
Sklonowana wbrew woli
Autorzy
Elfy G
Lektury
236K
Rozdziały
40
Klon
TRZYNASTKA
Gdybyś wtedy na mnie spojrzał, pewnie pomyślałbyś, że mam dwadzieścia kilka lat. Ale jaka była prawda? Żyłam dopiero dwa lata. Nie było to takie trudne do zrozumienia, jak mogło się wydawać. Byłam kopią – klonem. Musiałam być kopią dokładną.
Prawdziwa ja – czyli, no cóż, oryginał – to Penelope Holtz. Istniałam tylko po to, żeby utrzymać Penelope przy życiu. To było imię, które obie kiedyś nosiłyśmy. Teraz byłam tylko numerem. Trzynastką.
Obie miałyśmy brązowe włosy, ale nasze oczy były inne. Po tym poznałam, że jestem kopią. Moje oczy nie pasowały do koloru z moich wspomnień. Choć właściwie to były jej wspomnienia.
Jej oczy, oczy z mojego umysłu, były jasnoniebieskie. A oczy, które patrzyły na mnie z lustra, były odcieniem ciemniejszego turkusu, ledwo muśniętego błękitem.
Mój ojciec – nasz ojciec – był bardzo mądrym naukowcem. Stworzył mnie, żeby uratować swoją wyjątkową córkę. Czasami zastanawiałam się, czy to czyniło mnie również jego córką. Ale on tak tego nie widział. Byłam jego potworem.
Wszystko zaczęło się jakieś pięć lat temu, kiedy Penelope zachorowała. Białaczka. Jej ciało powoli zaczynało odmawiać posłuszeństwa. Matka Penelope zmarła kilka lat wcześniej, więc było za późno, żeby spróbować mieć kolejne dziecko, które mogłoby pomóc ją uratować. Wtedy ojciec wpadł na swój wielki pomysł i byłam nim ja.
Gdy Penelope potrzebowała krwi, brali ją ode mnie. Jeśli potrzebowała szpiku kostnego, od razu wbijali we mnie igły. Byłam rozwiązaniem.
Ojciec powiedział mi, że ona nie wie o moim istnieniu. Myślała, że dawcy to obcy ludzie. Ludzie, którzy chcieli jej pomóc.
Wciąż pamiętam, kiedy po raz pierwszy otworzyłam oczy. Byłam zagubiona, bardzo przestraszona. Przez chwilę myślałam, że jestem nią. Jej wspomnienia były w mojej głowie, jakby były moje. Ale nie były moje. Należały do niej.
Mimo że Penelope i ja miałyśmy tę samą krew, nie byłam córką. Dla ojca byłam tylko narzędziem, sposobem na utrzymanie prawdziwej córki przy życiu.
Często zastanawiałam się, dlaczego nie jestem chora jak Penelope. Dlaczego nie miałam raka, który ją pożerał. Dlaczego byłam zdrowa, a ona nie.
Ale nigdy nie miałam odwagi zapytać. A nawet gdybym miała, wiedziałam, że nigdy by mi nie odpowiedział.
„Wstawaj! Czas na posiłek” wrzasnął od progu Victor, mój strażnik, włączając jaskrawą lampę sufitową.
Jęknęłam.
„Musisz się tak głośno zachowywać?” Przetarłam oczy, próbując zobaczyć coś w ostrym świetle.
Twarz Victora złagodniała.
„Przepraszam, ale muszę udawać, inaczej zaczną coś podejrzewać. Jeśli nie chcesz nowego strażnika, musimy tak robić. Rozmawialiśmy o tym”.
Tylko dwie osoby naprawdę się o mnie troszczyły: Victor i doktor Delilah.
Usiadłam i przeczesałam palcami włosy.
„Więc jaki jest plan na dziś?”
„Jak zwykle, kochana. Jedzenie, trening, oddanie porcji krwi – to samo co zawsze”. Victor spojrzał na mnie wzrokiem mówiącym, że nienawidzi tego tak samo jak ja.
Fantastycznie.
Spojrzałam na niego.
„Co?” Victor uniósł brwi.
Przewróciłam oczami.
„Musisz wyjść, żebym mogła się przebrać”.
Victor chrząknął.
„Racja. Przepraszam!”
Niemal wybiegł z pokoju, a ja zakryłam usta, próbując się nie roześmiać.
Kiedy się ubrałam, zapukałam w drzwi, żeby dać mu znać, że jestem gotowa.
„Ręce przed siebie” powiedział. Trzymał w dłoni kajdanki.
Zmarszczyłam brwi.
„Naprawdę są konieczne?”
„Znasz zasady, kochana” powiedział cicho.
Victor zawsze nazywał mnie kochaną, kiedy byliśmy sami. Dla wszystkich innych byłam Trzynastką. Ale dla niego byłam czymś więcej.
