
Rozwikłana
Autorzy
Cosmic Chaos
Lektury
65,8K
Rozdziały
17
Rozdział 1
VERIDIAN
Dźwięk zgniatanego metalu, tłuczonego szkła i krzyki są wszędzie. Moja głowa uderza o coś twardego. Nawet nie czuję bólu.
Ciepła krew spływa mi po czole. Wpada do oka. Wszystko wiruje. Moje ciało rzuca się na wszystkie strony, aż nagle wszystko ustaje. Hałas i ruch po prostu znikają.
Próbuję skupić wzrok, ale lewe oko zachodzi mi krwią. Kiedy prawe oko w końcu odzyskuje ostrość, zamieram. Patrzę prosto w zimne, puste oczy ciała obok mnie. W tym momencie kończy się moje życie.
Jest mi zimno. Czuję w sobie pustkę. Po ostatnich trzech miesiącach naprawdę nie wiem, jak to możliwe, że wciąż tu jestem. Że wciąż oddycham.
Samo wstanie z łóżka każdego ranka wydaje się niemożliwe, ale dzisiaj jest jeszcze gorzej. Codziennie budzę się w domu, który nie jest mój. A dzisiaj muszę wrócić do szkoły.
Prawie w ogóle się nie staram. Moje kasztanowe włosy są związane w niechlujny kok. Nie mam makijażu. Ubrałam tylko podarte czarne rurki, spraną koszulkę z zespołem i stare czarne trampki Converse. Tak wygląda moja stylizacja na pierwszy dzień szkoły.
Przysięgam, jestem najmniejsza w rodzinie. Mam zaledwie metr sześćdziesiąt wzrostu. Ciocia Sara, chociaż jest najniższa z rodzeństwa, ma prawie metr osiemdziesiąt.
„Veri? Jesteś już prawie gotowa?” Głos cioci Sary niesie się echem po korytarzu. Była moim oparciem przez to wszystko. Jest jedną z niewielu osób, które naprawdę rozumieją, co straciłam.
Ona tak bardzo stara się pomóc, ale nie jestem pewna, czy ktokolwiek jest w stanie to zrobić.
„Tak, wyjdę za minutę”. Wiem, że chce powiedzieć coś więcej, ale daje za wygraną.
Słyszę, jak jej kroki cichną. Wrzucam telefon i klucze do plecaka, po czym wychodzę.
Ciocia Sara upiera się, żeby odprowadzić mnie do szkoły, chociaż to niecały kilometr. Nie przeszkadza mi to. Przynajmniej nie zmusza mnie, żebym wsiadła do samochodu.
Od wypadku minęło trzynaście tygodni. Oprócz karetki jechałam samochodem tylko dwa razy. Za każdym razem musieli podać mi leki na uspokojenie, więc tak, jestem w rozsypce.
„Powinnaś coś zjeść przed wyjściem, Veri”, mówi ciocia Sara.
Jest taka delikatna i cierpliwa. Chciałabym, żeby po prostu odpuściła. Ja już dawno się poddałam.
„Wszystko w porządku, ciociu. Nie jestem głodna”.
Wzdycha, ale nie naciska.
Droga do szkoły mija w ciszy, ale to nie jest zła cisza. Moje życie po prostu właśnie takie się stało. Ciche.
Kiedy docieramy do przejścia dla pieszych, mocno mnie przytula i całuje w czoło. Potem delikatnie popycha mnie do przodu.
Przechodzę przez ulicę. Szybko idę w stronę wielkich, podwójnych drzwi. Mam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią.
Odbieram plan lekcji z sekretariatu. Dostaję też mapę z zaznaczonymi moimi salami. Drzwi do mojej pierwszej klasy są już otwarte. Nawet pomimo tego, że jestem piętnaście minut za wcześnie.
Wślizguję się w tylny róg sali. Zakładam słuchawki i puszczam na cały regulator piosenkę Alleviate zespołu Imminence. Wyciągam szkicownik i zaczynam rysować. Próbuję rozładować trochę napięcia.
