
Godzina czarownic Księga 2: Księżycowa zguba
Autorzy
Lektury
19,3K
Rozdziały
26
Prolog
Księga 2: Zguba Księżyca
„Kto walczy z potworami, niechaj uważa, by samemu nie stać się potworem... bo gdy długo spoglądasz w otchłań, otchłań spogląda również w ciebie.”
Friedrich Nietzsche
Osada Nephastor
Pensylwania
1693
Południowe pasmo gór Allegheny stało w płomieniach. Słychać było krzyki grup Anglików, choć miejscowi osadnicy nie rozumieli z tego ani słowa. Mogli tylko z przerażeniem patrzeć, jak ich las płonie. Pożar został wzniecony przez jednego człowieka, który ścigał potwory i demony.
Ten jeden człowiek, tak zwany szeryf z Dark Hollow, był zdeterminowany. Chciał oczyścić ziemię z tego, z czym nie poradzili sobie miejscowi. Chciał zniszczyć znamię bestii.
Protestanci przybyli na początku tygodnia. Przyjechali z północno-wschodniej przełęczy wokół jeziora. Wyłonili się z mgły na koniach, niosąc miecze i strzelby. Zostali poprowadzeni do Nephastor przez tubylczego przewodnika. Był to członek plemienia Lenape, któremu zapłacili złotem i futrami.
Indianie zresztą wcale nie potrzebowali zapłaty. Plemię Lenape było równie wściekłe z powodu nowego zła, które nawiedziło ich ziemie.
Szeryf wioski, Bendorf, spotkał się z rudobrodymi Anglikami, gdy o świcie wjechali do osady. Znał trochę angielski, więc starał się dowiedzieć, dlaczego tu przybyli.
Anglicy wskazali na surowego mężczyznę jako swojego przywódcę. Siedział on w siodle z glinianą fajką w rogu ust. Nazywali go wielebny Jeremiah Talbot, szeryf z Dark Hollow.
Miał na sobie płaszcz, a na głowie wysoki kapelusz z szerokim rondem, przepasany grubym, czarnym skórzanym paskiem z miedzianą klamrą. Właśnie takie nakrycia głowy nosili angielscy protestanci, gdy przybyli do Nowego Świata.
Większość purytanów nosiła proste, podobne do siebie ubrania, ale wielebny Talbot wyglądał inaczej. Jego strój przypominał bardziej mundur niż codzienne ubranie.
Jego wysoki kapelusz był ozdobiony symbolami religijnymi. Na górze przypięto metalowe krzyże i wyszyto białą nicią słowa z Pisma Świętego. W klamrę kapelusza wsunięta była mała książka w twardej oprawie. Była to święta Biblia.
Pod płaszczem miał grubą skórzaną kamizelkę, zapiętą na trzy paski. Z przodu jego zniszczonego pancerza znajdowały się naostrzone drewniane kołki. Były tam też butelki z czarnym prochem, fiolki ze świętą wodą i wreszcie srebrne kule do muszkietu.
Szeryf z Nephastor podszedł do wielkiego, czarnego konia. Przywitał drugiego stróża prawa łamaną angielszczyzną. Wielebny mocno zaciągnął się dymem z glinianej fajki. Płonący tytoń zajaśniał jasnopomarańczowym światłem, które odbiło się w jego dziwnym oku.
Szeryf Bendorf zauważył, że wielebny miał niemal całkowicie białe, szklane oko. Długa blizna przecinała jego twarz, przechodząc przez oczodół i kącik ust. Wszystkie znaki były widoczne, a cel wielebnego był jasny jak słońce.
Ten purytanin był łowcą czarownic. Frakcja łowców czarownic stała się popularna w Nowym Świecie, zwłaszcza w angielskich koloniach. Ci religijni mordercy pochodzili z Wielkiej Brytanii, gdzie czarownice były najbardziej znienawidzone. Wyruszali oni w najbardziej nawiedzone miejsca, by polować na swoją ofiarę.
Łowcę czarownic prowadziła niezachwiana wiara. Jego ręką kierował sam Bóg. Jedynym celem tych ludzi było oczyszczenie ziemi z plagi. Chodziło o plagę czarów i oddawania czci diabłu.
