
Ciche objęcia
Autorzy
Hayley Cyrus
Lektury
3,1M
Rozdziały
30
Przyzwanie
. . . . Do wiadomości zainteresowanych:
Gratulacje! Wasz dom został wybrany do udziału w tegorocznym Biegu.
Prosimy o wysłanie uczestnika wymienionego poniżej na arenę za tydzień w celu przygotowań i rozpoczęcia Biegu.
BLYTHE
Tam, czystymi literami maszynopisu, widniało jej nazwisko: Blythe Becker, naznaczone jedynie łzami, które spadły na kartkę.
Blythe obgryzała paznokcie – robiła tak, gdy była zdenerwowana – po czym podała list ojcu. Przeczytał słowa jeszcze raz. Raz, dwa razy, trzy razy.
Jej matka siedziała przy kuchennym stole. Stary, ale ciepły koc okrywał jej ramiona. Obserwowała męża równie uważnie jak Blythe.
„Och, Blythe...” – powiedział smutno, trzymając list w swoich szorstkich dłoniach.
Smutek w jego głosie sprawił, że oczy Blythe napełniły się łzami. Wpadła w ramiona ojca i mocno go przytuliła.
O ile wiedziała, mógł to być ostatni raz, kiedy mógł ją przytulić bez nadzoru rządowych urzędników.
„Nie chcę tam jechać” – płakała, zamykając mocno zielone oczy i pozwalając łzom spływać po twarzy.
„Musi być jakiś sposób” – odezwała się matka ochrypłym głosem. „Tylko nie nasza Blythe...”
„Cokolwiek zrobimy, tylko przesunie w czasie to, co i tak się stanie” – powiedział smutno ojciec. „Jeśli zatrzymamy ją tutaj, urzędnicy przyjdą i zabiorą ją sami.”
Co roku, w każdym regionie tego, co kiedyś nazywano Stanami Zjednoczonymi, wybierano dziesięć młodych kobiet, które miały wejść na arenę i walczyć z grupą zmiennokształtnych – istot, które wyglądały jak ludzie, ale mogły zmienić się w niebezpieczną zwierzęcą postać, kiedy tylko chciały.
Sama arena znajdowała się w miejscu, które znali tylko ci, którzy przywozili Uciekinierki. „Ze względów bezpieczeństwa”, jak mówili.
Wiek każdej uczestniczki mieścił się w przedziale od osiemnastu do dwudziestu pięciu lat.
Urzędnicy twierdzili, że ten przedział wiekowy dawał uczestniczkom największe szanse na przeżycie.
Ale ludzie zawsze mieli swoje teorie. Zawsze próbowali znaleźć ukryty sens w tym wszystkim.
Niektórzy mówili, że Bieg był sposobem na utrzymanie potworów z areny w dobrym nastroju.
„Oczywiście, że wszystkie są młode”, mówili.
„Młode i seksowne, wiesz, o co mi chodzi? Te potwory chcą się przecież rozmnażać”.
Inni, choć było ich mniej, wymyślali cały czas spiskowe teorie.
Że to była wymówka rządu, by wybierać określone osoby do zabicia.
Że rodziny wybierane każdego roku były postrzegane jako zagrożenie przez bogatych.
Ale Blythe była tylko córką piekarza.
Jaką szkodę mogłabym wyrządzić?
Nawet nie wiedziała, jak walczyć.
Jak mam przetrwać starcie z grupą zmiennokształtnych?
Jakie głupie pytanie. Nie przetrwa. Tak niewiele dziewczyn kiedykolwiek uciekło.
Wszyscy wiedzieli: w Biegu albo znikasz – albo umierasz.
CLAUDE
Claude z trudem wlókł się ścieżką prowadzącą do jego małego domu.
Przez ostatnie kilka godzin błąkał się bez celu.
Myślał. Zamartwiał się.
W końcu pogodził się z tym, że musi wrócić do domu i zmierzyć się z okropnym problemem, który sam sobie zgotował.
Było już ciemno, kiedy wszedł – dawno po godzinie policyjnej i zgaszeniu świateł – więc gdy zapalił światło w kuchni i zobaczył Karin siedzącą przy stole, aż podskoczył.