Kiedyś Victor zapytał: „Gdybyś mogła wybrać sobie imię, jakie by było?” Nie odpowiedziałam. Zdałam sobie sprawę, że gdybym wybrała dla siebie imię, byłoby to jej imię.
Obiecał, że kiedyś wybierze dla mnie imię.
„Nienawidzę tych głupich zasad” powiedziałam cicho, odwracając się, żeby mógł zapiąć mi kajdanki za plecami.
„Próbowałaś uciec. Czego się spodziewałaś? Gdyby był inny sposób, wiesz, że bym go wybrał”.
Westchnęłam.
„Wiem”.
Kiedy próbowałam uciec, zamknęli mnie w tym malutkim pokoiku, w którym ledwo mogłam stanąć. Gdy wyciągałam ręce, końcami palców dotykałam ścian.
Ale potem sufit zaczął się obniżać. Podniosłam ręce, żeby go zatrzymać, ale podłoga też zaczęła się podnosić. Gdy się to zatrzymało, byłam zgięta wpół. Pozostałam uwięziona w tej pozycji przez trzy dni.
Wciąż słyszałam powtarzające się w mojej głowie słowa ojca po tym, jak mnie wypuścili: „Jeśli myślisz, że posiadanie jej twarzy powstrzyma mnie przed upewnieniem się, że znasz swoje miejsce, to mnie nie znasz”.
Nie rozumiałam tego. To był ten sam człowiek, który wychował Penelope. Miałam dobre wspomnienia tego, jaki był, kiedy ona była mała, jak troskliwy był wobec niej, jak delikatny. Ale nie byłam Penelope, a on nigdy naprawdę nie był moim ojcem, choć ja kochałam mężczyznę z jej wspomnień.
Ale to nie był ten sam człowiek, co kiedyś. Nie byłam Penelope, a on tak naprawdę nie był moim ojcem.
„Pośpieszmy się, zanim zaczną pytać, dlaczego tak długo nam to zajmuje” powiedział Victor i mocno ścisnął mnie za ramię. Nie bolało, to był tylko stanowczy gest, jakby musiał przypomnieć wszystkim, że się o mnie nie troszczy.
Musiał zachowywać pozory. Gdyby ktokolwiek zauważył, jak mnie traktuje, ojciec przysłałby kogoś innego, żeby mnie pilnował. A ja naprawdę, naprawdę tego nie chciałam. Byłam tu tylko więźniem. Niczym więcej.
To była moja rzeczywistość.
Nigdy o to nie prosiłam.
Nie prosiłam, żeby mnie stworzono jako ratunek dla kogoś innego.
Zawsze dbali o to, żebym jadła zdrowo i utrzymywała odpowiedni metabolizm. Musiałam trzymać się ścisłej diety, żeby moja waga pasowała do jej wagi. To była jedna z wielu zasad, których musiałam przestrzegać.
Dzisiaj nie było inaczej.
Moje śniadanie to jajka, garść jagód, trochę kiwi i pół banana. Nigdy nie dostawałam ani odrobiny bekonu.
Miałam wspomnienia mojej mamy, gdy gotowała. Bekon smażący się na patelni. Ciepły uśmiech, gdy przekładała mi go na talerz. Ale ona nie była moją mamą; była matką Penelope. Te wspomnienia nie były moje i musiałam o nich zapomnieć. Ale zapominanie nie powstrzymywało bólu. Bolało tak samo.
Victor zdjął mi kajdanki, żebym mogła zjeść. Usiadł obok mnie. Pił kawę, jakby nic złego się nie działo.
„Spójrzcie, kogo tu mamy”. Skrzywiłam się na dźwięk nowego głosu w pokoju.
Czy on nie może dać mi spokoju chociaż podczas posiłku?
„Odczep się, Eddy. Pozwól jej jeść w spokoju” powiedział Victor. Jego głos był niski i ostrzegawczy.
Nigdy nie rozumiałam, co Eddy miał przeciwko mnie. Może nie byłam dla niego prawdziwą osobą. Może po prostu lubił się ze mną droczyć. Sposób, w jaki na mnie patrzył, przyprawiał mnie o gęsią skórkę. Nie mogłam stwierdzić, czy to był wstręt, czy coś gorszego. Tak czy inaczej, przyprawiał mnie o dreszcze.
Eddy prychnął.
„Dlaczego tylko ty masz jej pilnować? Jeśli sprawia ci za dużo kłopotów, jestem pewien, że dam sobie z nią radę”.
„I właśnie dlatego nigdy nie zostaniesz z nią sam. Nawet nie wiem, dlaczego cię tu trzymają” odciął się Victor.
Próbowałam skupić się na jedzeniu. Udawałam, że nic się nie dzieje.
Eddy wyciągnął rękę, ale zanim zdążył mnie dotknąć, Victor odepchnął jego dłoń.
„Jestem tu po to, żeby trzymać z dala od niej ludzi takich jak ty. To twoje ostatnie ostrzeżenie. Spróbuj jeszcze raz, a sam się tobą zajmę”.
