
Wybranka rodziny królewskiej
Autorzy
Lektury
232K
Rozdziały
51
Rozdział 1
EVERLY
„Wybrana.”
To słowo jest ciche, niczym szept na wietrze. A jednak słyszę je niezwykle wyraźnie.
Biegnę przez ciemny las. Z mroku wyłaniają się kolczaste krzewy, które próbują mnie złapać.
„Po prostu biegnij, Everly. Po prostu biegnij do mnie.”
Nie mam pewności, czy ten głos rozbrzmiewa w mojej głowie, czy dobiega skądś z otaczających mnie ciemności.
Ale z jakiegoś powodu sprawia, że czuję się bezpiecznie. Czuję, że ktoś mnie chroni.
Kiedy ogarnia mnie to uczucie, przyspieszam. Moje nogi płoną z wysiłku, a bose stopy mocno uderzają o ziemię.
Wiatr wyje ze wszystkich stron niczym cyklon gniewu i bólu. Czuję się tak, jakbym była w samym jego środku.
Słyszę uderzenie pioruna. Błyskawica rozświetla las wokół mnie. Z nieba leje się deszcz, spadając tuż za moimi plecami.
Oglądam się przez ramię. Ze zdziwieniem zauważam, że burza zdaje się za mną podążać. Depcze mi po piętach, ale nigdy mnie nie dogania.
„Jesteś już prawie na miejscu, Everly. Obiecuję.”
Znów patrzę przed siebie i przyspieszam jeszcze bardziej. Wbiegam na strome zbocze. Kieruję się na szczyt wzniesienia, które wyrasta przede mną.
Wtedy, w błysku pioruna, dostrzegam go.
W jakiś sposób wiem, że to mężczyzna. Wiem to nawet z daleka.
Jest potężny, przerażający i zabójczo przystojny. Stoi na szczycie wzniesienia. Szalony wiatr targa jego ciemnymi włosami.
Kieruje na mnie swoje przenikliwe spojrzenie. Czuję dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa.
Jego uśmiech jest jednocześnie kuszący i okrutny.
Powinnam się bać. Nie, powinnam być przerażona.
Zamiast tego spływa na mnie spokój. Nie czułam czegoś takiego od lat.
Wiatr ustaje tak nagle, jakby ktoś zamknął okno.
Chmury nad moją głową się rozstępują. Noc staje się cicha i spokojna.
Przestaję biec. Mój wzrok jest przykuty do mężczyzny. Teraz dzieli nas zaledwie kilka kroków.
„Witaj, moja Wybrana” – odzywa się jego głos w mojej głowie.
Z dreszczem przerażenia patrzę, jak mężczyzna rzuca się w moją stronę. W jego oczach widać błysk.
Z dreszczem przerażenia patrzę, jak ta bestia skacze prosto na mnie, błyskając pazurami.
***
„Everly! Rusz ten leniwy tyłek! Jestem głodna!” – głośny, wkurzający głos mojej ciotki dobiega z dołu. Budzi mnie ze snu z nagłym szarpnięciem.
Wydaję z siebie zmęczony jęk. Odrzucam cienki, drapiący koc i spieszę się ubrać.
Znowu ten sam sen. Śni mi się to samo, odkąd tylko pamiętam.
Kiedy byłam mała, rodzice mówili mi, że sny to wizje naszej przyszłości.
Przechodzi mnie dreszcz na samą myśl o spotkaniu kogoś takiego w prawdziwym życiu.
„Everly, natychmiast!” – krzyczy ciotka z dołu. Szybko wciągam na siebie wyblakłą, brązową sukienkę, która leży poskładana na krześle w kącie.
To jedno z trzech ubrań, jakie posiadam. Wszystkie są znoszone i dostałam je po ciotce Lutessie.
Ciotka co miesiąc dostaje pieniądze z kont, które zostawili dla mnie rodzice. Te pieniądze miały być przeznaczone na rzeczy, których potrzebuję.
Ona twierdzi jednak, że starcza zaledwie na jedzenie i rachunki, żebyśmy miały prąd, wodę i dach nad głową.