„Dobry Boże” – wydusił z siebie, bezwiednie przyciskając dłoń do piersi.
Karin najwyraźniej płakała w ciemności.
„Gdzie jest Blythe?” – zapytał, bojąc się bez powodu, że jej już nie ma.
Karin przełknęła ślinę, jej ruchy były powolne. Pogładziła dłońmi blat kuchennego stołu, obliżała wargi, po czym powiedziała:
„W łóżku. Mam nadzieję, że śpi.”
Jego dłonie powędrowały ku sobie na brzuchu, palce splatały się i rozplatały w kółko. W końcu zrobił krok do przodu i usiadł na krześle naprzeciwko niej.
„Będzie miała szansę” – powiedział cicho.
„Szansę?” – wykrztusiła Karin. „Szansę? Przeciwko tym potworom?”
„Niektóre dziewczyny z tego wychodzą” – zaprotestował.
„Naprawdę? Znałeś kiedyś choć jedną?”
„Czego ode mnie oczekujesz, Karin?”
„Oczekuję, że zrobisz coś!” – odparła. „Nie możemy po prostu stać z założonymi rękami i patrzeć, jak nasza córka idzie na śmierć!”
Claude wpatrywał się w żonę, niezdolny znaleźć jakichkolwiek słów. Zamknął oczy i pokręcił głową, ból tego straszliwego losu pożerał jego zdolność myślenia.
„Jak możesz po prostu kręcić głową?” – zażądała Karin. „To wszystko twoja wina!”
Jego oczy wystrzeliły w górę, spotykając jej wzrok.
„Myślisz, że nie wiedziałam?” – ciągnęła. „Myślisz, że jestem ślepa, ty stary głupcze?”
Serce zaczęło mu walić. „Karin…„
Wstała nagle, odwracając się do niego plecami i podchodząc do zlewu.
„Nie! Zawsze taki szlachetny. Zawsze tak zatroskany o wszystkich. No i proszę. Dokąd nas to zaprowadziło!”
Claude wpatrywał się w jej plecy, gdy oparła dłonie po obu stronach zlewu, ramiona napięte, łopatki tworzyły ostre fałdy w materiale jej bluzki.
Cofnął się myślami do rzeczy, które robił.
Dodatkowy bochenek dla rodziny bez wystarczającej liczby bonów. Dodatkowe ciasto mięsne. Potem trochę kreatywnej księgowości. Kłamstwo tu i tam o zagubionych zapasach.
Kilka tajnych wiadomości z jednej komórki rebeliantów do drugiej, przekazywanych na papierze pergaminowym używanym do zawijania ciastek.
Wszystko, czego kiedykolwiek chciał, to pomagać… i jeśli miał być szczery, sprawić, by rządowi, który ich wszystkich miażdżył, było choć trochę trudniej.
Ale nie zrobił nic tak strasznego, by na to zasłużyć.
Nic, co byłoby warte życia jego córki.
„Nigdy nie chciałem, żeby to się stało.”
„Oczywiście, że nie. Nigdy nie pomyślałeś, że twoje małe akty oporu… twoje drobne bunty… mogą oznaczać śmierć jednego z naszych własnych dzieci!”
Szloch wydobył się z jego gardła.
To naprawdę moja wina.
Dobry Boże, co ja narobił?
Wydusił z siebie:
„Przynajmniej – przynajmniej teraz będą musieli nas przenieść. Dom z czystą wodą, z dala od Skażenia…„
„Gdzie będziemy obserwowani dzień i noc!” – warknęła Karin.
„Ale pomyśl o maluchach, Karin. Pomyśl o Jonasie i jego płucach…„
„Myślisz, że pociesza mnie to, że Jonas będzie oddychał czystszym powietrzem? Kosztem życia naszej córki?”
Karin chwyciła garnek z miejsca, gdzie schnął, i trzasnęła nim o blat. Claude się wzdrygnął.
Jego nogi działały za niego: wstał, pośpieszył do drzwi. Zatrzasnął je za sobą z impetem, zły – ale głównie na siebie.
