
Akta Chamberlaina Książka 4
Autorzy
Lektury
17,0K
Rozdziały
34
Rozdział 1
Akta czwarte: Księżniczka korporacji
Prolog
NIEZNANA
Poczuła ciepły powiew Pacyfiku, który rozwiewał jej włosy swoim kuszącym, morskim oddechem. Fale oceanu rozbijały się o czarne wulkaniczne skały, osypując jej twarz chłodną mgiełką.
Jej lekka letnia sukienka przemoczyła się na wskroś i przylgnęła do skóry, odsłaniając wyrzeźbione, zgrabne ciało i nie pozostawiając nic wyobraźni.
Uśmiechnęła się, myśląc o tym, przez co przeszła w ciągu ostatniego roku.
Podróżowała po świecie, żyjąc z pieniędzy odłożonych u poprzedniego pracodawcy, próbując zdecydować, jaki kształt przybierze jej życie.
Kobieta o jej talentach miała wiele możliwości. Ale chciała czegoś nieco innego, ekscytującego; a przede wszystkim pieniądze musiały być bajeczne.
W małym miasteczku w Brazylii spotkała dziwnego mężczyznę, który dał jej szansę na spełnienie marzeń.
Przedstawił jej plan, który był genialny w swojej prostocie. Był w stanie go zrealizować, pod warunkiem że miał odpowiednich ludzi do wykonania zadania.
Powiedział jej, że uważa ją za jedną z osób, których potrzebuje.
Przeciągnęła swoje smukłe, mierzące metr siedemdziesiąt trzy ciało i potrząsnęła kasztanowymi włosami. Kiedyś sięgały do ramion, ale jej jedwabiste włosy znacznie urosły przez ostatni rok i teraz opadały do połowy pleców.
Jej niebieskie oczy odbijały intensywny błękit oceanu, który muskał jej stopy.
Niewiele się zmieniło, odkąd uciekła ze Stanów Zjednoczonych.
Czuła, że jej serce może nieco zmiękło, teraz gdy nie była już zmuszana do robienia rzeczy, które zahartowałyby nawet najłagodniejsze serce. Była wolna.
Spojrzała wstecz i uświadomiła sobie, że tak naprawdę nigdy nie była wolna od kontroli innych ludzi ani, w niektórych przypadkach, od bycia czyjąś własnością.
Dziś jednak odpowiadała tylko przed własnymi pragnieniami i marzeniami. Może to wystarczająca zmiana.
Wciąż miała wielu znajomych w Stanach, którzy wypatrywali oznak tego, że władze idą jej tropem.
Figurowała na liście najbardziej poszukiwanych przez FBI, ale do jej nazwiska dołączony był jedynie przybliżony portret pamięciowy. Była dla nich duchem.
Mimo to odczuwała pewien niepokój przed powrotem do USA, ale jej nowa tożsamość okazała się bezbłędna.
Na razie zachowywała ostrożność, ale wiedziała, że gdy wydarzenia nabiorą tempa, jakikolwiek przyszły powrót będzie całkowicie wykluczony.
Choć całe dorosłe życie spędziła w Stanach Zjednoczonych, nie żywiła żadnej lojalności wobec swojej przyszywanej ojczyzny. Była tym, co stare powiedzenie określa mianem kobiety bez kraju.
Nie, lojalność może kiedyś miała nad nią pewną władzę, ale to się skończyło. Jej główną motywacją były pieniądze. Mężczyzna z Brazylii ją zmotywował. Była gotowa wypełnić swoją część umowy.
Odwróciła się i ruszyła wzdłuż ostrych czarnych skał, pewna, że wzmocnione podeszwy jej sandałów ochronią jej stopy.
Po jej prawej stronie trysnął słup wody, wypchnięty spod skał przez podziemne szczeliny.
Woda szukała ujścia od ciśnienia, które powstawało przez nieustanne uderzenia fal wtłaczających wodę do podwodnych jaskiń ciągnących się wzdłuż wybrzeża.
Gejzer przypomniał jej Old Faithful, choć widziała go jedynie w filmach dokumentalnych.
Dom na przylądku lśnił, gdy światło słoneczne odbijało się od licznych okien zwróconych ku oceanowi.
Okna znajdowały się tuż za lśniąco białym balkonem, który wystawał nad czarnymi skałami niczym dziób statku przecinającego niebezpieczne fale burzliwej nocy.
Na szczycie schodów ktoś na nią czekał.
Zbliżając się do postaci na górze, miała wrażenie, jakby szła w stronę lustra — tak uderzające było podobieństwo. Jedyną różnicą były piękne, proste, czarne włosy tamtej kobiety.
Gdy dotarła do niej, powiedziała po prostu: „Pora zaczynać”.