Wiem jednak, że kłamie. Za każdym razem, gdy dostaje wypłatę, wraca do domu z torbami pełnymi nowych ubrań i biżuterii dla siebie.
Patrzę na siebie w pękniętym lustrze opartym o ścianę. Wzdycham ciężko i wiążę swoje długie, ciemne włosy w kucyk.
Schodzę szybko po schodach do kuchni. Zastaję tam ciotkę siedzącą przy stole. Gapi się w telefon.
Nie wiem, co robi, ale jestem pewna, że to nic ważnego.
Z tego co widzę, przegląda jakieś media społecznościowe.
„Najwyższy czas, ty bezużyteczny, niewdzięczny bachorze” – rzuca na mój widok.
„Przepraszam, ciociu Tesso. Zaspałam” – mruczę, spuszczając głowę z uległością. Staram się jak mogę, żeby jej nie denerwować, a raczej nie doprowadzać do szału.
„Nie chcę wymówek, ty mała dziwko! Po prostu zrób mi to pieprzone śniadanie, żebym mogła wyjść do pracy! Niektórzy z nas muszą zarabiać na życie!”
„Tak, proszę pani. Przepraszam” – odpowiadam szybko i wyciągam składniki z lodówki.
Zabieram wszystko na kuchenkę. Zaczynam robić jej omlet z szynką, serem, pomidorem i szpinakiem.
Burczy mi w brzuchu, a na widok smażącego się jedzenia ślinka cieknie mi do ust. Chciałabym móc trochę zjeść.
Ciotka pozwala mi jeść tylko to, co zostawi na talerzu. Zazwyczaj nie ma tego wiele. Robię co mogę, by coś podkraść, ale muszę uważać.
Kiedyś przyłapała mnie na wyjadaniu jej resztek z lodówki i mnie zbiła. Wszystko mnie bolało. Przez kilka dni ledwo mogłam się ruszać.
Nienawidzę teraz swojego życia. Kiedyś było wspaniałe. Moi rodzice byli niesamowici i kochający.
Zawsze mnie rozśmieszali i mówili, jak bardzo mnie kochają. Pocieszali mnie i przytulali, gdy było mi smutno lub gdy coś mnie bolało.
Byliśmy ze sobą bardzo blisko. Sześć lat temu zginęli w wypadku samochodowym.
Miałam wtedy z nimi być, ale ostatecznie tamtej nocy zostałam u przyjaciółki. Teraz każdego dnia żałuję, że mnie tam nie było. Tęsknię za nimi.
Po ich śmierci zmuszono mnie, żebym zamieszkała z ciotką Lutessą. Wtedy też po raz pierwszy przyśnił mi się ten mężczyzna.
Tęsknię za moim starym życiem. Tęsknię za wielkim, pięknym domem z dużym ogrodem na tyłach, gdzie się bawiłam. Wtedy miałam przyjaciół i rodziców. Byłam szczęśliwa.
„Przestań bujać w obłokach, ty gruba krowo!” – wrzeszczy ciotka Tessa, wyrywając mnie z zamyślenia.
Przekładam omlet na talerz i zanoszę jej. Potem nalewam jej filiżankę kawy z jej ulubioną śmietanką i odrobiną mleka.
Odwracam się, by zająć się resztą codziennych obowiązków, ale ona mnie zatrzymuje.
„Wieczorem mam gościa. Dom ma lśnić czystością. Kiedy on tu będzie, masz nie wychodzić ze swojego pokoju. Masz nie wydać z siebie nawet najmniejszego dźwięku” – rozkazuje, groźnie celując palcem w moją twarz.
Szybko kiwam głową i uciekam do swoich zadań.
Ciotka często sprowadza do domu różnych mężczyzn, którzy zabierają ją na miasto. Potem wracają i idą prosto do jej sypialni.
Przez cały ten czas udaję, że nie istnieję w moim tak zwanym pokoju. W rzeczywistości jest to mały strych nad salonem.
Resztę dnia spędzam na sprzątaniu. Wycieram kurze, zamiatam, myję podłogi. Zmywam naczynia, robię pranie i sprzątam łazienki oraz całą resztę.
