
Mroczne Przyjemności Księga 2
Autorzy
Lektury
16,3K
Rozdziały
37
Nowe priorytety
ORSON
Księga 2: Okrutne lęki
Orson nie mógł powstrzymać śmiechu, gdy wystukiwał wiadomość. „Spotkajmy się dziś w nocy, mój króliczku…” Nogi mu zdrętwiały od długiego siedzenia, a oczy piekły jak posypane piaskiem od ciągłego wpatrywania się w ekran. Ale czuł w sobie dreszcz emocji, którego nie mógł zignorować.
„W końcu… jestem w środku… Mam go!” – wyszeptał do siebie głosem pełnym oczekiwania.
Zerwał się z krzesła i zaczął krążyć po swoim słabo oświetlonym mieszkaniu w piwnicy. Próbował odzyskać spokój, na którym zwykle polegał, ale nie potrafił go w sobie znaleźć. Zamiast tego przepełniała go mieszanina strachu i ekscytacji.
Blask z pięciu monitorów komputerowych rzucał tańczące cienie na zimne ceglane ściany. Orson mieszkał w tym małym podziemnym mieszkaniu od dwóch lat. Ale od czasu, gdy opuścił dom matki w wieku szesnastu lat, mieszkał w najróżniejszych miejscach.
To miejsce bardziej przypominało jaskinię niż dom. Ceglane ściany były zimne i nieprzyjazne, a brak okien sprawiał, że jego mieszkanie za trzysta pięćdziesiąt dolarów tygodniowo przypominało więzienie. Kilka rzeczy, które posiadał — zepsuty zlew, mikrofalówka, trzy garnitury, sześć par spodni i pojedyncza szafka nocna — to było wszystko, co miał.
Ale to był jego dom… na razie.
Orson nigdy tak naprawdę nie szukał miejsca, w którym czułby się komfortowo. Nie wierzył, że takie miejsce istnieje. Traktował swoje lokum jako tymczasowe schronienie, kryjówkę.
Nigdy więcej nie chciał mieszkać w „domu”. Dom był miejscem, w którym rodziły się koszmary.
Mimo braku wygód Orson był w euforii. Wyrzucił pięść w powietrze i obrócił się w kółko z szalonym uśmiechem na twarzy, patrząc na ekran komputera. Po sześciu latach ciężkiej pracy wreszcie widział efekty swoich wysiłków.
„TET-TRON.” Słowa na ekranie sprawiały, że chciał tańczyć z radości. Ale budziły też w nim głęboki strach, który narastał w ciągu ostatnich kilku tygodni. Zamierzał zrobić coś, co mogło go kosztować wszystko.
Ale był gotów zapłacić tę cenę. Był gotów zniszczyć potwora. Potwora, z którym prowadził niebezpieczną grę zdecydowanie zbyt długo.
Nazywali go Szczurołapem, a Orson był bliżej niż kiedykolwiek, żeby go dopaść. Dziś w nocy miało się to wreszcie wydarzyć.
Orson wiedział, że jedyną rzeczą, która mogła mu pomóc, był Tet-Tron. To było jego arcydzieło, twór zrodzony z nienawiści, żalu i pragnienia zemsty. Potężne narzędzie zdolne sięgać do najciemniejszych zakamarków internetu i wyciągać na światło dzienne ukryte tam potwory.
Orson wiedział to, bo sam go stworzył. Spędził lata, doskonaląc sztuczną inteligencję Tet-Trona, pisząc kod w Pythonie i tworząc algorytmy. Ale gdzieś po drodze zostawił się bezbronnym.
Orson był hakerem w szarym kapeluszu. Lubił siać chaos, włamywać się do rządowych plików i robić zamieszanie. Ale jeśli chodzi o Tet-Trona, zdał sobie sprawę, że jego umiejętności nie wystarczą.
Potrzebował czegoś potężniejszego, bardziej destrukcyjnego. Dlatego zwrócił się do hakera w czarnym kapeluszu. Tacy ludzie byli niebezpieczni i niegodni zaufania, ale Orson był zdesperowany. Potrzebował ich biegłości w Pythonie — potężnym języku programowania używanym przez hakerów.
Ale w momencie, gdy Orson dokończył swoje arcydzieło, zostało mu ono skradzione. Haker w czarnym kapeluszu, z którym współpracował — mężczyzna o pseudonimie White Wolf — zdradził go. W rzeczywistości był hakerem w białym kapeluszu, pracującym dla FBI, i zostawił Orsona z niczym.
