
Buntownicze dusze Książka 3: Stworzony do grzechu
Autorzy
Lektury
74,8K
Rozdziały
22
Rozdział 1
Księga 3: Stworzeni do grzechu
BENDER
Byłem setki mil od domu. To co najmniej dwie godziny drogi. Nie zamierzałem zapuszczać się tak daleko zupełnie sam. Miałem nadzieję, że nie byłem na tyle głupi, by wyjechać poza neutralne terytorium.
W mojej głowie zazwyczaj panował bałagan. To efekt zbyt wielu ciosów bez ochraniacza w czasach, gdy boksowałem. Ale odkąd zrobiłem to, co zrobiłem, było o wiele gorzej.
Zabiłem kobietę.
Nathan wydał taki rozkaz. I musiało to zostać zrobione. Te pojebane suki zabiłyby Rachel, pierwszą damę klubu.
Szczerze mówiąc, nawet nie pamiętałem, czy to Stacy, czy Rain posłałem na tamten świat. Nigdy wcześniej nikogo tak nie załatwiłem, strzelając prosto w głowę. A zwłaszcza kobiety.
Kiedy Striker trzymał mnie jako więźnia na podziemnym ringu bokserskim, wykończyłem na dobre kilku facetów. Ale to było coś innego. Zabić albo zostać zabitym.
Ale teraz zżerało mnie poczucie winy.
Złamałem zasadę, którą ceniłem najbardziej. Nigdy nie krzywdzić kobiety.
I żaden z moich braci nie wiedział, jak bardzo się z tym zmagam. Seal pociągnął za drugi spust.
Wydawało się, że radzi sobie z tym lepiej ode mnie. Ale nawet w dobre dni był robotem wypranym z emocji, wyszkolonym przez rząd zabójcą. Jeśli kobieta została uznana za zagrożenie, jej likwidacja nie była sprzeczna z jego kodeksem.
Jedynie z moim.
I z klubowym.
Ale teraz najwyraźniej robiliśmy wyjątki. Zwłaszcza kiedy kobiety okazywały się socjopatkami i psychopatkami, zagrażającymi jednej z naszych kobiet.
I bardzo słusznie.
Prawdopodobnie.
Ale to wcale nie ułatwiało sprawy.
Seal i ja pociągnęliśmy za spust. Z kolei Bear i Tank zajęli się pozbyciem ciał.
Minęły już prawie trzy miesiące. Prez i Rachel wzięli ślub. Obecnie przebywali w podróży poślubnej.
Zostawili Hawka, aby zarządzał klubem. Patrzenie, jak sobie z tym nie radzi, było moim jedynym pocieszeniem w ciągu ostatnich kilku tygodni.
Zjechałem na pobocze autostrady i zaparkowałem motocykl. Wyciągnąłem swój telefon na kartę. Na szczęście nie było żadnych nieodebranych połączeń. Hawk by mnie zabił, gdyby mnie potrzebował, a ja byłbym tak daleko.
Stojąc na punkcie widokowym, mogłem dostrzec góry i doliny ciągnące się kilometrami. To był cholernie dobry widok. Ale byłem tu sam i było dla mnie zbyt cicho.
Cisza pozwalała mojemu umysłowi błądzić. Przenosiła mnie w czasie do tego, co wydarzyło się wiele lat temu.
Bez względu na to, jak daleko i jak szybko uciekałem, nie mogłem od tego uciec. Byłem teraz wolny. A przynajmniej moje ciało. Ale mój umysł... Mój umysł nigdy nie uwolni się od rzeczy, które mnie prześladowały.
Chłopaki wiedzieli o mojej przeszłości tak mało, ile tylko mogłem im powiedzieć i ujść z tym na sucho.
Moja przeszłość w walkach przekonała do mnie ojca Hawka. To dało mi szansę na zostanie prospectem. Opowiedziałem mu tylko o samych podstawach. Nie był już wtedy prezydentem, ale i tak za mnie ręczył.
Jednak nikt nie wiedział o moich koszmarach. O tym, że palenie zioła nie było tylko hobby, ale sposobem na trzymanie ich na dystans.
Wszyscy moi bracia pochodzili z rozbitych domów. To po prostu wpisywało się w to środowisko.