Nie mogę dać ciotce kolejnego powodu do bicia. Właśnie kończę, gdy słyszę dzwonek do drzwi.
Podskakuję ze strachu. Patrzę na drzwi wejściowe, zastanawiając się, czy powinnam je otworzyć.
Ciotka zazwyczaj nie chce, by jej „goście” wiedzieli, że tu jestem. Z drugiej strony wścieknie się na mnie, jeśli ten ktoś sobie pójdzie, bo mu nie otworzyłam.
Stoję przez chwilę w miejscu. W końcu wzdycham i podchodzę do drzwi.
Otwieram je i widzę przed sobą mężczyznę z ciemną bródką i wąsami.
Ma zakola i jest tylko o kilka centymetrów wyższy ode mnie.
Jego oczy szybko zwężają się, gdy bezczelnie lustruje wzrokiem moje ciało. Robi mi się od tego niedobrze.
Kącik jego cienkich ust unosi się w cynicznym uśmiechu. Moje ciało natychmiast się spina.
Czuję się nieswojo przez to, jak ten facet na mnie patrzy. Teraz żałuję, że otworzyłam drzwi.
Przymykam je nieznacznie, żeby w razie potrzeby móc trzasnąć mu nimi przed nosem.
Prostuję się, zbieram w sobie całą pewność siebie i pytam: „W czym mogę pomóc?”
„Przyszedłem do Lutessy. Nie wiedziałem, że ma pokojówkę...” – zaczyna. Robi krok w moją stronę. Walczę z chęcią, by się cofnąć.
„Nie ma jej jeszcze w domu” – odpowiadam. Milknę, niepewna, co powinnam jeszcze dodać. Czy mam zapytać, czy zostawi dla niej wiadomość? Albo czy ma przyjść później?
Czy powinnam zaoferować mu coś do picia? Czy powinnam kazać mu poczekać w salonie?
Nie podoba mi się pomysł zostania z nim sam na sam. Z drugiej strony nie wiem, co zrobi Lutessa, jeśli go odprawię.
Mężczyzna znów mierzy mnie wzrokiem z góry na dół, po czym oblizuje usta. Kiedy otwiera usta, widzę, że jego zęby są wyjątkowo proste, ale żółte.
„W porządku. Poczekam” – rzuca. Przepycha się do przedpokoju. Potykam się i lecę do tyłu.
Łapie mnie za talię i przyciąga do siebie. Krzywię się z obrzydzeniem. Czuć od niego nieświeże papierosy i coś jeszcze, czego nie potrafię nazwać. Coś mdło słodkiego.
Trzyma mnie dłużej, niż to konieczne. Szybko wyrywam się z jego uścisku i odsuwam się na bok.
„D–dobrze. M–może pan p–poczekać t–tutaj” – jąkam się. Nerwy powoli biorą we mnie górę.
Uśmiecha się drwiąco. Wydaje się cieszyć z tego, że mnie denerwuje.
Zbliża się do mnie powolnym krokiem. Ja powoli się cofam, aż uderzam plecami o ścianę.
Opiera dłonie na ścianie po obu stronach mojej głowy. Zamyka mnie w pułapce. Nachyla się i mówi cicho prosto do mojego ucha.
„Mam kilka pomysłów na to, jak zabić czas...” – szepcze. Jego dłoń zaczyna przesuwać się w górę mojego uda, pod rąbek sukienki.
Chwytam go za nadgarstek, zatrzymując jego dłoń. Jego spojrzenie spotyka się z moim.
„Przestań” – mówię stanowczo.
„Pachniesz wybornie” – wzdycha, po czym gwałtownie wyrywa dłoń z mojego mocnego uścisku.
„Nie jestem zainteresowana” – odcinam się. Biorę głęboki oddech, by odzyskać panowanie nad sobą.
„Lutessa wkrótce wróci. Może pan na nią poczekać na kanapie” – informuję go surowo i odwracam się, żeby odejść.
Łapie mnie za nadgarstek i mocno szarpie do siebie. Odruchowo uderzam go wolną dłonią.