W mgnieniu oka dzieło życia Foxa, owoc jego umysłu, jego magnum opus zostało mu wyrwane z rąk. Przez lata żył w strachu, że nigdy go nie odzyska. Przegrał tę bitwę. Potwory, na które polował, nadal miały się dobrze, a Orson nie mógł nic na to poradzić.
Początkowo pochłonęła go głęboka, paraliżująca rozpacz. Jakaś część niego wiedziała, że powinien być wdzięczny, iż FBI zabrało tylko Tet-Trona i nie wsadziło go do więzienia na całe życie, ale ta strata go złamała. Jednak po pewnym czasie Orson znalazł nowy cel, nową zdobycz do upolowania.
White Wolf. I teraz Fox miał go w swoich szponach.
Okrutnym zrządzeniem losu, po latach nieustannych poszukiwań i polowań, Fox natknął się na White Wolfa w ukrytym pokoju czatowym. Wyglądało na to, że White Wolf pojawił się ponownie, znów udając hakera w czarnym kapeluszu, udając, że nie jest tajnym agentem, którego celem jest kradzież kodu Python ludziom zdolniejszym od siebie.
Na szczęście ten arogancki głupiec użył ponownie starego adresu IP i przekierował go w słabej próbie ukrycia swoich starych cyfrowych śladów. Ale jeśli była jedna rzecz, w której Orson był naprawdę dobry, to rozpoznawanie znajomego kodu — zwłaszcza kodu, który zdążył znienawidzić tak bardzo, jak kod White Wolfa.
Świadomy, że musi działać ostrożnie, i pamiętając, że Wolf go już kiedyś przechytrzył, Fox stworzył dla siebie zupełnie nowy adres IP. Spędził tygodnie na dopracowywaniu fałszywych kont i przepuszczaniu względnie czystego cyfrowego śladu przez ponad piętnaście różnych wież komórkowych, zanim w ogóle odważył się tym razem zbliżyć do White Wolfa.
Potem, z najwyższą ostrożnością, nawiązał kontakt. Od tamtej pory Orson systematycznie rozkładał na części całe federalne konto służbowe White Wolfa. Był skrupulatny — drapał, łamał i hakował każdym narzędziem, jakie miał do dyspozycji.
Ku swojemu zdumieniu znalazł się głęboko w bazach danych USCB, federalnego departamentu, dla którego pracował White Wolf. United States Children's Bureau — federalna agencja podlegająca Departamentowi Zdrowia i Opieki Społecznej Stanów Zjednoczonych.
Tet-Tron czekał na niego niczym soczysty, dojrzały owoc wiszący tuż za ogrodzeniem z drutu kolczastego. Ale Orson wiedział, że niektórych rzeczy nie da się zhakować brutalną siłą. W tym przypadku tak potężna agencja federalna wymagała od niego posiadania kodu dostępu, zanim mógłby zinfiltrować bazy danych i włamać się do Tet-Trona, by go odzyskać.
Sam ten czyn niewątpliwie uczyniłby go ściganym zbiegiem do końca życia. Oznaczałby koniec jego egzystencji jako kogokolwiek innego niż Fox. Nie byłoby już Orsona-stażysty. Orson Wells stałby się oficjalnie poszukiwanym hakerem-przestępcą. Ale był gotów zapłacić tę cenę.
Teraz jedyne, co Foxowi pozostało, to sprytnie wyciągnąć klucz dostępu. W niemal poetyckim zrządzeniu losu Orson wymyślił idealny plan, by wydobyć kod dostępu od samego White Wolfa, osobiście.
Po długich poszukiwaniach i włamaniach Fox odkrył pojedynczy wątek mailowy wymieniony między White Wolfem a zewnętrznym źródłem z jego komputera służbowego, w którym wspomniano fizyczną lokalizację z nazwy. Heaven.
Tajemnicza nazwa kryjąca jeszcze bardziej nieuchwytną prawdę, na której odkrycie Orson poświęcił niezliczone bezsenne noce. Po wszystkich swoich dochodzeniach Orson doszedł do wniosku, że Heaven to nazwa trzech dużych, pozornie opuszczonych rezydencji ukrytych na wschodniej stronie Los Angeles.
Rezydencje były połączone podziemnymi tunelami i komorami, gdzie tysiące namiętnych, żądnych wrażeń i dzikich par spotykało się na burleskowych przyjęciach, od zwyczajnych po te najbardziej ekstremalne. Imprezy trwały przez cały rok, organizowane przez elitę miasta i stanu, a za ich koordynację odpowiadał anonimowy dobroczyńca znany jedynie jako G.O.D.
