
Miłość wśród półek
Autorzy
Oonagh C. K.
Lektury
256K
Rozdziały
31
Rozdział 1
GRACE
Śnieg osiadał na wystawach księgarni w powolnych kręgach. Każdy mały płatek odbijał słabe grudniowe światło, które przebijało się przez szare chicagowskie niebo. W środku było ciepło od herbaty cynamonowej, którą zrobiła Hannah, i od starego zapachu książek czytanych wiele razy.
„Grace, jeśli jeszcze jedna osoba zapyta o tę pieprzoną książkę kucharską, to naprawdę zwariuję”, powiedziała Hannah od strony frontowego okna. Układała książki w sekcji, którą nazwała „Prezenty na ostatnią chwilę, za które cię nie wydziedziczą”. Próbowała w ten sposób dodać trochę humoru do naszej marnej świątecznej sprzedaży.
Podniosłam wzrok znad laptopa. Powinnam pracować nad inwentarzem, ale tak naprawdę przeglądałam niezapłacone rachunki. „Tę od celebryty, który wyraźnie nie wie, jak zagotować wodę, czy tę, która obiecuje cuda wykonane z resztkami po Święcie Dziękczynienia przy pomocy frytkownicy?”
„Tę z frytkownicą”. Podniosła książkę z jaskrawą, paskudną okładką. Widniał na niej indyk w maleńkich goglach. „Ktoś naprawdę pytał, czy mamy ją w twardej oprawie. Myślę, że chcą jej, bo jest ciężka. Lepiej nią komuś przyłożyć niż z niej gotować”.
Roześmiałam się, ale śmiech nie brzmiał szczerze. Hannah miała w sobie wyjątkową umiejętność znajdowania we wszystkim czegoś dobrego. Miała dwadzieścia lat i wciąż była zadowolona z życia, bo jeszcze jej nie poturbowało. Czasami żałowałam, że nie mogę być taka jak ona.
Dziś miałam wrażenie, że patrzyłam na to, kim kiedyś byłam.
Sprawdziła telefon i wzięła płaszcz zza lady. „Mogę iść na lunch wcześniej? Siostra spotyka się ze mną w Loop, a wiesz, jak reaguje, kiedy się spóźniam”.
„Jasne. I przynieś mi coś słodkiego z tej piekarni na Clark”.
„Tę bułkę cynamonową, która bardziej przypomina deser niż śniadanie?”
„Właśnie tę”.
Kiedy wyszła, zapanowała cisza. Nawet głos Sinatry ze starego radia wydawał się przyciszony. Jakby ciężar wszystkiego, o czym starałam się nie myśleć, pochłaniał wszystkie dźwięki.
Sięgnęłam pod ladę po kopertę, której unikałam przez cały ranek. Moje palce nie chciały dotknąć tego, co zapowiadało się na bardzo złą wiadomość.
Zaległość w płatności. Wymagane natychmiastowe działanie.
Liczby na dole wyglądały, jakby mnie osądzały, a ja już przegrałam. Miałam dwadzieścia osiem lat i już zawaliłam marzenie, które miało mnie uratować.
Ta księgarnia miała udowodnić, że potrafię zbudować coś trwałego, coś ważnego. Zamiast tego czułam się, jakbym stała na pękającym lodzie bez żadnego bezpiecznego miejsca.
Wepchnęłam list z powrotem w jego kryjówkę. Pomyślałam, że jeśli go nie będę widzieć, może zniknie. Dzwonek nad drzwiami rozbrzmiał w pomieszczeniu i przerwał moje użalanie się nad sobą.
Do środka wpadło zimne grudniowe powietrze, a ja podniosłam wzrok. Spodziewałam się zwykłych przedświątecznych klientów – zestresowanego rodzica, turysty na spacerze, może kogoś zabijającego czas przed lunchem.
Zamiast tego do środka wszedł mężczyzna, który nie wyglądał, jakby pasował do przytulnej księgarni. Był wysoki, miał ciemne włosy pokryte śniegiem. Nosił ciemnoszary wełniany płaszcz, który na pewno nie pochodził ze zwykłego sklepu.