BLYTHE
Trzaśnięcie drzwiami wstrząsnęło całym domem.
Blythe cofnęła się i wtuliła głębiej w pościel, przyciskając się do małego ciała Jonasa.
Dzieliła z nim łóżko i z najmłodszymi siostrami – żeby było cieplej i dlatego, że nie mieli wystarczająco dużo miejsca, by każdy miał własne łóżko.
Teraz będą mieli – pomyślała, wykrzywiając usta z gniewu i smutku.
Kiedy zostałeś wybrany do The Running, twoja rodzina dostawała zapłatę. Większy dom w lepszej dzielnicy. Więcej bonów żywnościowych.
Blythe wsłuchiwała się w ciężki oddech Jonasa. Potrzebował czystszego powietrza.
Ale ja nie chcę za to oddawać życia – pomyślała.
Bo nie było mowy, żeby zwykła córka piekarza przeżyła.
Czy to możliwe? Czy jej wybór to kara za coś, co zrobił ojciec?
Blythe myślała o tym, żeby wstać. Wyciągnąć odpowiedzi od któregokolwiek z rodziców, który wciąż był w kuchni.
Ale silna potrzeba, by nie wiedzieć, odepchnęła tę myśl.
To nie ma znaczenia – powiedziała sobie. I tak jestem martwa.
Dla wszystkich będzie lepiej, jeśli pójdę bez walki.
Jeśli się sprzeciwię, przyjdą po nas wszystkich.
W ten sposób przynajmniej inni będą żyć lepiej.
Łzy zgromadziły się za zamkniętymi powiekami i wypłynęły, spływając po jej policzkach. Wargi odsłoniły zęby w grymasie bólu.
Umrę – pomyślała. Umrę.
Wszystkie moje marzenia się skończyły.
Większa piekarnia, którą miałam pomóc Nattie i Thomasowi zbudować?
Już się nie wydarzy. Będą mieli nową piekarnię, gdziekolwiek się przeprowadzą.
Nigdy nie wyjdę za mąż.
Nigdy nie będę miała własnych dzieci.
Wejdę na tę arenę. Stanę twarzą w twarz z tymi... tymi stworzeniami.
Rozszarpią mnie na strzępy.
***
Musieli ją odciągnąć od mamy, kiedy nadszedł czas.
Thomas, Nattie i reszta jej rodzeństwa przyszli na punkt zbiórki – wszyscy płakali, nie ukrywając tego.
Ojciec stał kilka kroków za nimi, blisko miejsca, gdzie autobus się zatrzymał przed centrum społeczności, żeby ich wysadzić. Nie dotykał nikogo.
Mama chwytała dłonie Blythe, gdy strażnicy – ubrani od stóp do głów na czarno, z twarzami ukrytymi za hełmami z ciemnymi szybami – ciągnęli ją za ramiona.
„Proszę, nie” – płakała mama, jej palce, cienkie i silne, oplatały dłonie Blythe. „Proszę, zostawcie ją. Weźcie mnie.”
Jeden z hełmów się roześmiał.
On naprawdę się z niej śmieje – pomyślała Blythe ze zdziwieniem.
Strażnicy nie powiedzieli nic więcej, wyrywając Blythe z objęć matki i odciągając ją.
Krótko potem, w prostej szatni, miała już na sobie mundur wydany przez The Running:
obcisłe spodnie i koszulkę z krótkim rękawem we wzór zielono-brązowy. Buty sportowe, cienkie skarpetki.
Związała czarne włosy w kucyk, odgarniając je z twarzy. Zawsze przeszkadzały jej podczas pieczenia, zasłaniając widok. Nie mogła teraz na to pozwolić.
Spojrzała sobie w oczy w lustrze.
No cóż, nie wyglądam jak przestraszony królik. O nie! Wyglądam jak ktoś, kto może przeżyć wszystko – to ja.
Boże, jestem w takiej dupie.
Wrzuciła stare ubrania do pojemnika oznaczonego „Śmieci” i wyszła do poczekalni, gdzie dziewięć innych dziewczyn chodziło tam i z powrotem.