Tracę poczucie czasu, co zdarza mi się teraz ciągle. Wiem, jak długo byłam wyłączona, tylko dlatego, że leci „Casual Sabotage” Yungbluda. To już czwarta piosenka.
Podnoszę wzrok i zauważam, że klasa jest prawie pełna. Kiedy zerkam na drzwi, do środka wchodzi starszy mężczyzna i kieruje się na środek sali.
Wyciągam jedną słuchawkę. Drugą zostawiam w uchu. Muzyka to jedyna rzecz, która trzyma mnie przy zdrowych zmysłach.
„Dzień dobry, klaso! Witam w nowym roku szkolnym, możecie w to uwierzyć? Wygląda na to, że mamy dziś tylko jedną nową twarz. Poznajcie Veridian Marceles. Zróbmy wszystko, żeby poczuła się tu jak w domu, dobrze?”
Głos nauczyciela jest o wiele zbyt radosny jak na tak wczesną porę.
„Rozdaję wam teraz sylabus. Znajdziecie w nim wszystko, co musicie wiedzieć. Projekty, zadania i listy lektur. Uwaga, będą dwa duże zadania. Każde z nich to dwadzieścia pięć procent waszej oceny końcowej”.
Po klasie rozchodzi się jęk niezadowolenia.
„Jedno zadanie jest indywidualne. Macie na nie czas do końca semestru. Drugie to projekt grupowy”, kontynuuje nauczyciel. Ignoruje przy tym niezadowolone miny uczniów. „Do drugiego zadania dobierzemy was w pary. Rząd pierwszy i trzeci, podejdźcie i wylosujcie imię ze słoika. Osoba, którą wylosujecie, to wasz partner. Bez zamieniania się i bez negocjacji”.
Patrzę, jak wszyscy w pierwszym i trzecim rzędzie wstają i wloką się na środek. Każdy z nich sięga do szklanego słoika. Wyciągają kartki papieru i wręczają je nauczycielowi.
Nauczyciel daje każdemu teczkę. Każe im usiąść ze swoim partnerem i zacząć rozmowę o wyborze tematu. Przestaję słuchać. Ponownie skupiam uwagę na szkicu, który zaczęłam wcześniej.
Właśnie zabieram się za szczegóły. Nagle jakaś teczka ląduje prosto na mojej dłoni i zasłania rysunek.
„Ty wybieraj”.
Jego głos jest niski i chropowaty. Sprawia, że ściska mnie w żołądku. Nawet nie podnoszę wzroku. Chwytam teczkę i ją przeglądam. Zaznaczam kółkiem pierwszy temat, który rzuca mi się w oczy. Następnie podaję mu ją, wciąż nie patrząc mu w oczy.
„Ulubiony historyczny cytat literacki?” pyta.
Kiwam głową, a wzrok mam wlepiony w mój szkic.
„A więc nie odzywasz się, bo nie możesz mówić, czy po prostu tego nie chcesz?”
Odkładam ołówek. Zamykam szkicownik i w końcu przenoszę wzrok na miejsce obok mnie.
On jest... wow. Nawet kiedy siedzi, wygląda, jakby miał przynajmniej metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Jego czarne włosy są w nieładzie. Wygląda, jakby dopiero wstał z łóżka. Kosmyki opadają mu na czoło.
Ale to jego oczy najbardziej przykuwają moją uwagę. Są głęboko niebieskie. Przypominają niebo tuż przed nadejściem nocy. Jego ciało to same mięśnie, opięte wyblakłymi dżinsami i czarną koszulką, która leży na nim wręcz idealnie. Ale te oczy... Boże. Nie można od nich oderwać wzroku.
„Mogę normalnie mówić. Po prostu tego nie robię, dopóki nie mam do powiedzenia czegoś mądrego”.
Kąciki jego ust unoszą się w uśmiechu, który potrafiłby stopić moje serce.
„W porządku, niech będzie. Masz już na myśli jakiś cytat?” pyta.