W małym domu rozlega się głośne plaśnięcie, a po nim następuje pełna napięcia cisza.
Moje oczy otwierają się szeroko z przerażenia. Jego twarz tężeje. Posyła mi wściekłe spojrzenie. „Ty mała suko!” Znów rusza w moją stronę, więc odwracam się, żeby uciec.
Moja głowa zostaje brutalnie szarpnięta do tyłu. Mężczyzna łapie mnie za garść włosów. Wydaję z siebie głośny krzyk, a on z impetem uderza mną o ścianę.
Przed oczami pojawiają mi się ciemne mroczki, gdy upadam na kolana.
Na oślep wyciągam dłonie przed siebie, próbując się podnieść, ale jego pięść uderza mnie prosto w twarz. Spadam do tyłu.
Jęczę z bólu i wiję się na podłodze. „Proszę!” – błagam. „Przestań!”
Nie słucha. Przewraca mnie na plecy i wchodzi na mnie, siadając okrakiem na moich biodrach.
„Och, zamknij się, ty mała dziwko. Po prostu daj mi to, czego chcę” – żąda. Łapie za dekolt mojej sukienki i ją rozrywa. Odsłania mój zwykły biustonosz.
Pochyla się nade mną i mocno chwyta mnie za ramiona. Wciska twarz w moją klatkę piersiową i liże mnie wzdłuż obojczyka. Wzdrygam się z obrzydzenia.
Co on u diabła robi?
Wyciągam przed siebie dłonie i próbuję go odepchnąć. W końcu udaje mi się sięgnąć po ciężką, ceramiczną popielniczkę, która leży na stoliku w przedpokoju.
Uderzam go nią z całej siły w głowę, a on ze mnie spada.
Szybko się podnoszę, żeby uciec. Jego ręka wystrzeliwuje do przodu i łapie mnie za kostkę. Upadam twarzą na podłogę.
Właśnie wtedy słyszę odgłos drzwi wejściowych. Gałka się obraca i drzwi stają otworem. Wchodzi ciotka Tessa. Na nasz widok zastyga w bezruchu.
„Co tu się do cholery dzieje?!” – krzyczy. Rusza w naszą stronę, podczas gdy mężczyzna pospiesznie staje na nogi.
Z trudem próbuję się podnieść. Ciotka szarpie mnie za ramię i zmusza do wstania.
„Przystawiasz się do Deana, ty bezwartościowa lafiryndo?!” – wrzeszczy, brutalnie mną potrząsając.
„N–NIE! O–on próbował mnie zgwałcić!”
„KŁAMCZUCHA!” – krzyczy i znów mną potrząsa.
„Jaki mężczyzna poleciałby na taką grubą, beznadziejną szmatę jak ty?! Jesteś nikim! Najwyższy czas, żebyś to zrozumiała!”
Podnosi mnie tak, bym stała tuż przed nią, po czym mocno uderza mnie w twarz.
Ból jest natychmiastowy. Moja dłoń wędruje do policzka. Oczy zachodzą mi łzami.
Jej twarz nieco łagodnieje. Odwraca się do tego śmiecia, który po prostu stoi i przygląda się całej sytuacji.
„Dean, poczekaj na mnie w samochodzie. Muszę dać tej dziwce nauczkę przed naszą randką. Zaraz wyjdę”.
On rzuca mi groźne spojrzenie i kiwa głową. Odwraca się do wyjścia.
Wycieram mokre policzki. Słyszę zamykające się drzwi. Moja ciotka podchodzi do szafy. Wraca stamtąd ze skórzanym paskiem.
„Proszę, ciociu Tesso” – błagam. „N–nie kłamię! O–on wdarł się tu siłą. U–uderzył mnie...”
„Dlaczego zawsze rujnujesz mi życie?!” – wrzeszczy, zagłuszając moje słowa. Opuszcza na mnie pasek uderzając niczym biczem.
Odruchowo podnoszę ręce, żeby się zasłonić. Pasek boleśnie wbija się w moje przedramiona.