Było w nim coś, co przyciągało uwagę, bez wysiłku z jego strony.
Moją pierwszą myślą było odwrócenie wzroku. Drugą – dalsze patrzenie i nadzieja, że mnie nie przyłapie.
Na moment spojrzeliśmy sobie w oczy. Były bystre i uważne w sposób, który sprawił, że zapomniałam, co pisałam.
„Mogę w czymś pomóc?” zapytałam. Byłam dumna, że mój głos brzmiał normalnie.
„Szukam książki”, powiedział niskim i spokojnym głosem. Nie był to zmęczony głos kogoś po długim dniu. To był taki głos, który sprawiał, że chciało się podejść bliżej, żeby usłyszeć każde słowo.
„Mamy ich sporo”.
Kącik jego ust uniósł się lekko. „Nazywa się The Clockmaker’s Garden. Jest stara, pewnie już nie jest drukowana”.
Przechyliłam głowę. „Niezbyt szybko schodzi z naszego świątecznego stołu bestsellerów. Dlaczego jej szukasz akurat teraz?”
„To była pierwsza książka, którą sam przeczytałem”, powiedział, a coś w jego twarzy się zmieniło. „Miałem egzemplarz, kiedy byłem dzieckiem, ale go zgubiłem”.
Sposób, w jaki powiedział zgubiłem, wydawał się znaczyć więcej niż to słowo.
„Może mam ją na zapleczu”, powiedziałam mu. „Daj mi chwilę”.
Prawda była taka, że wiedziałam dokładnie, gdzie jest. Na mojej półce z rzadkimi książkami, stała tam od miesięcy pokryta kurzem. Okładka była zniszczona, strony pożółkłe od wieku, ale zabawne ilustracje wciąż były żywe.
Zawsze się zastanawiałam, kto ją kupi.
Kiedy wróciłam i położyłam ją na ladzie, całe jego zachowanie się zmieniło. Niewiele, ale wystarczająco, żebym dostrzegła moment, gdy ją rozpoznał. Coś w jego oczach się uspokoiło, jakby wracał do domu.
„To ona”, powiedział cicho. Dotknął okładki czubkami palców, jakby mogła się rozpaść przy zbyt mocnym dotyku.
„To pierwsze wydanie”, powiedziałam. „Co oznacza, że nie jest tania”.
Nawet nie zareagował na cenę z tyłu. Większość ludzi by odeszła albo przynajmniej się zawahała. On po prostu sięgnął po portfel.
Kiedy ją ostrożnie pakowałam, najpierw w ochronną folię, potem w brązowy papier, czułam, że mnie obserwuje. Szczególnie zadbałam o rogi. Upewniłam się, że wszystko jest zabezpieczone, po czym przesunęłam paczkę przez ladę.
„Dziękuję, Grace”, powiedział.
Zamarłam. „Nie podałam ci swojego imienia”.
Spojrzał w stronę małej tabliczki przy kasie: Pytaj o Grace!
„Och. Racja”. Twarz mi się rozgrzała. „Zapomniałam o tabliczce”.
Uśmiechnął się wtedy, a to zmieniło całą jego twarz. Prawdziwe ciepło zastąpiło wcześniejszą powagę.
Potem zniknął. Dzwonek zadzwonił, gdy wychodził. Zostało tylko zimne powietrze i zapach zimy.
Hannah wyszła zza zaplecza ledwie trzydzieści sekund później. Miała pełne ręce zwróconych książek. „Okej, kim był ten przystojniak, którego właśnie widziałam wychodzącego z książką?”
„Nie mam pojęcia”.
Przyjrzała się mojej twarzy uważnie, jak detektyw. „Uśmiechasz się”.
„Nie uśmiecham się”.
„Absolutnie się uśmiechasz. To bardzo dziwne”.
„Po prostu myślę o bułce cynamonowej, którą mi przyniosłaś”, powiedziałam, wyciągając rękę.
„Aha”. Oparła się o ladę i podała mi brązową papierową torbę, która pachniała cudownie. „Powinnaś była za nim pobiec. Poprosić o numer”.
„Jestem prawie pewna, że tak nie działa obsługa klienta”.