***
JACK
Stałem i patrzyłem wzdłuż wybrzeża w kierunku molo, które dzieliło na pół siedmiomilowy pas złotego piasku w Old Orchard Beach w stanie Maine.
W szczycie letnich upałów tysiące ludzi codziennie odwiedzały morze sklepików wzdłuż Main Street, oferujących kuszący wybór smakowitych przysmaków.
W ten upalny weekendowy dzień zwykła liczba odwiedzających potroiła się.
Nagle wydawało się, jakby cały świat zamilkł, jakby tłum plażowiczów wziął jeden wspólny głęboki oddech.
Na moment zamarłem, gdy usłyszałem, a potem zobaczyłem, jak frontowe wejście na molo wybucha na zewnątrz kulą ognia, która przyćmiła słońce.
Obszar wokół wejścia na molo spowił gęsty, czarny obłok dymu i płonących odłamków.
Drewniane szczątki posypały się na plażę, spadając bez różnicy na mężczyzn, kobiety i dzieci.
Gdy echo wybuchu ucichło, z otaczającego tłumu wydobył się wielki krzyk, a ludzie zaczęli uciekać od chaosu.
Kilkoro ruszyło w stronę molo — dobrzy samarytanie, którzy rozumieli tragedię rozgrywającą się na ich oczach.
Mój przyjaciel Jason Wambaugh, chłop jak dąb, i ja nagle pobiegliśmy w stronę molo, podczas gdy pierwsza fala przerażonych ludzi pędziła obok nas.
Zauważyłem krew na tych, których mijaliśmy, gdy kolejna eksplozja wstrząsnęła miejscem tuż za ruinami wejścia na molo.
Był to mniejszy wybuch, ale ci, którzy przybyli pomóc ofiarom pierwszej eksplozji, zostali teraz złapani w wir drzazg i płonącego drewna, które szarpało powietrze.
Kolejna eksplozja zagrzmiała z centrum molo, wyrzucając ludzi w powietrze, zamieniając ich w bezduszne, zwęglone szczątki.
Widziałem chyba ponad stu ludzi wciąż na molo, biegnących w stronę budynku na samym końcu. „Jezus, Jason, oni są pędzeni jak stado do klubu na końcu molo”.
Zaczęliśmy krzyczeć, gdy się zbliżaliśmy, ale wśród wszystkich wrzasków przerażenia i bólu nasze głosy były tylko kolejnymi krzykami zagubionymi w tym koszmarze.
Wielki nocny klub był teraz wypełniony ludźmi, stłoczonymi jak bydło prowadzone na rzeź. Niektórzy skakali z końca molo do płytkiej wody, próbując się ratować.
Ostatnia eksplozja wstrząsnęła plażą, gdy dwupiętrowy klub zdawał się unieść, niesiony kulą ognia w powietrze, po czym rozpadł się na milion drzazg z drewna i kości.
W jednej chwili setki ludzi zgasły jak zapałka na wietrze.
Dotarliśmy na obrzeża strefy zagłady. Wołania o pomoc zdawały się wydobywać z samej ziemi.
Ciężki, płonący kawał deski leżał w poprzek nóg młodej kobiety, która krzyczała z bólu. Podźwignąłem drewno i odrzuciłem na bok. Jej nogi były poważnie poparzone, ale miała szansę przeżyć.
Ruszyłem głębiej w tłum, zdejmując deski i odłamki z jednej osoby po drugiej.
Obrażenia były różnego stopnia. Złamane nogi i ręce, drzazgi pokładu wbite w ciała ludzi, a wszędzie dookoła — czarne i poparzone ciało.
Przedostawałem się coraz bliżej tego, co zostało z samego molo. Jego wspaniałe pale sterczały z ziemi niczym żebra jakiegoś wielkiego dinozaura i podtrzymywały już tylko niebo nad głową.
Przesunąłem duży metalowy szyld, który spadł z Palace Playland, i znalazłem pod nim dziecko, może czteroletnie, ze zmiażdżoną czaszką, wpatrujące się we mnie martwymi oczami.
Kobieta, z której głowy sączyła się krew, odepchnęła mnie i rzuciła się na dziecko. Chciałem pomóc, ale dziecko nie żyło, a moja pomoc była potrzebna żywym.
Z minuty na minutę przybywało ludzi — większość w kostiumach kąpielowych, ale wielu już w mundurach.
Przechodzili obok mnie, pomagając jak mogli, wynosząc ludzi z płonącego pola odłamków w stronę rynku miejskiego.
Spojrzałem na swoje dłonie. Były czarne od sadzy, ale także śliskie od czerwonej krwi — mojej i ofiar, które próbowałem ratować.