Same imprezy i dostęp do Heaven nie były drogie ani ekskluzywne. Właściwie nikt nie robił większego problemu z identyfikacją czy nazwiskami. Wystarczyło dowiedzieć się o lokalizacji rezydencji od znajomego i można było po prostu wejść i dołączyć do zabawy.
A Orson wiedział dokładnie, gdzie to znaleźć — dzięki White Wolfowi. Orson znał też jeden kluczowy szczegół z historii wyszukiwania i korespondencji mailowej Wolfa. White Wolf był mężczyzną i interesował się BDSM. Jako dominujący.
Orson był jednocześnie podekscytowany i głęboko zaniepokojony tym odkryciem. Z jednej strony dawało mu to możliwość wyciągnięcia klucza dostępu do Tet-Trona. Z drugiej strony myśl o kontakcie z kolejną osobą praktykującą ten styl życia przyprawiała go o gęsią skórkę.
Nie dlatego, że Orson był temu przeciwny. Sam był praktykującym, na swój sposób. Ale myśl o innych Dominujących napawała go obrzydzeniem, bo wiedział, że mężczyźni, którzy często uczestniczyli w tym stylu życia, mieli to wypaczone przekonanie, że im większy jesteś, tym większe masz prawo dominować.
Ale mimo swojej postury Orson nie ulegał i nigdy by nie uległ. Nigdy nie oddałby tej części siebie. W większości przypadków sam czerpał przyjemność ze zmuszania innych mężczyzn do uległości. Orson prędzej by się dał pokroić, niż pozwolił jakiemuś facetowi grać jego Doma.
Zresztą sam był dla siebie jedynym Domem, jakiego kiedykolwiek potrzebował. Ale żeby dostać to, czego chciał, mógł udawać — tak jak White Wolf udawał hakera w czarnym kapeluszu przez te wszystkie lata. Niewiele przejmując się tym, co udawanie uległości mogło z nim zrobić, jedyne, co Fox widział na ekranie komputera, to Tet-Tron.
Jedyne, o czym myślał, to potwór, którego chciał zniszczyć. Jedyne, co czuł, to satysfakcja z polowania bliskiego zakończenia. Musiał jedynie pójść do Heaven i ściągnąć White Wolfa prosto do piekła.
Z ostrym, bardziej złośliwym niż radosnym chichotem Orson wrócił do pracy z gorączkowym zapałem. Jego palce stukały w klawiaturę, a zmęczone oczy przesuwały się po kodach, które wprowadzał — po niezliczonych fałszywych kontach (Facebook, Twitter, Instagram i poczta e-mail), które musiał stworzyć, by zwabić White Wolfa na spotkanie pod pozorem Suba szukającego nowego Doma.
Na szczęście jedną z najlepszych rzeczy w całym tym zamieszaniu było to, że FBI najwyraźniej nie wiedziało, kim naprawdę jest ani jak wygląda. Gdyby wiedzieli, Orson był pewien, że zostałby aresztowany dawno temu, gdy po raz pierwszy złamał zaporę bezpieczeństwa USCB.
Niestety, druga strona medalu była taka, że Fox nie mógł ryzykować hakowania osobistych danych ani kont White Wolfa bez ryzyka wzbudzenia zbyt wielu podejrzeń i spłoszenia swojej ofiary. Dlatego Orson tak naprawdę nie miał pojęcia, jak White Wolf wygląda ani jak się naprawdę nazywa.
Istniało jedno jedyne zdjęcie tego człowieka, niewyraźne i praktycznie bezużyteczne. Zaledwie kilka tygodni temu Fox zaczął wysyłać flirtujące wiadomości prywatne i kilka odważnych intymnych wiadomości. Znalazł kilka prowokacyjnych zdjęć młodych mężczyzn o podobnym wzroście, wadze, kolorze skóry i włosów, a potem sprytnie wmontował swoją twarz na te zdjęcia.
Opublikował je jako zdjęcie profilowe na Facebooku pod pseudonimem, który rozśmieszył go z gorzką autoironią. Bunny. Gdy White Wolf połknął przynętę niecały tydzień później, pogarda Foxa do tego człowieka tylko się pogłębiła.
Ale Orson odgrywał swoją rolę nieśmiałego, niepewnego Suba perfekcyjnie. Po tygodniach drażnienia, zabawy i udawania, że ignoruje odpowiedzi White Wolfa, Orsonowi udało się w końcu umówić spotkanie w Heaven. Dziś w nocy…
Orson poczuł rój nerwowych motyli w brzuchu, gdy czytał wiadomość z zaproszeniem. Jego wzrok przesunął się na duże pudło stojące przy drzwiach. Na opakowaniu widniał chudy blondyn ubrany w skandaliczny skórzany strój — z uszkami króliczka do cosplayu, wielkimi zamkami błyskawicznymi i większą ilością odsłoniętej skóry, niż Orson chciał sobie wyobrażać.
