
Obrońca niebiańskiej nimfy
Autorzy
Lektury
232K
Rozdziały
50
Coś w lesie
Alpha's Second Chance Nymph Spin-Off: Guarding Celestial Nymph
DANICA
Siedziałam tam w moim musztardowym mundurku. Światła nade mną migotały z uwięzionym wewnątrz robakiem, podczas gdy w tle rozbrzmiewał śmiech dwojga współpracowników na przerwie obiadowej.
Poczekalnia na posterunku policji była prawie pusta. Bezdomny mężczyzna, kobieta w mini spódniczce i policyjnym swetrze z magazynu, z rozmazanym makijażem i nieobecnym wzrokiem, oraz dwoje nieletnich dzieciaków, które wyglądały, jakby sytuacja je przerosła.
Te dzieciaki prawdopodobnie były tam po raz pierwszy, przerażone nieznanym. Bez względu na to, co zrobiły, pewnie skończyłoby się tylko na ostrzeżeniu, nawet gdyby to było ich dziesiąte przewinienie. Burmistrzowi zależało na dbałości o reputację miasta, więc drobne akty wandalizmu były często ignorowane.
Znałam tych ludzi.
Oni mogli mnie nie znać, ale ja znałam ich. Miałam smykałkę do obserwowania ludzi, tak jak bezdomnego mężczyzny, Creeda. Jego nazwisko było dla wszystkich tajemnicą, również dla mnie.
Creed był stary, a zmarszczki na jego czole były tak głębokie, że opadały mu na brwi. Był miejskim wędrowcem, często nawiązującym rozmowy z przypadkowymi ludźmi. Pomimo surowych ocen innych, nigdy nie wydawał się wstydzić tego, jak żyje.
Czułam, że kryje się w nim więcej, niż można było dostrzec na pierwszy rzut oka. Jasne, cuchnął alkoholem, ale wydawało się, że ma nad sobą kontrolę. Nie byłam nawet pewna, czy naprawdę jest bezdomny, czy to tylko łatka, którą przypięło mu miasto.
Jego picie wydawało się bardziej sposobem na utrzymanie ciepła niż dla przyjemności. Długa broda Creeda ukrywała jego krótką szyję, a krzaczaste brwi wydawały się żyć własnym życiem. Zawsze nosił rękawiczki, bez względu na pogodę.
Kiedy spojrzał w moją stronę, szybko odwróciłam wzrok, słysząc, jak coś mruczy pod nosem.
Nie byłam ulubienicą miasta. Ludzie wiedzieli o moim istnieniu, ale to by było na tyle. Przez cały okres szkoły byłam outsiderką, tą, którą nazywali „sierotą”. Na początku to bolało, ale w końcu to zaakceptowałam.
Miałam jednak matkę zastępczą, Celeste Moore. Była energiczną starszą panią z odrobiną szaleństwa.
Nigdy nie rozumiałam, dlaczego chciała mieć przybrane dziecko. Nigdy nie czułam od niej matczynej miłości, o której czytałam w książkach. Może po prostu potrzebowała kogoś do rozmowy, kogoś, kto wypełni ciszę w jej domu.
„Danica Moore”, zawołał oficer z drugiego końca pokoju. Skinęłam mu głową i poszłam do jego biura.
„Proszę usiąść”, poinstruował pan Wilson. „Kilka tygodni temu zgłosiłaś publiczne nękanie”, zaczął, co sprawiło, że przewróciłam oczami.
Zignorowałam jego słowa. „Dlaczego to jest tak ważne, że musiał mnie pan wyciągać z pracy?” zapytałam sfrustrowana. „I żeby było jasne, to nie ja złożyłam tę skargę.”
Oparł się na krześle, z ramionami spoczywającymi na stole. „Twoja matka jest moją bliską przyjaciółką”, powiedział spokojnym głosem.
„Matka zastępcza”, poprawiłam go. Czułam potrzebę, by to wyjaśnić. Nie wiedziałam, jak to jest kochać matkę lub być przez nią kochaną. Nie znałam swoich rodziców, wiedziałam tylko, że mnie oddali. Często zastanawiałam się dlaczego. Czy byłam dla nich zbyt dużym ciężarem? Czy coś się stało? A może po prostu mnie nie chcieli? Myśl o byciu niechcianą była chyba najtrudniejsza do zniesienia.