I byłem pewien, że moje życie nie było gorsze niż niektórych z nich. Ale nigdy się tego nie dowiem.
Nie słynęliśmy z tego, że siadaliśmy w kółku, wymieniając się historiami i rozmawiając o naszych uczuciach.
Choć bardzo starałem się z tym walczyć, jazda nie oczyściła mojego umysłu tak, jak to zazwyczaj bywało.
Zamiast tego cofnąłem się o dwanaście lat. Znów byłem czternastoletnim dzieciakiem. Byłem wtedy równie wielki, co teraz. Nigdy nie przeszedłem przez ten niezręczny, chudy etap dorastania.
Z dzieciaka pokrytego dziecięcym tłuszczykiem zmieniłem się w dorosłego mężczyznę. Wydawało się, że stało się to dosłownie z dnia na dzień.
Moja mama była narkomanką. Nie widziałem jej od ponad dziesięciu lat. Mojego ojca nigdy przy nas nie było. Cholera, moja mama pewnie sama nie wiedziała, kim była.
Byliśmy na skraju bezdomności. Jej nałóg w końcu pochłonął wszystkie nasze pieniądze. Nawet te, które zarabiała, sprzedając własne ciało.
Wtedy właśnie z pomocą przyszedł mi Striker. A przynajmniej tak mi się w tamtym czasie wydawało.
Był alfonsem mojej matki, jej dilerem, a czasem chłopakiem. To przez niego zawsze była cała w siniakach. Jeśli to nie były jej ręce od śladów po igłach, to były to jej oczy od jego rąk.
Pewnego razu wróciłem ze szkoły. Zastałem go, jak tłukł ją niemiłosiernie w naszym gównianym mieszkaniu. Byłem w końcu wystarczająco duży, żeby jej bronić. I w końcu we mnie pękło.
Rzuciłem się na niego od progu. Ściągnąłem go z niej i powaliłem na ziemię. Wskoczyłem na niego i wgniatałem go w podłogę ciosami. Złamałem mu nos, rozwaliłem wargę i podbiłem oboje oczu.
To wciąż nie było wystarczające. Nie po tym, przez co moja matka przez niego przeszła. Mogła być uzależniona, mogła być ćpunką. Ale wciąż była moją mamą. I jedynym rodzicem, jakiego miałem.
Kiedy w końcu udało mu się mnie zrzucić, wyciągnął broń zza paska spodni. Odciągnął kurek i przyłożył mi lufę prosto do środka czoła.
Dokładnie tak, jak zrobiłem to z Rain albo ze Stacy.
Byłem przekonany, że to będzie koniec mojego młodego życia. Moje morderstwo pozostałoby nierozwiązane. Zupełnie jak każde inne morderstwo na osiedlu, na którym dorastałem.
Zamiast tego uśmiechnął się cynicznie. Odsunął pistolet od mojej głowy i splunął krwią na kuchenne linoleum.
„Niezły cios, młody. Chcesz zarobić trochę kasy?”
„Tak.”
Odpowiedziałem bez namysłu nad możliwymi konsekwencjami. Zresztą, co czternastoletni dzieciak mógł wiedzieć o potencjalnych konsekwencjach?
Kompletnie nic.
Striker dał mi wizytówkę. Na odwrocie zapisany był adres. „Jutro. Dwudziesta pierwsza. Nie spóźnij się.”
Kiwnąłem głową. Przyjrzałem się wizytówce, a potem schowałem ją do kieszeni.
Zostawił mnie na środku zakrwawionej kuchni. Moja matka wciąż krwawiła z głowy. Straciła przytomność od narkotyków lub od pobicia. Sam nie byłem pewien, od czego konkretnie.
Biały proszek na blacie był u nas normalnym widokiem. Ale po raz pierwszy zrobiłem coś, na co nigdy wcześniej nie miałem odwagi. Zgarnąłem go do zlewu, spłukałem w odpływie i umyłem ręce.
Kiedy mama w końcu odzyskała przytomność, była tak otępiała, że myślała, iż wciągnęła cały koks przed omdleniem.
Całe szczęście dla mnie. Gdyby wiedziała prawdę, zbiłaby mnie. A chociaż byłem od niej o głowę wyższy i o jakieś czterdzieści kilo cięższy, nie podniósłbym na nią ręki.