Odwróciłem się w stronę morza, szybko pokonując dziesięć metrów do pierwszego ciała zniesionego na brzeg przez fale. Tuż za nią mężczyzna walczył o to, by utrzymać głowę nad wodą.
Wziąłem go pod oba ramiona i wyciągnąłem na suchy ląd. Miał połamane nogi i jedno ramię, ale oddychał i żył.
Znów spojrzałem na ocean. Ludzie próbowali dotrzeć do brzegu — młodzi, starzy, mężczyźni, kobiety i dzieci — wszyscy desperacko czepiając się życia, walcząc, by utrzymać głowy nad wodą.
Kilkoro trzymało się dryfujących szczątków jak tonący brzytwy i błagało o pomoc.
Gdy wracałem do wody, kątem oka dostrzegłem jakiś ruch. Ciało kobiety płynęło w moją stronę. Leżała twarzą w dół, z długimi czarnymi włosami, które rozlewały się i tańczyły na falach.
Było coś znajomego w jej opalonej i wyrzeźbionej sylwetce. Dotarła do linii fal i woda przewróciła ją na plecy. Wpatrzyłem się w martwe, zielone oczy Claire.
Padłem obok niej na kolana i przyciągnąłem jej ciało do siebie, biorąc jej głowę w ramiona. „Nie, Claire, nie możesz mnie zostawić” — szlochałem, odgarniając jej włosy z czoła.
„Jack, obudź się, Jack, śnisz” — powiedziała cicho Claire do mojego ucha, gdy poruszyłem się na krześle.
Moje oczy zamrugały, gdy budziłem się z przerażającego koszmaru.
Ten nawiedzający sen znów zabrał mnie do tamtego dnia w Old Orchard Beach, gdy małe nadmorskie miasteczko doświadczyło swojej największej tragedii.
„Jack, wszystko w porządku, kochanie?”
Słyszałem troskę w jej głosie, gdy próbowałem otrząsnąć się ze snu. Poczułem łzę spływającą po policzku i jej oddech na mojej szyi, gdy pochyliła się blisko.
Zalała mnie fala komfortu i ulgi.
„Obudź się, prawie jesteśmy na miejscu!” — szepnęła z podekscytowaniem.
***
Jechaliśmy białą EcoCab, jedną z hybrydowych taksówek z floty na Oahu. Było cicho i wygodnie, zwłaszcza z ciepłym ciałem Claire obok mnie.
Choć byliśmy parą od trzech lat, dotyk jej nagiej nogi przy mojej wciąż wywoływał dreszcze na mojej skórze.
Przechyliła się w moją stronę, żeby wyjrzeć przez okno po mojej stronie samochodu, próbując złapać widok oceanu, gdy skręcaliśmy na słynną Kalakaua Avenue w drodze na plażę Waikiki.
Odwróciła szybko głowę, a jej włosy rozsypały się po mojej twarzy jak pasma najdelikatniejszego jedwabiu. Jej zapach słodkiego potu dotarł do moich nozdrzy, mimo że taksówka była schłodzona klimatyzacją.
„Och, przepraszam, Jack” — powiedziała, uświadamiając sobie, że niemal siedzi mi na kolanach, wychylając się do okna.
Objąłem ją ramieniem i przyciągnąłem jej biodra mocno do siebie. „Nie przepraszaj. Nie mogę cię mieć wystarczająco blisko” — powiedziałem, przytulając ją jeszcze mocniej.
„Może po prostu odpocznijmy dziś w hotelu i przestawmy się na tutejszą strefę czasową” — powiedziała, przybliżając twarz do mojej i składając na moich ustach delikatny pocałunek.
Byliśmy na nogach i w podróży od dwunastu godzin, nie licząc przesiadek, i choć tutaj było późne przedpołudnie, byłem zmęczony, obolały i potrzebowałem prysznica.
Byłem pewien, że nie pachniałem tak słodko jak Claire — zresztą wątpiłem, żebym kiedykolwiek tak pachniał.
Minęliśmy mały park i wjechaliśmy w jednokierunkowy odcinek Kalakaua Avenue.
Zobaczyliśmy wieżowce hotelowe ze szkła lśniącego w słońcu, których partery wypełniały wszelkie możliwe sklepy.
Wypatrzyłem Cheesecake Factory, do którego zdecydowanie muszę zabrać Claire.
Gdy przejeżdżaliśmy obok Margaritaville Jimmy'ego Buffetta, kierowca powiedział: „Witajcie na plaży Waikiki! Wasz hotel jest tutaj po lewej, a Big Kahuna stoi po prawej, żeby was powitać”.