„Więc to ona złożyła skargę o to, że jesteś dręczona przez swoich rówieśników”, stwierdził. Pani Moore zawsze była w moim życiu uosobieniem nadopiekuńczości. Nie kochała mnie, tego byłam pewna, ale opiekowała się mną i dbała o to, by nie stała mi się krzywda.
Nie było tak, że ciągle byłam obiektem żartów, to zdarzyło się tylko ten jeden raz, kiedy moi dawni koledzy z klasy upili się i postanowili mi dokuczać w pobliżu mojego domu. Oczywiście pani Moore to zauważyła i włączyła jej się pełna nadopiekuńczość.
„Jestem prawnie dorosła. Mogę sama decydować, czy chcę składać skargę, czy nie”, odparłam.
W wieku dwudziestu pięciu lat wciąż mieszkałam z moją matką zastępczą. Zbyt mocno wtrącała się w moje życie, czego nienawidziłam, ale nigdy nie miałam odwagi, by się jej postawić. Nie było tak, że miałam dokąd pójść. I nie miałam innej rodziny. Pani Moore również jej nie miała.
„Oni nawet nic nie zrobili, powiedzieli tylko kilka wrednych rzeczy, z którymi potrafię sobie poradzić”, powiedziałam, sprawiając, że pan Wilson oparł się w fotelu z westchnieniem. Widziałam ich nawet niedawno w sklepie, nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi, po prostu przeszli obok.
Zauważyłam kilka teczek rozrzuconych na jego biurku, a pan Wilson wyglądał na wyczerpanego. „Czy wszystko w porządku?” zapytałam, próbując rozszyfrować etykiety na teczkach.
„To poufne”, odpowiedział. Pan Wilson był dla mnie kimś w rodzaju przyjaciela. Rozmawialiśmy za każdym razem, gdy wpadaliśmy na siebie przed posterunkiem policji. Wiedział o mnie całkiem sporo, tak jak i ja o nim. Był mężem Coraline i mieli dwóch synów; ich życie było dalekie od ideału, z okazjonalnymi zdradami, ale jakoś wciąż byli razem.
„Jeśli pyta pan mnie, czy kręcąc się po okolicy coś widziałam, to staje się to częścią śledztwa”, powiedziałam, uśmiechając się do niego i opierając się wygodnie na krześle. Wiedziałam, że lubi dobrą plotkę i nie przepuści okazji, by podzielić się szczegółami swojej najnowszej sprawy. Była to prawdopodobnie jego najgorsza cecha zawodowa, ale wykorzystywałam to, by zaspokoić swoją ciekawość.
„W porządku”, powiedział, sadowiąc się wygodniej w fotelu. „Czy widziałaś coś dziwnego w lesie?” zapytał.
„Nie chodzę tam, a o co chodzi?” odpowiedziałam.
Wzruszył ramionami. „Nie jestem pewien. Niektórzy zgłaszali dziwne zjawiska i zebrali podpisy, żebyśmy to zbadali. Widzieli jakichś dziwnie wyglądających ludzi i wilki. Niezwykle duże wilki”, powiedział, co sprawiło, że uniosłam brwi i zaśmiałam się lekceważąco.
„W czym problem?” zapytałam. „Wilki żyją w tych lasach, zgłaszano wycie. A ludzie... oni są po prostu dziwni”, powiedziałam, wiedząc, że ludzkie dziwactwa nie mają granic.
„Nie wiem. Coś ich niepokoi, a my próbujemy to rozgryźć. Niektórzy twierdzą, że żyją tam istoty nadprzyrodzone”, powiedział, wyraźnie nie dając wiary przesądom starszych ludzi.
„Jakie istoty nadprzyrodzone?” zaśmiałam się z tego absurdu.
„Nie wiem, jakieś mityczne stworzenia”, powiedział, przez co zaczęłam śmiać się jeszcze głośniej.
Czy ci ludzie nie zdawali sobie sprawy, że marnują czas swój i policji? Jeśli naprawdę wierzyli, że coś tam jest, powinni po prostu omijać tę okolicę. Niektórzy po prostu nie potrafili żyć bez dramatyzowania.