„Hu-hu! Spójrz na siebie, jaki opiekuńczy. Pewnego dnia się pomylisz, a on zobaczy, jak bardzo ci zależy. Będę tam, żeby zająć twoje miejsce”. Oczy Eddy’ego spoczęły na mnie. Jego uśmieszek sprawił, że żołądek mi się skręcił. „Nie mogę się doczekać tego dnia”.
Miałam ochotę zwymiotować.
„Idź robić swoją robotę!” warknął Victor ze ściśniętą szczęką.
Eddy odszedł, śmiejąc się, jakby coś wygrał.
Chciałam podziękować Victorowi, ale nie mogłam. Gdybym to zrobiła, ktoś mógłby to zauważyć, a nie mogłam ryzykować, że go stracę. Był jedyną stałą rzeczą, jaką tu miałam. Bez niego – obojętnie, jak nazwiemy to, co nas łączyło – byłabym całkowicie zagubiona.
Nie mogłam do tego dopuścić.
***
Pielęgniarka ukłuła mnie w palec. Jej ręce były delikatne, ale wprawne. Pracowała z doktor Delilah i robiła mi to tysiące razy przez ostatnie dwa lata. Dziś musiała sprawdzić moją hemoglobinę. Wspomniała coś o żelazie we krwi.
Ale to nie był jedyny test, który musieli przeprowadzić. Nigdy nie robili tylko jednego. Oczyściła miejsce na moim ramieniu i wbiła igłę. Poczułam przez sekundę ukłucie, ale to było wszystko.
Victor obserwował całą procedurę, nie spuszczając ze mnie wzroku.
Wzięli trochę ponad pół litra krwi, jak zawsze. Patrzyłam, jak wpływa do maszyny. Czułam się trochę pusta w środku.
Próbowałam policzyć, ile razy byłam w tym sterylnym pokoju, ile razy moja krew opuszczała moje ciało, żeby mogła jej pomóc. Ale to było niemożliwe. Czas zlewał się w jedno w takim miejscu jak to.
Doktor Delilah spojrzała na mnie. Jej głos był lekki.
„Więc jak się czujesz? Jakieś zawroty głowy?”
Pokręciłam głową.
„Nie, czuję się dobrze”.
Po prostu się upewniała. Ostatnim razem prawie zemdlałam.
Brew pielęgniarki drgnęła i mogłam stwierdzić, że nie przepadała za tym, jak bardzo doktor Delilah się o mnie troszczyła, ale mnie to nie przeszkadzało. Doktor Delilah i Victor byli jedynymi ludźmi tutaj, którzy traktowali mnie, jakbym coś znaczyła.
Nagle zadzwonił telefon wiszący na ścianie. Wszyscy odwróciliśmy się, żeby spojrzeć. Ten telefon dzwonił tylko z jednego powodu.
Ojciec.
Cholera.
Pielęgniarka wstała i podniosła słuchawkę.
„Tak!” Słuchała, potem skinęła głową. „Tak, proszę pana. Natychmiast ich poinformuję”. Odłożyła słuchawkę. Jej twarz była napięta.
Victor wpatrywał się w nią, czekając na wiadomość.
„Pan Holtz jest w drodze” powiedziała, po czym wyciągnęła igłę z mojego ramienia. Podała mi krakersy i sok, jakby to miało wszystko naprawić.
Delilah rzuciła mi zmartwione spojrzenie, a następnie wyszła za pielęgniarką z pokoju.
Wpatrywałam się w przekąski. Wiedziałam, że powinnam coś zjeść – utrata krwi sprawiała, że kręciło mi się w głowie – ale żołądek mi się zacisnął.
„Powinnaś się najeść, zanim tu przyjdzie” powiedział Victor cichym głosem.
Nie dyskutowałam. Zmusiłam się, żeby wziąć kęsa. Wypiłam sok, a serce waliło mi jak młotem.
Wszedł ojciec. Nawet nie spojrzał na Victora.
„Idź na zewnątrz i pilnuj drzwi. Nikomu nie wolno tu wejść, dopóki nie skończę”.
Victor skinął głową i wyszedł. Wiedziałam, że nie ma wyboru. Gdyby ojciec pomyślał, że Victorowi na mnie zależy, byłby skończony. Nie mogłam go stracić.
Słowa Eddy’ego wybrzmiały w mojej głowie.
Jeśli sprawia ci za dużo kłopotów, jestem pewien, że dam sobie z nią radę.
Zadrżałam. Dam sobie radę jak? Nie chciałam się dowiedzieć. Eddy i tak już przerażał mnie wystarczająco.
Kiedy drzwi zamknęły się za Victorem, oczy ojca spoczęły na mnie.
„Dzień dobry, Trzynastko”.
















