Łowca czarownic używał okrutnych metod i narzędzi tortur. Był niezwykle niebezpiecznym człowiekiem. Niemieccy osadnicy znali tych Anglików i nie mieli o nich dobrego zdania. Romowie zresztą też, choć oni gardzili nimi jeszcze bardziej.
Czarownice z cygańskich taborów uważano za mądre kobiety i uzdrowicielki. Bendorf wiedział, że jeśli ten żądny krwi łowca zagrozi ich kobietom, Romowie bez wahania się zbuntują.
Zanim Augustus zdążył zadać łowcy kolejne pytania, wielebny Talbot odezwał się pierwszy.
„Powiedz mi, szeryfie, czy wiesz, po co przybyliśmy do waszej osady?” Głos wielebnego był szorstki. Kiedy mówił, brzmiało to jak pocieranie papierem ściernym o suche, kruche drewno.
Augustus pokręcił głową.
„Nein, mein Herr. Co sprowadza was tutaj, do Nephastor? Nie potrzebujemy waszych usług, Anglicy.”
Wielebny ponownie zaciągnął się fajką. Zanim znów się odezwał, w milczeniu wypuścił gęsty, biały dym z obu nozdrzy.
„Nie masz pojęcia, co sprowadza nas do waszej wioski. Jesteś głupcem i kłamcą. Czy ty i twoi ludzie nie zostaliście dotknięci znamieniem bestii? Nasz przewodnik powiedział co innego. Twierdzi, że nasze cierpienie jest również waszym. A co gorsza, że nasze cierpienie jest waszym dziełem.”
Gdy mówił, ciche wydechy między słowami ulatywały przez jego fajkę. Rozpalony tytoń płonął i odbijał jasnoczerwone i pomarańczowe światło w szklanym oku wielebnego.
Świecące oko nadawało łowcy demoniczny wygląd. Jego twarz była skryta w cieniu pod szerokim rondem skórzanego kapelusza.
Augustus wiedział, że słowa wielebnego nie mijały się z prawdą. Na czole szeryfa pojawiły się krople potu, gdy stał w milczeniu, głęboko zamyślony.
Wiedział, że musi ostrożnie dobierać słowa. Nephastor nie miało wystarczającej liczby ludzi ani broni, by obronić się przed tak ciężko uzbrojonymi intruzami.
Był również odpowiedzialny za Romów. Wiedział, że użyliby przemocy, gdyby ich ludziom groziło niebezpieczeństwo.
Brak odpowiedzi ze strony szeryfa wywołał niezadowolenie wielebnego. Łowca mocno chwycił wodze. Dźwięk napinającej się skóry ze zszywanych rękawic na pięści wielebnego sprawił, że przerażony szeryf lekko się wzdrygnął.
Wycierając czoło rękawem, Augustus oparł przedramię na rękojeści swojego pistoletu skałkowego i spojrzał na łowcę.
„Moja kwatera jest tam. Chodź ze mną, a porozmawiamy w cztery oczy. Jak stróż prawa ze stróżem prawa. Powiedz swoim ludziom, żeby zostali na miejscu i zostawili moich w spokoju. Nie ma potrzeby rozlewu krwi, Angliku.”
Augustus poprowadził konia przez wioskę w stronę swojej drewnianej chaty. Na wzgórzu z widokiem na miasteczko stała nowo wybudowana katedra.
Wielebny Talbot spojrzał na wspaniałą budowlę, gdy z jej wnętrza dobiegło bicie dzwonów. Był zafascynowany widokiem tak wielkiego budynku. Do tej pory w koloniach budowano głównie chaty z bali i domy kryte strzechą.
Ta dziwna budowla wzbudziła w nim większe podejrzenia, ale trzymał język za zębami. Zsiadając z konia, wielebny wszedł za szeryfem do jego domu i zamknął za sobą drzwi.
Augustus zaproponował łowcy trochę miodu pitnego, ale mężczyzna odmówił. Szeryf usiadł i zaoferował mu krzesło. To był kolejny przyjazny gest, który łowca chłodno odrzucił.