To miał być kostium Foxa w Heaven. Część niego wzdragała się na myśl o poniżeniu się przed innym Domem w takim stroju, nawet jeśli to był tylko podstęp. Ale pod zakłopotaniem czaiło się głębsze przerażenie, które sprawiało, że czuł się słaby.
Myśl o uległości, choćby na chwilę, była tak odrażająca, że Orson musiał walczyć z chęcią rozbicia monitora na kawałki. Nienawidząc tego, jak drżą mu palce i jak serce wali mu w uszach, Orson potrząsnął głową. Wrócił palcami do klawiatury i przygotował się, by wpisać swoją zgodę.
Właśnie wtedy wyskoczyło duże okno rozmowy. Pojawiła się mała, tańcząca niebieska fala dźwiękowa, poruszając się chaotycznie, gdy w jego słuchawkach rozległ się sygnał połączenia. Odsuwając się z ulgą i zdziwieniem, Orson zerknął na numer na ekranie, zmarszczył brwi, stuknął w klawisze i odebrał połączenie.
„Halo? To ty, Maybell?” – zapytał łagodnie, rozpoznając numer, bo zhakował telefon Maybell kilka tygodni wcześniej.
„Cześć, tak, to ja…” – padła szybka odpowiedź. Głos Maybell był gładki i słodki, na chwilę łagodząc jego niepokój.
„Hej, Fox… przepraszam, że dzwonię tak późno i tak nagle… ale jesteś zajęty?”
Zajęty? Poza okradaniem rządu i planowaniem ataku na tajnego agenta? Nie, w sumie nie za bardzo.
Fox przewrócił oczami na własną sarkastyczną odpowiedź i uznał, że nie musi wiedzieć o jego obecnych, wysoce nielegalnych działaniach. Odchylił się na krześle, ignorując skrzypienie kółek toczących się po zimnym betonie, odsuwając go od klawiatury w stronę środka pokoju.
Wciąż podekscytowany swoim odkryciem, powoli obracał się na krześle, szurając nogami, gdy ciepło odpowiedział do mikrofonu w słuchawkach.
„Ha! Zajęty? Ja? Nie, dla ciebie nigdy nie jestem zbyt zajęty” – powiedział z uśmiechem, opierając brodę na złożonych dłoniach. „Co jest? Mów do mnie.”
Maybell wzięła oddech i wydała z siebie cichy, wymuszony chichot. Orson nigdy wcześniej nie słyszał, żeby chichotała nerwowo.
„Och! Nic się nie dzieje!” – odpowiedziała szybko, niemal obronnie. „Po prostu… chciałam wiedzieć, czy chciałbyś, no wiesz, wpaść na chwilę? Chyba chciałam dziś w nocy mieć kogoś przy sobie, ale jak jesteś zajęty, to nie przejmuj się. Dam sobie radę…”
Jej głos był mocny, ale pod koniec zdania pojawiło się lekkie drżenie, które z niezrozumiałych powodów przeszyło go zimnym dreszczem wzdłuż kręgosłupa.
Czemu mam wrażenie, że wcale nie daje sobie rady… Cholera. Ciekawe, czy Isiah zrobił coś głupiego… może próba zeswatania ich poprzedniej nocy nie była jednak takim dobrym pomysłem… Cholera, Crow, idioto! Naprawdę myślałem, że ogarniesz to jak trzeba…
Orson stłumił westchnienie, pochylił się do przodu i delikatnie naciskał.
„Maybell, mała wrono, powiedz mi, co się stało?”
Niemal słyszał jej uśmiech na dźwięk tego przezwiska, gdy zamilkła na chwilę.
Przez ostatnie kilka tygodni, spędzając z nią coraz więcej czasu, Fox zaczął nazywać May tym pieszczotliwym przezwiskiem. Wiedział, że nie jest hakerką ani crackerką jak on i Isiah, ale na swój sposób była częścią ich świata.
Pod wieloma względami Maybell przypominała mu Isiaha. Jej upór i bystry umysł odzwierciedlały cechy jej partnera, ale miała w sobie czułość i empatię, których Isiahowi brakowało. Widział w niej mniejszą, łagodniejszą, ale nie mniej ważną postać.