Ciotka łapie mnie i rzuca na podłogę. Upadam na brzuch, a ona znów uderza mnie paskiem.
Bije mnie raz za razem. Zwijam się w kłębek na podłodze, próbując za wszelką cenę ochronić głowę i szyję przed uderzeniami.
Kiedy w końcu zaczyna opadać z sił, rzuca pasek na podłogę i pochyla się nade mną.
„Kiedy wrócę, ten bałagan ma być posprzątany! Słyszysz mnie, ty leniwa dziwko?!”
Zaczynam szlochać. Zdobywam się jedynie na słabe skinienie głową.
Ona odwraca się na pięcie i odchodzi. Zostawia mnie zwiniętą na podłodze. Moje ciało jest teraz pokryte siniakami i skaleczeniami.
Leżę tak przez chwilę. Moim ciałem wstrząsa rozpaczliwy płacz. Cała lepię się od krwi.
Każdy ruch sprawia mi ból, ale nie chcę dostać kolejnego lania.
Po czymś, co wydaje się wiecznością, udaje mi się podnieść i posprzątać zrobiony bałagan. Potem czołgam się pod prysznic, żeby opłukać ciało.
W końcu padam na swoje łóżko. To tylko stary, brudny materac rzucony na podłogę. Zwijam się w kłębek i naciągam na siebie drapiący koc.
Każdy mój ruch jest powolny i bolesny. Gdyby nie to, że jestem teraz całkowicie wyczerpana, nie wiem, czy udałoby mi się w ogóle zasnąć.
Na szczęście jestem na to zbyt zmęczona. Wkrótce ogarnia mnie ciemność.
***
Nie wiem, ile czasu śpię, zanim głos ciotki znów wypełnia mój pokój.
„Wstawaj, Everly! Ubieraj się! Musimy jechać!” – żąda.
Moje oczy powoli się otwierają. Rozglądam się zdezorientowana. Na zewnątrz wciąż jest ciemno.
„O co chodzi? Dokąd jedziemy?” – pytam zaspana, wciąż próbując zrozumieć, co się dzieje.
„Po prostu się pospiesz i rób co mówię, ty bezużyteczny bachorze!” – warczy. Trzaska drzwiami i schodzi z powrotem na dół.
Moje ciało krzyczy z bólu, gdy zmuszam się do wstania. Wciskam na siebie wyblakłą, białą sukienkę.
Wsuwam na nogi buty i schodzę na dół. Znajduję ciotkę Tessę czekającą przy drzwiach. Ma już na sobie płaszcz.
Zniecierpliwiona stuka stopą o podłogę. Patrzy na mnie z dołu, gdy powoli schodzę po schodach ze strychu.
„Najwyższy cholerny czas! Pospiesz się! Nie mamy całej nocy!”
Otwiera drzwi wejściowe. Gestem wskazuje na swój samochód zaparkowany przed domem. „Cioc...”
„Zamknij się! Po prostu chodź! Wsiadaj!” Kręcę głową z bezradnością i zajmuję miejsce na siedzeniu pasażera, po czym zapinam pas.
Opieram czoło o szybę. Moja ciotka obchodzi samochód dookoła i siada za kierownicą.
Zimne szkło przynosi ulgę mojej skórze. Zamykam oczy i biorę głęboki oddech.
„Wiesz, Dean to bardzo ważny człowiek” – mówi ciotka Tessa, powoli wyjeżdżając z podjazdu.
Kiwam z obojętnością głową.
„Ma bardzo dobre znajomości. Jest obcokrajowcem. Pochodzi z Europy, z bardzo ważnej i bogatej politycznej rodziny”.
Znowu kiwam głową. Zastanawiam się po cichu, po co mi to w ogóle opowiada.
„W chwili gdy cię poznał, wiedział, że do niczego się nie nadajesz. Dlatego wczoraj podczas naszej randki zaproponował rozwiązanie, które uszczęśliwi wszystkich”.
Patrzę na ciotkę Tessę. W żołądku narastają mi nerwy.
Zadowolony wyraz jej pulchnej twarzy nie wróży nic dobrego. Tyle przynajmniej wiem.