Zamiast tego wielebny Talbot odwrócił się w stronę kamiennego kominka na końcu chaty. Powoli podszedł do ciepłego paleniska. Ostrogi przy jego ciężkich butach do konnej jazdy głośno brzęczały przy każdym kroku. Błoto odpadało od nich i brudziło czystą drewniananą podłogę.
Kiedy doszedł do gzymsu, wielebny pochylił się i wyciągnął ręce w stronę trzaskającego ognia. Z jego nozdrzy znów uniósł się obłok białego dymu, gdy przemówił szorstkim głosem.
„Możesz darować sobie te kłamstwa, szeryfie.”
Augustus spokojnie postawił kufel z miodem na stole, słuchając łowcy czarownic.
Wielebny Talbot sięgnął po pogrzebacz, zdjął go ze stojaka i wbił żelazny pręt w płonące drewno. „Wiem, że bestia pochodzi z waszej wioski.”
Szeryf Bendorf pochylił się i oparł łokcie na stole, przeczesując dłońmi gęste, czarne włosy. „O jakiej bestii mówisz, Angliku?”
Z kamiennego kominka dobiegł głośny trzask, gdy wielebny poruszył drwa. Płomienie strzeliły w górę, rzucając długi cień łowcy na podłogę małej chaty.
„Dobrzy ludzie z Blackwater Post wysłali samotnego jeźdźca do Dusk Hollow dwa miesiące temu. Jeździec został przyprowadzony do mnie. Moi ludzie wiedzieli, że w młodości byłem łowcą czarownic. Chłopak opowiedział o wielkiej bestii o potężnych kłach.
„Mówił o wilczym stworzeniu, które chodziło prosto jak człowiek. Ten diabeł napadł na ich domy o zmierzchu i zabił wiele dzieci. Zabił i pożarł.
„Zwołano mężczyzn i próbowali walczyć z diabłem, ale był zbyt silny. Zabijał i pożerał kolejnych, aż zaszła pełnia księżyca. Uciekł w głąb lasu, ale wcześniej zabrał ze sobą dwoje płaczących niemowląt. Nawet jeszcze nie odstawionych od piersi matek.”
Augustus drapał się z tyłu głowy swoimi brudnymi paznokciami. Swędzenie nasilało się z każdą chwilą, gdy nie wyznawał łowcy ukrywanej prawdy.
Wielebny Talbot znów pobawił się drewnem w kominku i kontynuował opowieść.
„Kiedy chłopak skończył mówić, modliłem się za niego. Odprawiłem go jednak w drogę, dając mu tylko boże pocieszenie. Widzisz, szeryfie, jestem człowiekiem rozumu. Niełatwo mną kierują emocje czy głupie pomysły. Ta historia brzmiała jak pogańskie gadanie katolików. Takie samo, jakie rozsiewa się w lasach twojej ojczyzny. Jedyne zło, jakie widziałem w młodości, pochodziło od czarownic.
„Od kobiet, które sypiają z demonami. Które noszą gwiazdę pentagramu i szepczą wulgarne zaklęcia, drwiąc z naszego Pana. Ale żadnej bestii nie potrafią zesłać. Bo jakież zło nasz stwórca dopuściłby do świata, jeśli nie z własnej woli?”
Wielebny rzucił pogrzebacz na palenisko z głośnym trzaskiem. Podnosząc się, Talbot uderzył zaciśniętą pięścią w gzyms kominka.
„Byłem głupcem, że byłem tak ślepy. Przez moją niewiedzę ten sam diabeł zstąpił na moją własną osadę. Przyszedł nocą. Żółtooki i cichy.
„Ze snu wyrwały mnie krzyki. Chwyciłem moją strzelbę i toporek, i wybiegłem na zewnątrz. Zobaczyłem tylko ciała sąsiadów i przyjaciół, rozrzucone w błocie jak zabite świnie! Diabeł poruszał się szybko jak wiatr. Biegł na czworakach, a potem stawał na nogach, by zaatakować niczym wielki człowiek.