Miała wystarczająco dużo mężczyzn, którzy nią poniewierali. Nie zamierzałem pozwolić, by jej własny syn stał się jednym z nich.
Następnej nocy walczyłem w klatce po raz pierwszy. Tej nocy zmieniło się całe moje życie.
Wciąż nie wiedziałem, czy na lepsze, czy na gorsze.
Gdyby Striker nie wciągnął mnie na ring bokserski, pewnie wylądowałbym w więzieniu.
Nie byłem głupi. Ale nie byłem też wystarczająco bystry, żeby zdobyć stypendium na studia. A to byłby mój jedyny bilet na wyjście z życia, w którym utknąłem.
Gdyby nie on, pewnie skończyłbym tak jak moja matka. Wykończony nałogiem i czekający na śmierć.
Zamiast tego zostałem wrzucony do klatki z facetem, który był ode mnie dwa razy starszy, ale wcale nie większy.
Walka w klatce nie toczyła się na śmierć i życie. Nie wolno było jednak przestać uderzać, dopóki ktoś nie odklepał. A kiedy do głosu dochodziła duma, faceci woleli dać się zabić, niż zrezygnować.
Dwa lata później zabiłem swojego pierwszego przeciwnika. Miałem zaledwie szesnaście lat.
Kiedy wszedłem na ring po raz pierwszy, mój przeciwnik odklepał już w pierwszej rundzie. Zlekceważył mnie z powodu mojego wieku. Nawet ani razu mnie nie trafił.
Byłem tak cholernie dumny. Na imprezie po walce paradowałem jak pieprzony król. I tak też mnie traktowano.
Striker kazał jednej ze swoich dziewczyn zabrać mnie do sypialni w swoim domu i umilić mi czas. Odebrała mi dziewictwo. Miała dwadzieścia cztery lata, a ja czternaście.
Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, jakie to wszystko było pojebane.
Teraz już to wiedziałem.
Ale pomimo wszystkiego, przez co przeszedłem, nie mogłem tego żałować. Ponieważ bez tych wszystkich doświadczeń, dobrych i złych, nigdy nie znalazłbym Rebel Souls. Moich braci.
Dorastając, nie miałem prawdziwej rodziny. I chociaż byliśmy dysfunkcyjni, piliśmy, paliliśmy i pieprzyliśmy się, to właśnie oni byli moją rodziną. Razem żyliśmy i razem umieraliśmy.
I choć nie żałowałem lat spędzonych na walkach dla Strikera, nie znaczyło to wcale, że nie zjebało mi to całkowicie psychiki.
Miałem więcej wstrząśnień mózgu, niż byłem w stanie zliczyć. Koszmary sprawiały, że spokojny sen był niemal niemożliwy. A w niektóre dni demony po prostu wygrywały, przez co walka z nimi stawała się dla mnie zbyt trudna.
Takie dni spędzałem kompletnie zjarany. Siedziałem w klubie i pozwalałem mojej wysysaczce dusz miesiąca robić pod stołem to, na co tylko miała ochotę.
Nie byłem z tego dumny. Ale tylko w ten sposób dawałem sobie z tym wszystkim radę.
Wyrzucając myśli o przeszłości z głowy, skupiłem się na szerokiej drodze przede mną.
Odkąd w klubie pojawiła się Rachel, Hawk niespecjalnie ukrywał, że chciałby mieć u swego boku własną kobietę.
Mnie udało się z tym ukryć. Ale kłamałbym, mówiąc, że również o tym nie marzyłem.
Dorastając, nigdy nie widziałem zdrowego związku. Prawdę mówiąc, nie byłem pewien, czy to, co łączyło Nathana i Rachel, można by było uznać za zdrowe i normalne. Ale chyba wszystko było i tak pojęciem względnym.
Kochali się aż do szaleństwa. Hawka przyprawiało to o mdłości i sprawiało, że robił się zazdrosny. Mnie z kolei to inspirowało. Sprawiało, że pragnąłem dokładnie tego samego.
Niezależnie od tego, jak na to spojrzeć, obaj szukaliśmy tego samego.
Myślę zresztą, że szukał tego absolutnie każdy.