Brązowa rzeźba z deską surfingową za plecami stała przy wejściu na mały odcinek plaży. Na każdym z wyciągniętych ramion wisiały dziesiątki kolorowych lei.
„Przy posągu działa kamera transmitująca obraz dwadzieścia cztery godziny na dobę, więc znajomi z domu mogą was oglądać przed Big Kahuna”.
Taksówka podjechała pod strefę rozładunku Hyatt Regency Waikiki Beach Resort, naprzeciwko słynnego posągu. Taksówkarz wyładował nasze torby i podał je uprzejmemu boyowi hotelowemu.
Gdy wysiedliśmy i stanęliśmy, wrześniowy upał oblał nas jak gorąca fala — ogromna różnica w porównaniu z chłodną taksówką.
Znad migoczącego turkusowego oceanu po drugiej stronie ulicy ciągnęła łagodna bryza, dzięki czemu upał dało się znieść.
Spojrzałem w górę na bliźniacze ośmiokątne wieże Hyatt. Każdy pokój miał balkon, z którego niewątpliwie rozciągały się spektakularne widoki, a najlepsze były zarezerwowane dla górnych pięter czterdziestopiętrowego resortu.
Zaprowadzono nas do windy z naszym bagażem, i zjechaliśmy jedno piętro na dół do recepcji.
Ładna blond concierge z identyfikatorem, na którym widniało Lily z Danii, przyjęła nasze dane przy zameldowaniu.
„Wygląda na to, że mają państwo podwyższenie standardu pokoju, panie i pani Chamberlain” — zaczęła.
Uśmiechnąłem się, ale nie poprawiłem jej, gdy Claire wczepiła się w moje ramię.
„Przepraszam, ale nie prosiłem o podwyższenie standardu” — odpowiedziałem, pamiętając pewien upgrade w Bostonie, który nie wyszedł najlepiej.
„Otrzymaliśmy telefon z Biura Prezydenta ze ścisłymi instrukcjami dotyczącymi państwa pokoju i rachunku. Wszystko zostało załatwione” — powiedziała, wręczając mi dwie karty-klucze.
„Będą państwo potrzebować karty, żeby wjechać windą do swojego apartamentu, więc proszę pamiętać, żeby mieć ją przy sobie za każdym razem, gdy opuszczają państwo pokój”.
Claire wzięła karty i zapytała mnie: „Skąd znasz prezesa Hyatt?”
„Nie znam” — odpowiedziałem.
Concierge wyjaśniła: „Och, nie. Chodziło mi o prezydenta Stanów Zjednoczonych. Ma on nieruchomość w pobliżu i często przyprowadza tu rodzinę na kolację, gdy jest w mieście.
Jego biuro zadzwoniło dziś rano i podwyższyło państwa pokój do apartamentu prezydenckiego”.
„Chyba będziemy musieli mu podziękować” — powiedziałem. „Bardzo dziękujemy, Lily” — dodałem, po czym ruszyliśmy za boyem hotelowym na górę do naszego pokoju.
„Przydałby mi się prysznic i drzemka” — powiedziała Claire, patrząc, jak boy wkłada kartę i naciska numer czterdzieści w windzie.
„Żadnej drzemki” — powiedziałem. „Pierwsza zasada po przylocie do nowej strefy czasowej: zasypiasz o takiej porze, o jakiej zwykle zasypiasz. Musisz się zmusić, żeby wejść w ten sam rytm co wszyscy”.
„W takim razie lepiej wymyśl, jak mnie utrzymać na nogach” — odpowiedziała z figlarnym uśmieszkiem.
„Mam parę pomysłów, ale nie jestem pewien, czy potem i tak nie zaśniemy”.
Claire roześmiała się głośno, a ja uśmiechnąłem się na najsłodszy dźwięk, jaki znałem.
***
Pokój był spektakularny — zajmował połowę najwyższego piętra i wychodził na ogromną przestrzeń Oceanu Spokojnego.
Ściany były śnieżnobiałe, ozdobione kolorowymi dziełami hawajskiej sztuki i fotografii, głównie przedstawiającymi wielkie klify i panoramy widoczne z różnych zakątków wyspy.
Drewniane podłogi były szare jak wyrzucone na brzeg drewno, usiane małymi dywanikrami przypominającymi brązowy piasek plaż Waikiki.
Meble były ultranowoczesne, o ostrych kątach, obsypane miękkimi poduszkami.
Mój wzrok podążył za Claire, gdy wyszła na balkon.
Wiatr wspinał się czterdzieści pięter od powierzchni oceanu i docierał do cienkiej tkaniny jej spódnicy, wprawiając ją w lekki, tańczący taniec.
Silniejszy podmuch odsłonił więcej jej zgrabnych, opalonych ud. Bóg istnieje, pomyślałem, wręczając boyowi hotelowemu dwudziestodolarowy banknot i zamykając za nim drzwi.