„Strzeliłem do niego, ale zrobiłem mu tylko draśnięcie. Mój toporek zaszkodził mu jeszcze mniej. Jednym uderzeniem ten diabeł odebrał mi oko. Potem wszedł do mojego domu i zabrał moją żonę oraz syna.”
Wielebny Talbot odwrócił się od kominka, by spojrzeć na przerażonego szeryfa. Odrzucił płaszcz w tył, wyciągnął kołek z rękawa i powoli zaczął zbliżać się do stołu.
„Ból obudził moją przeszłość, szeryfie. Śledziłem diabła aż do kolonii Penna. Spotykałem się z katolikami i cyganami.
„Dowiedziałem się o diable, którego nazywacie wilkołakiem. O tym, że czarownice mogą zmienić mężczyznę w bestię, by mógł polować w lesie. Szerzą strach i przerażenie w imię swojego mrocznego pana. Cóż, szeryfie, to się tutaj kończy.
„Przybyłem tu, by oczyścić wasze ziemie z bestii i z czarownic. Ogniem i siłą. Wasz demon nie będzie już zabijał niewinnych. Powiesz mi, kim jest ten diabeł. Gdzie znajdę ten sabat. Jeśli ukryjesz prawdę, przysięgam na Boga, że spotka cię los o wiele gorszy niż śmierć!”
Wielebny pochylił się nad szeryfem i wbił drewniany kołek głęboko w stół, przebijając dłoń szeryfa. Augustus krzyknął z bólu, gdy krew spływała przez dziurę w stole.
Talbot złapał szeryfa za ramiona i szarpnął nim, by spojrzeć mu prosto w oczy. Talbot wyglądał jak dzika bestia. Przez zaciśnięte zęby i rozchylone wargi widać było ostre kły.
Z kącika jego ust spływała spieniona ślina. Jego fajka upadła na podłogę.
„Daj mi nazwisko, szeryfie!”
Augustus zacisnął oczy i wykrzyczał jedno imię. Imię to poniosło się echem z wnętrza chaty na całą wioskę i las wokół.
„Vonn Stumpfer!”
***
Wypowiedziane imię było wszystkim, czego łowca potrzebował do polowania. Śmierć szybko spadła na odizolowaną osadę w postaci okrutnej walki. Talbot nie różnił się od bestii, na którą bezkarnie polował.
Wielebny palił kobiety na stosie dziesiątkami. Zarówno Niemki, jak i Romki. Najpierw napadł na posiadłość Vonn Stumpfera. Gdy nie znalazł młodego Johanna, zaczął torturować i mordować, by dowiedzieć się o innych kryjówkach w okolicy.
Dni mijały w szybkim tempie. Każdy zachód słońca prowadził do nowej fazy cyklu księżycowego. Wypukły księżyc zmienił się w malejący sierp, a cykl coraz bardziej zbliżał się do kolejnej pełni.
Ciągłe poszukiwania do niczego nie doprowadziły. Łowcy pozostały tylko potężne góry Allegheny na granicy osady. Skoro diabła nie udało się znaleźć, wielebny Talbot postanowił wypędzić go z ukrycia dymem.
Zebrano pochodnie i smołę, a w noc pełni księżyca podpalono las. Pomarańczowe światło słońca zostało szybko zastąpione przez ryczące płomienie ognia. Sosny zapaliły się szybko, bo w okolicy dawno nie padał deszcz.
Światło płonącego lasu przypominało blask samego słońca. Ludzie z Nephastor uważali Anglików za szaleńców, za istne wcielenie diabła. Jelenie, ptaki i gryzonie uciekały w dzikiej panice przed niszczycielskim pożarem, który pochłonął zbocze góry.
Zwierzęta łowne, które wyżywiłyby ich dzieci i starszych, spłonęły na popiół na ich oczach. Czego nie zabrał im wilkołak, to odebrał łowca wilkołaków. Tysiące przekleństw, padających zarówno z niemieckich, jak i romskich ust, rzucono na pijanego krwią łowcę demonów i bestii.
Wielebny Talbot nie dbał o błagania i złości zwykłych ludzi. Był ślepy, napędzany gniewem i chęcią zemsty na potworze.