Ale jak mieliśmy kogokolwiek poznać w naszej pracy? Jedynymi dziewczynami kręcącymi się wokół klubu były wysysaczki dusz.
Czy czyniło mnie to hipokrytą, że nie chciałem uznać za swoją kobiety, która przespała się z połową moich braci, skoro ja sam też sypiałem z połową z nich? Owszem. Ale to nie zmieniało faktu, że tak właśnie było.
Poza tym, jak na mój gust, wszystkie były zdecydowanie zbyt chude.
One w ogóle niczego nie jadły. A przynajmniej nigdy nie widziałem, by to robiły.
Nie zrozumcie mnie źle. Zdecydowanie trzymałem się zasady „każde ciało jest piękne”. Po prostu wolałem, żeby osoba, która była pode mną, miała w sobie coś, za co można mocno złapać.
Całkiem sporo tego czegoś.
Niezależnie od mojego osobistego gustu i preferencji, gdzie miałem kogokolwiek spotkać?
Dziewczyny, które wpadały do nas w weekendy, zazwyczaj chciały po prostu móc pochwalić się, że przespały się z kimś z klubu. To był powód do dumy przed ich znajomymi. Nasza reputacja była doskonale znana w mieście. Ba, w całym hrabstwie i stanie.
W końcu dostrzegłem granicę hrabstwa. To oznaczało, że byłem prawie w domu. Siedziba klubu była moim domem od trzech lat. Od czasu, gdy miałem prawie dwadzieścia cztery lata i w końcu uciekłem od Strikera.
Trzy lata spędzone w klubie sprawiły, że wspiąłem się po szczeblach szybciej niż ktokolwiek inny. Ciężko zapracowałem na swoją pozycję trzeciego dowodzącego.
Nathan i Hawk byli wręcz predysponowani do pełnienia swoich stanowisk. Ja na swoje musiałem zapracować lojalnością, potem i krwią.
Kiedy wjechałem na podjazd klubu, słońce zaczynało już zachodzić. Zaparkowałem swój motocykl w rzędzie razem z pozostałymi. Zsiadłem i ruszyłem w kierunku wejścia.
Barbara stała za barem z Brendą. Od jakiegoś czasu jej nie było. Tanka nigdzie nie mogłem dostrzec, więc prawdopodobnie właśnie z tego powodu kręciła się w pobliżu.
Hawk zajmował swoje zwyczajowe miejsce, a Bubbles i Hands siedzieli razem z nim.
Przechodząc obok baru, zabrałem szklankę whisky, nalaną na trzy palce, którą podała mi Brenda. „Dzięki, skarbie.” Uśmiechnąłem się do niej wdzięcznie.
Była dla nas zdecydowanie zbyt dobra i zwyczajnie na nią nie zasługiwaliśmy. Z czystego egoizmu miałem wielką nadzieję, że nigdy nie zda sobie z tego sprawy.
„Gdzieś ty był?” zapytał Hawk, kiedy tylko wsunąłem się do loży.
„Nigdzie.” Wzruszyłem ramionami. „Po prostu się przejechałem.”
„Sam.”
„Brak aktualnego zagrożenia,” odparłem.
To była prawda. Kto wiedział, jak długo tak pozostanie. Ale tak to na ten moment wyglądało. Obecnie nie mieliśmy żadnych wrogów, którzy czyhaliby na nasze życie.
A przynajmniej nic nam o tym nie było wiadomo.
Hawk mruknął, a ja mruknąłem mu w odpowiedzi.
Bubbles i Hands o czymś zaciekle plotkowali. Nie obchodziło mnie to na tyle, by zwracać na to większą uwagę. Prawdopodobnie miało to coś wspólnego z faktem, że Bubbles znów zrobił coś śmiesznie i absurdalnie głupiego. Zresztą jak zwykle.
Hawk pomasował sobie skronie. Wziął głęboki oddech, jakby odczuwał ból.
„Co ci dolega?” zapytałem, upijając trochę swojej whisky.
„Kiedy, do kurwy nędzy, wraca Prez?”
„W przyszłym tygodniu,” odpowiedziałem. Przecież sam powinien o tym wiedzieć.
„Wiem!” warknął ostro.
„Ktoś nasikał ci do whisky? Co się z tobą, kurwa, dzieje?”