„Mogłaby to być nowa strategia biznesowa. Bardzo osobiste doświadczenie zakupowe”.
Przewróciłam oczami i wzięłam torbę. Ciepła bułka cynamonowa w środku już poprawiała mi dzień.
***
Zanim zamknęłam księgarnię i wyszłam na zewnątrz, niebo przybrało ten szczególny zimowy błękit, który pojawia się tuż przed całkowitym zmrokiem. Mój oddech tworzył małe obłoczki w mroźnym powietrzu. Śnieg przyjemnie chrzęścił pod butami, gdy szłam do domu.
W środku budynku korytarz pachniał jak zwykle: czyimś przypalonym obiadem, lawendowymi perfumami pani Kowalskiej i zatęchłym zapachem, który zdawał się zawsze unosić w tych starych chicagowskich apartamentach. Próbowałam znaleźć klucze, trzymając jednocześnie torebkę, zimną herbatę i torbę z muffinkami żurawinowymi, które Hannah kazała mi wziąć.
Pierwszą rzeczą, którą zobaczyłam, gdy otworzyłam drzwi, była góra nietkniętej poczty na kuchennym stole. Nie tylko stos – prawdziwa góra rzeczy, które ignorowałam. Niektóre koperty wyglądały oficjalnie i groźnie. Inne były rachunkami udającymi coś innego. Kilka z nich to pewnie kartki świąteczne od krewnych, którzy wciąż myśleli o mnie jak o dwunastolatce.
Rzuciłam płaszcz i torbę. Zdjęłam mokre buty i spojrzałam na papierową górę. Ona patrzyła na mnie.
Telefon zadzwonił, zanim zdecydowałam, czy zająć się pocztą, czy dalej udawać, że jej nie ma. Na ekranie pojawiło się zdjęcie Emily – mojej matki, wyglądała tak, jakby zawsze martwiła się o moje życiowe wybory.
„Cześć, mamo”.
„Grace, kochanie, brzmisz na zmęczoną. Jesz porządnie? Śpisz wystarczająco dużo?”
Skąd wiedziała?
„Co masz na myśli przez porządnie?”
Westchnęła w ten wyćwiczony sposób, którego matki uczą się przez lata. „Pytam, bo zawsze jesteś zmęczona zimą. Powinnaś brać witaminę D. I może więcej wychodzić. Spotykać się z ludźmi”.
„Spotykam się z ludźmi cały czas. Prowadzę księgarnię”.
„To nie to samo i dobrze o tym wiesz”.
Jej głos złagodniał i usłyszałam brzęk naczyń w tle. Pewnie robiła sobie wieczorną herbatę. „Po prostu nie chcę, żebyś była samotna, skarbie”.
„Wszystko w porządku, mamo. Naprawdę. Jak przygotowania do jutrzejszej imprezy?”
„Och, zwykły świąteczny chaos. Pani Henderson uważa, że firma cateringowa próbuje wszystkich otruć zbyt dużą ilością czosnku, a twoja babcia ciągle powtarza, że schowa się w bibliotece do stycznia. Przyjedziesz, prawda?”
„To tradycja”.
„Dokładnie to samo powiedziałam twojej babci. Będzie cudownie, a kto wie, może kogoś poznasz. Mam rozeznanie w większości z nich, więc to najlepsze miejsce, żeby znaleźć tego właściwego”.
„Tak, nie wiem. Jeśli ktoś potrzebuje najlepszego prawnika, to chyba nie jesteśmy na tym samym poziomie”.
Rozmawiałyśmy jeszcze przez dwadzieścia minut o sąsiadach, świątecznych planach i o tym, czy może przyjadę na Nowy Rok. Wydawałam dźwięki, jakbym o tym myślała.
Kiedy się rozłączyłam, mieszkanie wydawało się bardzo ciche. Stos poczty nadal tam siedział, osądzał mnie z drugiego końca pokoju.
Zrobiłam sobie zamiast tego kolejną herbatę.
















