Kiedy zapadła ciemna noc, w odpowiedzi na światło srebrnego księżyca rozległo się głośne, potworne wycie.
Łowca czarownic zaśmiał się jak szaleniec. Wyciągnął posrebrzany miecz i rozkazał swoim ludziom przygotować pułapki. Zaciśnięto liny i przykryto materiałem świeżo wykopane doły.
Wielebny wkrótce miał stanąć do walki z wrogiem. Naciągając kurek swojej strzelby, Talbot uważnie obserwował las w poszukiwaniu ofiary. Pośród popiołu i resztek płonących sosen, zobaczył coś znajomego.
Parę bursztynowych oczu, świecących w ciemności.
„Chodź, diable, i zmierz się ze swoją śmiertelnością. Zapłacisz za to, co zrobiłeś. Niech Bóg prowadzi moją rękę. I niech nie zna litości, ani nie udzieli ci ochrony przed swoim sprawiedliwym wyrokiem!”
Jeden huk rozszedł się po dolinie. Po nim rozległ się dźwięk kuli przebijającej ciało bestii. W odpowiedzi rozległ się ryk wilkołaka, a po nim potworny wrzask łowcy czarownic, gdy ostre kły przebiły jego ciało.
Jego ludzie oddali kolejną salwę ze strzelb. Próbowali zapędzić potwora w jedną ze swoich pułapek. To wszystko na nic. Bez silnego przywódcy, oddział purytanów został z łatwością wyrżnięty.
Szeryf Bendorf wybiegł z miasteczka z bronią w spoconych dłoniach. Usłyszał ryk swojego dawnego przyjaciela zamienionego w bestię. Myślał o zniszczeniu spowodowanym przez sekrety ukrywane przez sabat. Sabat, o którym nie miał nikomu mówić.
Jego sumienie było obciążone, a poczucie winy przegnało strach przed zwróceniem się przeciwko członkom własnego sabatu. Zamierzał wykończyć bestię i przywrócić w kolonii spokój. Pomyślał, że może wtedy Bóg wybaczy jego potępionej duszy.
Bendorf biegł wzdłuż linii drzew w poszukiwaniu wilkołaka. Po chwili znalazł to, czego szukał. Wielka bestia stała nad nieruchomym ciałem łowcy czarownic.
Augustus naciągnął kurek pistoletu i uniósł broń.
„Johann!” krzyknął Augustus do potwora. Stwór odwrócił się, by spojrzeć na nowego przeciwnika.
Wilkołak warknął i zaryczał na szeryfa.
„Das muss enden.” Augustus zamknął słabsze oko i wymierzył w serce bestii.
„Auf wiedersehen, mein Freund.”
Kula rozerwała serce wilkołaka. Bestia zdążyła jednak podejść blisko i zadać szeryfowi poważną ranę.
Augustus został odrzucony do tyłu i uderzył w pień spalonej sosny. Od razu stracił przytomność.
Na niebie zebrały się chmury. Wkrótce zaczął padać ulewny deszcz.
Pożar lasu został szybko ugaszony przez burzę. Wiatr również przybrał na sile. Wył nad doliną, napędzany przez to, co miejscowi uznali za krzyki kobiet ze szczytów gór.
Nagie, martwe ciało Johanna Vonn Stumpfa zostało wkrótce znalezione przez miejscowych. Leżało pomiędzy ledwie żywymi ciałami szeryfa Augustusa Bendorfa i wielebnego Jeremiaha Talbota.
Kobieta w czarnym kapturze rozkazała grupie Romów zebrać ciała i zanieść je do kościoła.
Błyskawica przecięła chmury burzy.
Johann Vonn Stumpf nie doczekał się pochówku ani stosu pogrzebowego. Ciemnowłosa kobieta w ciąży kazała mężczyznom zostawić jego ciało tam, gdzie leżało.
Mężczyźni chwycili dwóch rannych, żyjących ludzi i odeszli, mówiąc tylko krótkie zdanie.
„Tak, Alino.”















