„Te skurwiele mnie wykończą.” Wskazał ruchem ręki na całe pomieszczenie.
Siedziba klubu od zawsze stanowiła bazę wypadową dla wszelkiego rodzaju popierdolonych akcji. Publiczny seks. Publiczny seks w grupie. Zioło. Alkohol. Ale pod nieobecność Preza, który trzymałby wszystkich w ryzach, w klubie działo się jeszcze więcej szaleństw niż zwykle.
„Odpłata?” zapytałem, unosząc przy tym brew. Kiedy rządził Nathan, Hawk zazwyczaj szedł na całość w takich wybrykach. Ale teraz, gdy sam musiał wszystkim dowodzić, serdecznie tego nienawidził. „Karma?”
Pokazał mi faka, a następnie pociągnął długi łyk whisky. Ja tylko głośno się zaśmiałem.
Klub spowijała lekka warstwa dymu, przez co trudno było wyraźnie dostrzec wszystko, co się wokół działo.
„Ruszaj się,” rzucił Hawk. „Musimy iść.”
„Dokąd?”
„Do burmistrza.”
Cholera. Nasze cotygodniowe spotkanie. Zazwyczaj jeździł z nami Prez. Ale skoro wyjechał z miasta, ten obowiązek spadł na mnie i na Hawka.
Po co im w ogóle była ta podróż poślubna? Rachel i tak była już w ciąży.
„Pilnuj, by nikt nie zginął,” powiedział Hawk do Handsa i wstał ze swojego miejsca. Przedzierając się przez gęsty tłum ciał, zebranych na parkiecie, ruszyliśmy prosto do wyjścia.
Chłodne, późnojesienne nocne powietrze uderzyło mnie prosto w twarz. Za dnia, gdy słońce świeciło wysoko i mocno grzało, temperatura była całkiem znośna. Jednak gdy tylko zachodziło, natychmiast odmrażałem sobie jaja.
Czasami naprawdę brakowało mi upałów Florydy.
Ale to była jedyna rzecz, za którą w tamtym miejscu tęskniłem.
Hawk wyjechał jako pierwszy. Ruszyłem jego śladem, a światło mojego reflektora oświetlało dwupasmową drogę.
Dojazd do posiadłości burmistrza nie zajął nam długo. Musieliśmy jednak wjechać od strony zaplecza. Nie posiadał bezpośrednich sąsiadów, ale gdyby ktoś dostrzegł nas jadących od głównej drogi, mogłoby to wzbudzić podejrzenia.
Nie żeby wszyscy w mieście i tak nie wiedzieli, że siedzi w naszej kieszeni. Podobnie jak miejscowy szeryf. Przedstawiciel okręgu. Jeden z senatorów. I sam gubernator.
Mieliśmy po swojej stronie tylu funkcjonariuszy organów ścigania, że nie musieliśmy się w ogóle martwić o to, że wylądujemy w więzieniu.
Nie, żebyśmy w ogóle angażowali się w jakiekolwiek nielegalne procedery.
Przynajmniej w nic, co można by nam jakkolwiek udowodnić.
Podjechaliśmy do ogromnego domu i obaj zeszliśmy z motocykli. Mój wzrok natychmiast przyciągnęło okno sypialni na piętrze. Zauważyłem, jak porusza się w nim zasłona.
Wchodząc po schodach, Hawk zadzwonił do drzwi. Wsunął dłonie w kieszenie, przybierając luźną, neutralną postawę. Czekaliśmy, aż burmistrz nam otworzy.
„Davis,” Hawk powitał go, zwracając się do niego po samym nazwisku.
„Chłopcy,” powiedział, uchylając szerzej drzwi i zapraszając nas do środka.
Nie potrzebowaliśmy, żeby nas oprowadzał. Przeszliśmy przez dobrze znaną przestrzeń prosto do kuchni. Na blacie czekała już na nas przygotowana butelka burbona Blanton’s Single Barrel.
To był jeden z nielicznych momentów, w których piliśmy tak ekskluzywny alkohol. Nie dlatego, że nie mieliśmy na niego pieniędzy, ale z tego powodu, że reszta ekipy pochłaniałaby go jak zwykłą wodę.