Pomyślała o tym, żeby się im przedstawić – zobaczyć, czy może się zaprzyjaźnić. Jeśli będą współpracować, będą miały znacznie większe szanse na przeżycie.
Ale wtedy do pokoju weszła kobieta z farbowanymi włosami, czerwonymi jak krew, ubrana w czarny mundur jak strażnicy, a za nią dziewięć innych osób ubranych tak samo. Sprawdziła tablet i podeszła prosto do Blythe.
„Blythe Becker” – powiedziała. To nie było pytanie.
Blythe skinęła głową.
„Tędy.”
Zęby Blythe zaczęły szczękać, więc zacisnęła szczękę mocno, zgryzając swój strach.
Zrobiła, jak jej kazano, idąc za rudowłosą kobietą z pokoju czystym, białym korytarzem. Obcasy kobiety głośno stukały o lśniącą podłogę.
„Jestem Lorna. Jestem twoim przewodnikiem. Omówię zasady. Słuchaj uważnie, nie będę tego powtarzać. Pytania na końcu. Jasne?”
Rude włosy Lorny opadły jej na twarz, gdy mówiła. „Zasada numer jeden: każdego roku, pierwszego dnia wiosny, dziesięć ludzkich kobiet ma zostać umieszczonych na arenie Running i otrzymać broń do samoobrony.”
Jasne. Blythe już to wiedziała. Nikt nie mógł uciec przed licznymi telewizorami w mieście odtwarzającymi nagrania na żywo, jak kolejne dziewczyny biegają, dźgając i rąbiąc sobie drogę przez arenę.
Jej wzrok padł na stos broni w oddali: włócznie, topory, łuki, strzały, liny. Będzie musiała do nich pobiec, jak tylko zadzwonią dzwony zegara – sygnał startowy. Musiała tam dotrzeć w ciągu pięciu minut, które im dawali, zanim wypuszczą zmiennokształtnych.
„Zasada numer dwa: kobiety nie mogą sobie nawzajem szkodzić ani pomagać.”
To wywołało w piersi Blythe uczucie gniewu.
Jak ktokolwiek ma przeżyć, jeśli nikt nie może sobie pomagać?
A dokładniej – jak ja mam przeżyć?
Jej ojciec w ostatnim tygodniu wolności próbował nauczyć ją walki, ale sromotnie zawiódł. Celność Blythe była okropna, jej umiejętność zadawania ciosów jeszcze gorsza. Nie chciała nawet myśleć o tym, jak wolna była.
„Zasada numer trzy: jeśli kobieta zabije zmiennokształtnego, ma trzydziestominutową przerwę na znalezienie wyjścia. Jeśli nie dotrze do drzwi w ciągu trzydziestu minut, nadal jest w Running.”
Nie było mowy, żeby Blythe mogła zabić zmiennokształtnego. To były prawdziwe zwierzęta, a ich zdolność gojenia była najbardziej nieludzką z wszystkich ich cech. Spikerzy w telewizji zawsze to podkreślali. To potwory – nie takie jak my.
A poza tym – czy ktokolwiek wie, jak zabić zmiennokształtnego? Czy w ogóle można ich zabić, czy to tylko fałszywa nadzieja dawana tym wybranym do Running?
Arena nazywała się przecież Lazarus.
Blythe poczuła mdłości, nagle żałując, że nakarmili ją i inne uczestniczki, zanim wrzucili je na arenę.
W głowie słyszała zegar odliczający, coraz bliżej południa.
Czuła się w tym momencie jak więzień przed powieszeniem, czekający na śmierć za zbrodnię, o której istnieniu nie wiedziała.
Kolana jej miękły, bliskie ugięcia, oczy znów napełniły się łzami. Nie da rady. Umrze.
A potem to usłyszała.
Zegar wybił południe, jego głośny dzwon wstrząsał drzewami wokół niej.
The Running się rozpoczął.













































