. Te słowa jakby dotknęły mojej skóry.
Kiedy się odwróciłam, zaparło mi dech w piersi.
Stał kilka kroków dalej, wysoki i dobrze zbudowany, z jasnobrązowymi włosami, złotą skórą i aurą, która mocno mnie przyciągała.
Spojrzał mi w oczy – i nie spuścił wzroku.
„Ee…” powiedziałam, policzki mi płonęły. „Może. Nie jestem jeszcze pewna”.
Próbowałam odwrócić wzrok, ale nie mogłam.
Moje nerwy przemieniły się w coś zupełnie innego – coś iskrzącego i trzepoczącego.
Motyle. A niech to.
Uśmiechnął się, jego oczy przesunęły się w dół mojego ciała i z powrotem w górę, powoli i pewnie, jakby mnie uważnie oglądał – i jakby podobało mu się to, co widzi.
„Cóż” powiedział tym samym głosem z chrypką, „lepiej decyduj szybko. Jesteś następna”.















