Dostałem już niezłą lekcję w temacie przechowywania porządnych trunków we własnym pokoju w klubie. Kiedy jeden tylko się dowiedział, wiedzieli absolutnie wszyscy. A wtedy nagle każdy chciał zostać moim kumplem do kieliszka.
Skurwiele.
Burmistrz Davis nalał nam po porządnej szklance burbona. My usiedliśmy na stołkach barowych po jednej stronie baru śniadaniowego, a on pozostał na stojąco po przeciwnej stronie.
„Masz,” powiedział Hawk. Wyciągnął kopertę wypełnioną banknotami o wysokich nominałach i przesunął ją po blacie.
Burmistrz Davis spojrzał do jej wnętrza, po czym włożył ją do wewnętrznej kieszeni swojej marynarki.
„Szykują się jakieś nowe problemy, o których powinienem wiedzieć?” zapytał.
„Nie. Wszystko pod kontrolą,” odparł Hawk.
„I to lubię słyszeć.” Kiwnął lekko głową, podnosząc nieznacznie swoją szklankę w naszym kierunku. „Kiedy Prez wraca?”
„W przyszłym tygodniu,” wtrąciłem się.
„Już masz dość prowadzenia z nami interesów?” zapytał Hawk z fałszywym oburzeniem w głosie.
Burmistrz Davis cicho parsknął. „Jasne, że nie. Tak tylko podtrzymuję rozmowę. To w końcu robimy. To właśnie odróżnia nas od dzikich zwierząt. My popijamy trunki i urządzamy sobie pogawędki, robiąc wspólnie biznesy.”
Jak powtarzał w historii każdy gangster, bandyta i skorumpowany stróż prawa. Zaśmiałem się cicho w myślach, a potem odchrząknąłem, by skutecznie to zatuszować.
Gdy usłyszeliśmy skrzypnięcie stopni, cała nasza trójka odwróciła głowy w stronę klatki schodowej.
„Co to było?” spytał Hawk.
„Moja córka jest na piętrze razem ze swoją przyjaciółką,” wyjaśnił natychmiast burmistrz.
„Kobiety,” skwitował Hawk.
„Są zbyt wścibskie dla własnego dobra,” mruknął burmistrz. „Nie przejmujcie się. Przywołam ją do porządku.”
Po tych słowach Hawk i ja opróżniliśmy szklanki z burbonem, a następnie wstaliśmy z miejsc z zamiarem wyjścia.
Żaden z nas nie zgadzał się w duchu ze słowami burmistrza. Jednakże Prez wydał jasne polecenia, abyśmy zachowywali się odpowiednio. Oznaczało to przytakiwanie na wszystko jak pozbawione własnej woli roboty. Zrobiliśmy to.
Burmistrz odprowadził nas obu do drzwi frontowych i rzucił krótkie pożegnanie.
Idąc z powrotem w stronę motocykli, nie mogłem powstrzymać się przed kolejnym zerknięciem w stronę okna na górze.
Gdyby ktoś przystawił mi broń do skroni, i tak nie potrafiłbym wskazać córki burmistrza na żadnym policyjnym okazaniu. Ani tej przyjaciółki, z którą najwyraźniej była teraz w domu.
Ale podnosząc wzrok, zauważyłem przez materiał zasłon wyraźne cienie dwóch sylwetek. Pierwsza z nich była niska i drobnej postury. Druga była zdecydowanie wyższa i bardzo krągła. Nawet bardzo.
Nie mogłem oderwać oczu od ruchów jej ciała w postaci cienia na materiale. Rozmawiała, szybko gestykulując, dopóki nagle jej głowa nie odwróciła się w drugą stronę, znikając mi z pola widzenia.
„Jedziesz?” spytał Hawk, siedząc już na motocyklu.
„Tak,” odpowiedziałem.
Przez całą drogę powrotną do siedziby klubu nie mogłem przestać się zastanawiać, czy dziewczyna, która wpadła mi w oko, była córką burmistrza. Czy może była to właśnie ta jej przyjaciółka.
I kimkolwiek by nie była, jak miałem ją odnaleźć ponownie?















