Kiwam głową, opierając się na krześle. „Właściwie, przychodzą mi na myśl dwa. Pierwszy jest od Oscara Wilde'a: »Każdy święty ma swoją przeszłość, a każdy grzesznik ma swoją przyszłość«. Drugi od Edgara Allana Poe: »Powiedz mi o każdej strasznej rzeczy, którą kiedykolwiek zrobiłeś, a i tak pozwól mi cię kochać«. To moje ulubione”.
Jego oczy na sekundę robią się wielkie. Pociera dłonią szczękę, przesuwając palcami po kilkudniowym zaroście.
„Są... dość głębokie. Musimy napisać o osobie, która wymyśliła cytat. Potem każde z nas musi dodać własną interpretację. Nie wiem zbyt wiele o żadnym z nich, ale chyba o to w tym chodzi, prawda?”
„W mojej starej szkole pisałam wypracowania o obu. Możemy użyć moich notatek. Może to ułatwi sprawę”. Wsuwam swój szkicownik do plecaka.
Kiwając głową, zaczyna mówić, ale jego słowa cichną.
Nagle dźwięk pisku opon na zewnątrz rozdziera moje myśli. Mój umysł wariuje. Uderzają we mnie przebłyski wspomnień. Są ostre i szybkie, zupełnie jak zepsuty film, w którym przeskakują sceny. Mój wzrok zaczyna się rozmazywać. Ściska mnie w klatce piersiowej, a pokój wiruje.
Próbuję wstać, ale moje nogi odmawiają posłuszeństwa. Opadam z powrotem na krzesło. Czuję się, jakby coś ciężkiego przygniatało moje ramiona. Jakieś dłonie – prawdziwe lub nie – trzymają mnie w miejscu. Ten niski, chropowaty głos przebija się przez mgłę.
„Ej, spokojnie, po prostu oddychaj, dobrze? Patrz na mnie. Rób to, co ja”.
Zmuszam oczy, by się na nim skupiły. Ten czarnowłosy chłopak kuca przede mną. Patrzę, jak jego klatka piersiowa unosi się i opada. Po kilku oddechach moje ciało zaczyna go naśladować.
Wiem, że pewnie cała klasa się gapi. Ja jednak skupiam się tylko na nim.
„Jak się czujesz?” Jego głos jest miękki i opanowany. Zupełnie jakby był jedyną rzeczą, która chroni mnie przed całkowitym rozpadem.
Może będzie ze mną w porządku. Może.
„Wszystko gra. Nic mi nie jest”. Słowa są drżące, ale i tak zmuszam się do uśmiechu.
Moje całe ciało sztywnieje, gdy słyszę śmiech. Jest cichy, ale nie wystarczająco. Zerkam w górę i oczywiście połowa klasy mnie obserwuje. Niektórzy patrzą ze współczuciem, ale większość jest po prostu rozbawiona.
Szczerze mówiąc, nie potrafę zdecydować, co jest gorsze.
Chwytam plecak i wstaję. Robię to tak szybko, że prawie przewracam mojego partnera od projektu. Chłopak wciąż klęczy przy moim krześle.
Świetnie. Po prostu dopisz to do listy dzisiejszych zawstydzających momentów.
Wybiegam z sali z bijącym sercem. Dwa razy skręcam w zły korytarz, zanim w końcu znajduję wyjście.
Gdy tylko ciepłe powietrze uderza w moją twarz, znów mogę oddychać. To tak, jakby świat na zewnątrz mówił mi, że to nic złego, by odpuścić.
Zauważam drzewo w pobliżu dziedzińca i opadam na trawę tuż pod nim. Wciskam drugą słuchawkę do ucha. Podgłaśniam muzykę, desperacko próbując zagłuszyć hałas w mojej głowie.
Nie myśl o tym. Nie myśl o tym.
Ale wspomnienia i tak się wkradają. Przebłyski z wypadku. Przebłyski ludzi, których straciłam. Przeplatają się ze sobą tak bardzo, że nie potrafię ich od siebie odróżnić.













