„C–co masz na myśli?” – pytam, próbując powstrzymać drżenie własnego głosu.
Ciotka nie odpowiada. Na jej twarzy pojawia się tylko złowieszczy uśmiech.
Jedziemy już dłuższą chwilę. Ciotka nie chce powiedzieć mi nic więcej o tym rzekomym planie. Wiem tylko, że prawdopodobnie jest to dla mnie coś złego. Bardzo złego.
Zapadam w niespokojny sen pełen szeptów i tajemniczych mężczyzn. Kiedy się budzę, nie mam pojęcia, gdzie jesteśmy. Widzę jednak, że minęły już trzy godziny, odkąd wyjechałyśmy z domu. Dokąd ona mnie zabiera? Co tu się w ogóle dzieje?
Moje nerwy momentalnie powracają. Siadam prościej i zaczynam rozglądać się dookoła. Próbuję zorientować się, czy widzę jakieś znaki albo znajome budynki.
Wkrótce wjeżdżamy do wielkiego miasta, a ona kluczy krętymi ulicami.
Mój niepokój wciąż rośnie. Ciągle próbuję się dowiedzieć, dokąd jedziemy. Za każdym razem każe mi się zamknąć albo dać jej spokój.
Żołądek wywraca mi się na drugą stronę. Im dalej wjeżdżamy, tym bardziej otaczające nas budynki stają się zaniedbane i mroczne.
W końcu zatrzymujemy się przed zwyczajnym, murowanym magazynem z masywnymi, czarnymi drzwiami. Moja ciotka ciągnie mnie prosto do nich i naciska dzwonek.
Drzwi otwiera nam potężny mężczyzna w obcisłej, czarnej koszulce i dżinsach. Ma skrzyżowane ramiona na piersi. „Podaj imię i cel wizyty” – mówi szorstkim tonem.
„Lutessa Andrews. Mam spotkanie z Lordem Vladem Lacroix. Brat Feratu przysłał mnie tu z kimś nowym dla niego” – oświadcza stanowczo. Przez cały czas mocno trzyma mnie za ramię.
Ochroniarz kiwa głową i robi krok w tył. Przepuszcza nas i prowadzi ciemnym korytarzem.
Budynek wygląda jak każdy inny, stary magazyn. Wyjątkiem są dźwięki, które dobiegają z pokoi, których nie widzę.
Głośna muzyka dudni przez ściany. Brzmi to tak, jakby po drugiej stronie był klub muzyczny.
Kiedy idziemy, słyszę jęki i krzyki z różnych pomieszczeń. Z każdym krokiem narasta we mnie poczucie strachu. Gdzie my u diabła jesteśmy?
Przechodzimy przez duże, podwójne drzwi. Nagle przestrzeń zupełnie się zmienia. Na podłodze leży gruby, luksusowy i ciemnoczerwony dywan. Ściany są pomalowane na biało i czarno.
Kiedy docieramy do drzwi na końcu korytarza, ochroniarz puka. Z wnętrza dobiega głośne: „Wejść”.
Mężczyzna otwiera drzwi. Gestem zaprasza nas do środka, po czym zamyka je za nami.
Wewnątrz znajduje się inny mężczyzna. Siedzi za masywnym mahoniowym biurkiem na krześle z wysokim oparciem.
Jego skóra jest bardzo blada, a czarne włosy gładko zaczesane do tyłu. Jest bardzo atrakcyjny, wysoki, szczupły i ma piękne szare oczy. Ale emanuje od niego również... upiorny chłód.
Kąciki jego ust unoszą się w złowrogim uśmiechu na nasz widok. Podnosi się zza biurka i podchodzi do nas.
Moja ciotka gwałtownie popycha mnie do przodu. Mężczyzna zaczyna krążyć wokół mnie, a jego wzrok uważnie przesuwa się po każdym centymetrze mojego ciała.
„Więc, to jest ta dziewczyna?” – pyta cicho. Zastanawiam się, czy to w ogóle było pytanie, czy tylko stwierdzenie faktu.