Mała wrona w porównaniu z mrocznym, intensywnym Crow, którego Orson wciąż szanował jako mistrza hakerów. I wiedział, że lepiej go nie złościć.
„Fox, mówię ci, że nic się nie dzieje…” – odezwała się znowu May, a jej głos brzmiał na napięty, jakby starała się nie okazać słabości.
Orson zmarszczył brwi i zadał inne pytanie.
„Dobrze. Nic się nie dzieje, ale to czemu dzwonisz do mnie o drugiej w nocy, a nie do Isiaha?”
Nastąpiła długa cisza, podczas której Orson wyczuwał, że jego przyjaciółka — kobieta, którą ledwo znał, ale za której słodką duszę gotów byłby podpalić cały świat — była na skraju łez.
Czując lekką panikę, przestał się obracać i zawołał cicho, z troską.
„May, proszę, porozmawiaj ze mną. Nie mogę pomóc, jeśli ze mną nie porozmawiasz…”
„Hmm, proszę, nie wciągaj w to Isiaha?” – wyszeptała nagle, głosem ciężkim od trosk, które rozumiał na swój własny sposób.
„Możesz po prostu do mnie wpaść na chwilę? Miałam koszmar i nie… nie chcę, żeby Isiah tu był, więc zadzwoniłam do ciebie.”
Fox poczuł, jak żołądek mu się przewraca na jej wyznanie.
Teraz miał poważne pytania, ale po prostu zerknął przez ramię na ekran, przy którym pracował. Jeden z najważniejszych momentów jego życia czekał tam na niego.
Spotkajmy się dziś w nocy, mój Króliczku…
Niczym cios w brzuch, Orson przypomniał sobie, jak po raz pierwszy jego własny ojciec nazwał go tym obrzydliwym przezwiskiem… gdy gonił go nagiego pod łóżkiem, płaczącego i krzyczącego, żeby się wydostać.
Szczęka Orsona się zacisnęła, gdy obrzydliwe wspomnienie wypłynęło na powierzchnię, i w myślach zbeształ się za to, że pozwolił mu się pojawić.
Fox wybrał pieszczotliwe przezwisko swojego oprawcy jako swój internetowy pseudonim — strategię, która pozwalała mu kierować całą nienawiść w stronę Wolfa za każdym razem, gdy otrzymywał od niego wiadomość.
Ale może źle oszacował swój emocjonalny dystans do tego imienia, bo w tej chwili czuł, że zaraz zwymiotuje.
Jeszcze bardziej niż nagła chęć wycofania się zaskoczyło go silne pragnienie, by zobaczyć Maybell.
Ich więź rozwinęła się szybko, napędzana intensywnymi dramatami.
Ale im więcej czasu z nią spędzał, tym bardziej zaczynał się o nią troszczyć. Jej towarzystwo dawało mu szczęście, a myśl, że jest zdenerwowana, bolała go bardziej niż perspektywa przełożenia spotkania z White Wolfem.
„Będę u ciebie za piętnaście minut… z czekoladą. Jak ci to brzmi, mała wrono?”
Rozległ się cichy dźwięk, jakby Maybell odsunęła się od telefonu, żeby otrzeć twarz albo nos. Potem wydała z siebie cichy, łzawy śmiech, udając wesołą dla niego.
„Brzmi cudownie… to do zobaczenia wkrótce?”
Fox potwierdził i zakończył rozmowę.
Z westchnieniem rozczarowania zdjął masywne słuchawki z uszu, a rudo-pomarańczowe włosy opadły mu na oczy, gdy potrząsnął głową, żeby odpędzić senność.
„Jezu, Isiah, co ty narobiłeś?” – mruknął do siebie Orson, odwracając się i rzucając słuchawki na małą pojedynczą pryczę w odległym rogu pokoju.
Zanim założył płaszcz i chwycił klucze, podszedł do komputera i wpisał odpowiedź.
Nie dziś w nocy, Wolf. Może w sobotę?
Dodał małe emoji króliczka i serduszko do ostatniej wiadomości, mając nadzieję zapobiec jakiejkolwiek dyskusji.
Do zobaczenia w Heaven!
Po czym obrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju, starając się ignorować gryzący niepokój w sercu i żołądku.
Myśl o spotkaniu z Wolfem wzbudzała w nim wir obrzydliwych wspomnień, których nie potrafił w pełni stłumić.
Wymierzył złośliwego kopniaka pudłu przy drzwiach, wychodząc ze swojej nory.

















