Wyszedłem na balkon i objąłem ją, czując jej ciepło i łapiąc jej słodki zapach, który rozbudził wszystkie moje zmysły.
„Jesteś piękna, Claire” — powiedziałem, zacieśniając ramiona wokół jej talii. Wsunąłem dłonie pod jej koszulkę, by poczuć jej jędrny, płaski brzuch.
„Mam nadzieję, że zawsze tak będziesz myślał” — powiedziała, odchylając głowę do tyłu, aż jej włosy opadły na moje ramiona.
„Z tobą to łatwe. Jest prawie południe. Zjedzmy szybki lunch i chodźmy na ładny, długi spacer po plaży”.
„Myślałam, że może chcesz trochę czułości?”
„Chcę, ale chyba zasnąłbym potem i potem nie spałbym całą noc. Spędźmy dzień, zwiedzając hotel i plażę, a wieczorem po prostu zostańmy w pokoju po wczesnej kolacji”.
„O tak, podoba mi się ten plan”.
„Świetnie, więc idź włóż to nowe seksowne bikini z pareo. Pójdziemy na fajny spacer po plaży Waikiki”.
Uśmiechnęła się i następne pół godziny spędziliśmy na rozpakowywaniu i rozkładaniu naszych rzeczy.
Zniknęła w sypialni i wyszła w małym, obcisłym czerwonym bikini z czarną koronkową lamówką i wiązaniami. „Dlaczego zakładasz bieliznę na plażę?”
„To nie bielizna” — powiedziała, widząc mnie na wylot. „Podoba ci się, prawda?”
„Uwielbiam, wyglądasz niesamowicie seksownie. Muszę się teraz przebrać”.
„Dlaczego? Wyglądasz świetnie”.
„Taa, ale nie mam gdzie schować broni. Jeśli będziesz w tym chodzić, to mam pewność, że zanim ten dzień się skończy, będę chciał kogoś zastrzelić”.
„Oooch, zastrzeliłbyś kogoś dla mnie?”
„No wiesz, znasz mnie — nie jestem typem zazdrosnika”.
„Pamiętam naszą pierwszą randkę, kiedy przyłożyłeś temu facetowi w barze, bo złapał mnie za tyłek”.
„Ach, no tak, wkurzył mnie. Ale teraz jak o tym myślę, byłem uzbrojony i go nie zastrzeliłem”.
„Pewnie byś to zrobił, gdybym cię nie zaciągnęła za rękę na ulicę. Gdybym dostawała złotówkę za każdy raz, kiedy ratowałam ci tyłek…„
„No cóż, ktoś musi to robić” — powiedziałem, chwytając ją za talię i przyciągając do siebie.
Czułem, jak niesamowicie mnie to podniecało, gdy poczułem jej ciało przy swoim. „Jednak zostajemy?”
Jej dłoń mnie odnalazła i wsunęła się do moich szortów.
„A może ja zajmę się tobą teraz, a ty zajmiesz się mną później? Poza tym, jeśli będziesz stał, to nie zaśniesz potem” — szepnęła mi do ucha.
Potem zaczęła całować moje piersi i powoli schodziła pocałunkami w dół mojego tułowia. Rozwiązała moje kąpielówki i zsunęła je na podłogę.
Wzięła mnie w swój miękki, zdecydowany sposób, który wynosił mnie na szczyty ekstazy. Najlepsze było to, że Claire nigdy się nie spieszyła.
***
Wyszliśmy z hotelu i skręciliśmy w lewo na ruchliwą Kalakaua Avenue. Miałem cel na myśli i obiecałem Claire, że zajrzymy do kilku sklepów w drodze powrotnej.
Dotarliśmy do naszego pierwszego przystanku: Margaritaville Jimmy'ego Buffetta. Bar dopiero się otwierał, ale nas interesowała restauracja na zewnętrznym patio.
Usiedliśmy przy murku balkonu, z widokiem na ulicę poniżej. Ogromny żółto-limonkowy parasol chronił nas przed narastającym żarem słońca.
Zamówiliśmy dwie margarity. Nie do końca mój ulubiony drink, ale jak mówią: w Rzymie pij wino, a w Margaritaville — margarity. Zamówiliśmy też opiekanego tuńczyka ahi na początek.
Claire siedziała blisko mnie, a ja objąłem ją w talii, przyciągając jeszcze bliżej. Miała tę zdolność, że z każdym dniem robiła się piękniejsza.
Mieliśmy za sobą cztery lata jako partnerzy i trzy jako kochankowie.
Wyglądało na to, że nigdy nie mieliśmy chwili wytchnienia.