„Tak. To ta sama, o której wspominał Brat Feratu” – odpowiada ciotka Tessa.
On potakuje głową, stając ponownie prosto przede mną.
„Dobrze. Nada się idealnie”. Odwraca się i idzie z powrotem do swojego biurka. Podnosi stamtąd małą brązową torbę. Wraca z nią do mojej ciotki i rzuca prosto w jej ręce.
„A oto twoja zapłata. Dokładnie tak, jak ustaliliśmy”.
„Dziękuję, proszę pana” – odpowiada zadowolona ciotka Tessa.
Odwracam się w jej stronę, całkowicie zagubiona. „Zapłata za co?”
„On ci wszystko wytłumaczy. Nie jesteś już moim problemem”. Po tych chłodnych słowach ciotka odwraca się i po prostu odchodzi. Zostawia mnie samą z tym nieznajomym facetem.
Patrzę na niego i czekam na jakiekolwiek wyjaśnienie.
„Czy to nie jest oczywiste, moja droga?” – pyta kpiącym tonem. Marszczę brwi i próbuję poskładać wszystko w jedną logiczną całość, ale wciąż mam mętlik w głowie.
Gdybym miała zgadywać, powiedziałabym, że moja ciotka mnie właśnie sprzedała. Ale przecież to absolutnie niemożliwe. Prawda?
„Witaj w swoim nowym domu”. Moje oczy szeroko się otwierają ze zdziwienia, a mój wzrok znów spoczywa na nim. „Bardzo się cieszę, że mogę dołączyć cię do mojej kolekcji”.
Mówi to tak obojętnie, jakbym była tylko lalką albo egzotycznym zwierzęciem.
„A–ale j–jak? Dlaczego? Przecież to jest nielegalne! To…” – próbuję powiedzieć, szukając jakiegokolwiek logicznego sensu.
„Prawa zwykłych ludzi nie mają dla mnie żadnego znaczenia” – zauważa, a na jego twarzy wykwita złowieszczy uśmiech. Odwracam się i chcę uciec, ale on w sekundę znowu jest przy mnie. Jak ktokolwiek może poruszać się tak szybko? Szarpię się z całych sił, gdy mężczyzna zaciska dłonie na moich nadgarstkach. Jest niewiarygodnie silny... silniejszy niż ciotka Tessa. Silniejszy od tego jej obrzydliwego faceta z randki. Silniejszy niż jakikolwiek zwykły człowiek.
„Puszczaj mnie” – mówię stanowczo.
„Dlaczego miałbym to robić? Och, naprawdę nie masz o niczym pojęcia” – mówi cicho Lord Lacroix. Zbliża się do mnie ostrożnie, niczym drapieżnik gotowy pożreć bezbronną ofiarę.
„Jesteś teraz w moim świecie. W świecie, o jakim nigdy ci się nawet nie śniło. Tacy ludzie jak ty – zwykli ludzie – istnieją wyłącznie po to, żeby służyć mnie i osobom mi podobnym”.
Osobom jemu podobnym?
Jego morderczy uścisk z jakiegoś powodu staje się jeszcze mocniejszy. Ból szybko promieniuje przez całe moje ramiona. Z moich ust wyrywa się głośne westchnienie.
Nagle znajduję w sobie siłę, o której istnieniu w ogóle nie miałam pojęcia. Jęczę z wysiłku i mocno napieram na jego dłonie. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, musi się teraz napracować, żeby utrzymać mnie w miejscu.
Uśmiecha się ze zdziwieniem. Nie jest jednak zły.
„Jesteś małą wojowniczką, prawda?” Popycha mnie z taką siłą na ścianę, że momentalnie brakuje mi tchu. Cała siła, jaką z siebie przed chwilą wykrzesałam, nagle znika.
To był tylko niezwykły zbieg okoliczności, wywołany uderzeniem adrenaliny.
„Dobrze. Lubię wyzwania”.
I wtedy wszystko powoli pochłania całkowita ciemność.















