Nasz związek ledwo się zaczął, gdy ja niemal zniszczyłem nasze kariery, idąc za przeczuciem, i skończyło się na tym, że nasz szef do nas strzelał.
Claire pokazała mi wtedy, jakim wyjątkowym człowiekiem jest, wierząc we mnie.
Kryła mi plecy, nawet gdy próbowałem ją chronić przed konsekwencjami, o których wiedziałem, że nadejdą, kiedy wziąłem się za kapitana policji Portland.
To ją tylko wkurzyło. Ta kobieta nie potrzebowała ochrony. Była twarda, silna i niesamowicie lojalna.
Im głębiej wchodziłem w tę sprawę, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, ile oznacza dla mnie nasza współpraca i jak dobrze się przy niej czuję.
Nasze przystawki i drinki przyszły szybko, bo o tej porze było jeszcze niewielu gości. Popijaliśmy z obrzeżonych solą szklanek i dzieliliśmy się tuńczykiem upieczonym do perfekcji na surowo.
Kelnerka wróciła przyjąć zamówienie.
Na ulicy poniżej przejechała kolumna pojazdów: motocykl policyjny na czele, za nim czarny SUV, mała limuzyna i dwa kolejne motocykle policyjne.
„Celebryci” — powiedziałem do Claire.
Kelnerka się odezwała.
„Właściwie to pewnie kolumna pierwszej damy. Słyszałam, że jest w mieście, a prezydent ma przyjechać za kilka dni. Ma hotel na wyspie i rezydencję w górach”.
Uśmiechnęła się i przyjęła nasze zamówienie, podczas gdy kolumna zniknęła na ruchliwej ulicy, połknięta przez codzienny ruch.
Patrząc, jak limuzyna skręca za róg w kierunku Koko Crater, słońce odbiło się od tylnej szyby błyskiem oślepiającego światła.
Zasłoniłem oczy, gdy ogarnęło mnie nieprzyjemne przeczucie.
JACK
Staliśmy na ciepłym piasku plaży Waikiki, kilka kroków od Big Kahuna. Plaża była tak zatłoczona, że nie dało się dojść do linii wody, nie nadeptując na piękne, opalonych ciał.
Ocean rozciągał się za brzegiem migoczącym turkusem, oferując tak czysty widok dna, jakby patrzyło się przez szybę, bez względu na to, jak daleko w głąb się zapuściłeś.
Podeszliśmy do ciepłej wody i poczuliśmy łagodne muśnięcie każdej fali na naszych kostkach.
Linia brzegowa ciągnęła się najwyżej sto metrów w każdą stronę i była pełna ludzi na deskach do boogie boardingu i dzieci na skimboardach.
„Niespecjalnie romantyczne miejsce” — powiedziała Claire.
Stanąłem obok młodego chłopca łapiącego fale ciałem. Wstał, a jego brzuch był obtarty do czerwoności od szorowania po piaszczystym dnie.
„Chodź, mam pomysł” — powiedziałem, biorąc ją za rękę i idąc z powrotem do ulicy, zatrzymując się na chwilę, żeby zabrać nasze sandały i ręcznik z piasku, gdzie je zostawiliśmy.
Przeszliśmy przez ulicę do naszego hotelu i złapaliśmy taksówkę.
„Zabierz nas na plażę z mniejszą ilością ludzi” — powiedziałem.
Pół godziny później wjechaliśmy do parku Kualoa i skręciliśmy w długi podjazd. Park był rozległym obszarem grubej zielonej trawy, usianym wysokimi palmami.
Przejechaliśmy obok serii parkingów graniczących z piękną i ustronną piaszczystą plażą, która ciągnęła się przez kilka kilometrów wzdłuż horyzontu.
Podziękowałem kierowcy, gdy wysiadaliśmy z taksówki, a on podał mi numer swojej korporacji. Zapewnił mnie, że kierowca będzie najwyżej dziesięć minut drogi, jeśli zadzwonimy.
Spojrzałem w morze i zapytałem go o wyspę kilkaset metrów od brzegu, która przypominała chiński kapelusz.
„Tak, Chinaman's Hat” — odpowiedział. „To nazwa dla turystów. Dawno temu bogini, która nosi chmury, Hi'iaka, odcięła ogon smoka i wrzuciła go do oceanu.
Wyspa to kawałek ogona wielkiego stwora. Mokoliʻi to prawdziwa nazwa wyspy. Oznacza mała jaszczurka”.
„Można tam dopłynąć?” — zapytała Claire, zasłaniając oczy przed gorącym popołudniowym słońcem. Bryza rozwiewała jej pareo, odsłaniając fragmenty jej szczupłego, opalonego ciała.
„To jakieś pół kilometra, więc niedaleko. Brzeg Mokoliʻi jest pokryty skałami lawowymi i trudno się do niego zbliżyć, z wyjątkiem dalekiego północno-zachodniego brzegu, gdzie jest mała plaża do cumowania.
To najbezpieczniejsze miejsce, żeby dotrzeć na wyspę, i jest tuż za tym północno-zachodnim cyplem, który widzicie” — powiedział, wskazując na zachodni brzeg.
„A co z rekinami? Czają się tam?” — zapytałem.
Wychowałem się na brzegach Maine i mieliśmy tam sporo rekinów, ale wody północnego Atlantyku były zbyt zimne dla wielkich ludojadów.
„Mamy białe rekiny, tak. Szczęki” — zaśmiał się, choć ja nie podzielałem jego wesołości. „Spotykane są tu głównie w miesiącach letnich.
Nie martwiłbym się. W ostatnim czasie nic nie słyszałem, a gdyby był problem, to bym wiedział. Mój brat jest kapitanem straży przybrzeżnej. Mimo to, jeśli płyniecie na wyspę, powinniście mieć to”.
Wyciągnął z bagażnika dwa zestawy fajek i okularów do nurkowania. „Kosztują tylko dwadzieścia dolarów za sztukę. Na rafie w drodze na Mokoliʻi pływa mnóstwo pięknych ryb”.
Kupiliśmy sprzęt i obiecaliśmy skorzystać z jego korporacji taksówkowej, gdy będzie pora wracać.
Odwróciliśmy się, żeby iść w stronę brzegu, i dłoń Claire odnalazła moją.
Przytuliła się do mnie, opierając głowę o moje ramię, a jej piękne włosy musnęły moją szyję.
Gdyby ktoś przechodził obok, pomyślałby, że uśmiecham się jak zakochany nastolatek.
Zatrzymałem się, zdjąłem koszulkę i rzuciłem ręczniki na piasek. Odwróciłem się do niej i przyciągnąłem blisko, opierając jej czoło o moją pierś.
„Co robisz?” — szepnęła.
„Chcę poczuć twoje włosy na mojej skórze” — odpowiedziałem, gładząc delikatnie tył jej głowy.
Oboje patrzyliśmy w stronę Mokoliʻi, chłonąc wzrokiem lśniącą niebieską toń z zieloną wyspą na horyzoncie.
Łagodna bryza, ciepła i miękka jak oddech kochanka, przeszła po nas. Przytuliłem ją trochę mocniej, a ona wtuliła się we mnie trochę bardziej, gdy fala czystej miłości oblała nas oboje.
Chciałem podzielić się tym, co czuję, ale nie chciałem przerywać ciszy, spokoju i nieskończonej łagodności tej chwili.
Ulotna chwila wyryta w mojej pamięci.
Dźwięk chaotycznego rytmu fal rozbijających się o brzeg…
Oślepiające kolory słonecznego światła migoczącego na tafli wody…
Zapach słonej morskiej bryzy, która muskała naszą skórę cierpnącą gęsią skórką…
Bicie kobiecego serca przy moim ciele.
W końcu musiałem powiedzieć to, co miałem w sercu. „Kocham cię, Claire”.
Przez chwilę milczała, co wywołało mój uśmiech, bo wiedziałem, że smakuje tę chwilę, tak jak ja.
„Nigdy tego nie zapomnę, Jack” — powiedziała, unosząc twarz ku mojej. „Też cię kocham”. Pocałowała mnie delikatnie w usta, a potem odsunęła się, nie puszczając mojej ręki, i poprowadziła mnie do oceanu.
Woda była ciepła, gdy weszliśmy w fale.
W przeciwieństwie do gładkiego piasku plaży Waikiki, tutejsze dno było usiane wulkanicznymi kamykami, które poraniłyby nam stopy, gdybyśmy nie mieli sandałów.
„Dziwię się, że nie próbował nam sprzedać kompletnego zestawu do nurkowania” — powiedziałem, spluwając na okulary i rozcierając ślinę po soczewkach.
„Po co to zrobiłeś?” — zapytała Claire.
„Nie mam pojęcia, ale widziałem, jak Hopper tak robił w Szczękach”.
„Masz obsesję na punkcie tego filmu?”
„Za pływanie z krzywonogimi kobietami” — powiedziałem, śmiejąc się.
„Co?”
„Sorry, to jest z filmu. Chodźmy” — odpowiedziałem, po czym popłynąłem po powierzchni, obserwując wspaniałe ryby nurkujące w koralu pode mną.
Ryby były piękne i zupełnie nie bały się nas. Śmigały wokół, popisując się żółciami, błękitami i każdym kolorem tęczy.
Spojrzałem w lewo i zobaczyłem Claire obok siebie. Od czasu do czasu wyciągała rękę i nasze dłonie się stykały, gdy sunęliśmy nad spektakularną rafą.
Zgodnie z obietnicą taksówkarza, po drugiej stronie wyspy znajdowała się mała plaża, zwrócona prosto ku nieskończonemu Pacyfikowi.
Fale delikatnie poprowadziły nas i złożyły na brzegu wyspy. Ich toczenie się po naszej skórze było jak pieszczota muz z greckich mitów.
Kopulasty stożek wyspy zdominował nasz widok. Wznosił się przed nami, zielony wszędzie, z wyjątkiem miejsc, gdzie czarna skała lawowa powstrzymywała roślinność.
Położyliśmy sprzęt do snurkowania na skale wysoko ponad linią fal i ruszyliśmy ścieżką ku szczytowi.
Ścieżkę otaczał morski hibiskus z delikatnymi jasnoróżowymi kwiatami wśród dużych, ciemnozielonych, szerokich liści oraz pandanusy z ich trawiastymi liśćmi i dużymi szyszkami.
Dotarliśmy na niewielki płaskowyż i spojrzeliśmy na brzeg. Wysokie klify Oahu rysowały się w oddali, bujne i majestatyczne; gdzieniegdzie unosiła się delikatna mgiełka w miejscach, gdzie woda spadała po potężnych, porośniętych dżunglą ścianach skalnych.
Claire odwróciła się, przycisnęła swoje mokre ciało do mojego i pocałowała mnie.
Szybko pozwoliliśmy mokrym kostiumom kąpielowym opaść na ziemię, a Claire położyła się na mnie, pozwalając moim dłoniom odkrywać jędrne krągłości jej ciała.
Naprowadziła mnie na siebie i zaczęła opadać na mnie w powolnym rytmie. Wyprostowała się i napierała na mnie, a ja unosiłem biodra jej na spotkanie.
W instynktownym tańcu kołysaliśmy się razem, nauczeni już przewidywać ciało drugiego, napierając coraz mocniej i mocniej.
Czułem, jak jej ciało się napina, i desperacko próbowałem się powstrzymać, chcąc dzielić tę chwilę razem.
W końcu zawołała moje imię i jej ciało stężało, gdy jej biodra mocno się na mnie zatrzęsły.
Dołączyłem do niej w chwili czystej euforii, a potem opadła na mnie, nasze ciała mokre od potu, nie od morskiej wody.
***
Wróciliśmy do Hyatt Regency tuż po zmroku, głodni i bardzo zmęczeni. Zdecydowaliśmy się zjeść w hotelowej japońskiej restauracji Japengo.
Zostaliśmy w strojach plażowych; gdybyśmy poszli się przebrać do pokoju, nigdy nie dotarlibyśmy na kolację.
Ten dzień zaczął się na drugim końcu świata, na lotnisku w Portland w stanie Maine. A teraz wieczorem patrzyliśmy, jak złotoczerwone słońce zanurza się za horyzont Pacyfiku.
Przeprosiliśmy kelnerkę za nasz strój. Roześmiała się sympatycznie i powiedziała, żebyśmy się nie martwili.
Zaprowadziła nas do małego stolika w rogu, a idąc za nią, minęliśmy wielu gości ubranych dokładnie tak jak my.
Jak mówią: w Rzymie rób jak Rzymianie… albo na Waikiki!
Nie wiedzieliśmy dokładnie, co zamówić, choć oboje mieliśmy ochotę na sushi.
Kelnerka, piękna, smukła wyspiarka, zaproponowała, że wybierze za nas, i zadała kilka prostych pytań o smaki i ryby, które lubimy.
Jej wybór był znakomity i jedliśmy sushi, które szef kuchni stworzył z unikalnymi połączeniami wyspiarskich przypraw i cytrusowych sosów.
Na wakacjach zwykle nie jadam dwa razy w tej samej restauracji, ale ta miała być wyjątkiem.
Teraz, naprawdę wykończeni, ruszyliśmy do naszego apartamentu.
Gdy przechodziliśmy obok recepcji, podszedł do nas mężczyzna w ciemnym garniturze ze słuchawką w uchu. Miałem nadzieję, że to nie oznacza kłopotów, bo naprawdę nie miałem na nie siły.
„Jack Chamberlain i Claire Sanchez” — zaczął. „Nazywam się John Smith, Secret Service.
Pierwsza dama prosi, żebyście jutro przyszli do niej na śniadanie. Odbierzemy państwa punktualnie o siódmej”.













