Wstałam z krzesła. „Cóż, powodzenia w łapaniu tych smoków i wampirów”, zażartowałam.
„Pani Moore to dobra kobieta”, dodał, zanim zdążyłam otworzyć drzwi. „Ona po prostu chce jak najlepiej.”
Pokiwałam energicznie głową, pragnąc jak najszybciej wyjść.
„Trzymaj się, Danica.”
Wyszłam na zewnątrz wczesnym wieczorem, wiedząc, że muszę wrócić do domu. To nie było tak, że miałam ustaloną godzinę powrotu, ale odkąd pamiętam, miałam swego rodzaju awersję do ciemności, wcale nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Kiedy na zewnątrz robiło się ciemniej, dostawałam silnych bólów głowy i dzwonienia w uszach.
Chciałam iść do lekarza, aby dowiedzieć się, skąd się to bierze, ale pani Moore zbywała to jako nic ważnego. Mówiła, że moja matka miała ten sam problem i twierdziła, że to nieuleczalna dolegliwość, na którą nic nie mogę poradzić.
Ale martwiłam się, więc i tak poszłam do lekarza. Badania nic nie wykazały; byłam zdrowa jak koń.
Skonsultowałam się z wieloma lekarzami. Wszyscy chwalili moje zdrowie, ale nie mogłam pojąć, jak tak rozdzierający ból może być normalny.
Musiałam po prostu z tym żyć, bez lekarstwa, które przyniosłoby ulgę.
Pośpieszyłam do domu szybkim, zdecydowanym krokiem. Ból głowy narastał, a choć dom nie przyniósłby mi ulgi, zapewniłby mi chociaż samotność.
Kiedy przekroczyłam próg frontowych drzwi, pani Moore była tam, by mnie powitać. Podeszła do mnie z włosami starannie upiętymi w kok, ubrana w elegancką, czarną sukienkę i błyszczącą biżuterię. Zawsze wyglądała, jakby wybierała się na wystawną kolację.
„Nie powinnaś zostawać na zewnątrz tak późno”, zganiła mnie tonem wyrażającym bardziej troskę niż reprymendę.
Odparowałam: „Nie byłabym na zewnątrz do późna, gdyby nie narobiła pani zamieszania z powodu tych chłopaków”.
Wzruszyła ramionami z zaciśniętymi ustami. „Nie przepadałam za nimi”, przyznała. „Zawsze sprawiają kłopoty. Zaledwie w zeszłym miesiącu zaśmiecili mi podwórko pustymi butelkami po piwie.”
W rzeczywistości była to tylko jedna butelka, niechlujnie rzucona przez pijanego przechodnia. Ale taka właśnie była pani Moore – jej samotność sprawiała, że potrafiła wyolbrzymiać to, co prozaiczne.
„Następnym razem proszę po prostu powiedzieć, że ich pani nie lubi, i nie komplikować mi życia”, odparłam, zdejmując kurtkę i wieszając ją w szafie w przedpokoju.
„Po prostu chcę dla ciebie jak najlepiej”, odparła, a jej głos złagodniał.
Przewróciłam na nią oczami. „Nie potrzebuję tego. Jestem dorosła, a gdyby mi pani pozwoliła, wyprowadziłabym się z tego domu w mgnieniu oka. Proszę po prostu pozwolić mi żyć po swojemu”, powiedziałam stanowczym głosem.
Aż paliłam się, by się stąd wynieść od moich osiemnastych urodzin, ale pani Moore zawsze upierała się, że potrzebuje mojej pomocy ze względu na swój wiek. Wiedziałam, że to tylko wymówka, by zatrzymać mnie w pobliżu, bo pomimo jej wieku była prawdopodobnie najzdrowszą osobą w mieście.
„A dokąd byś poszła?” zapytała zaczepnym tonem. Nigdy nie była okrutna, po prostu pewna siebie i zawsze zachowywała się tak, jakby górowała nad resztą.
„Gdziekolwiek. Zarabiam wystarczająco, by się utrzymać i potrafię o siebie zadbać”, odpowiedziałam. W mojej pracy nie płacili dużo, ale wystarczyłoby na małe mieszkanie, a ja nie potrzebowałam wiele – tylko ciepła i łóżka.
„Po co w ogóle musisz pracować?” zapytała, wskazując na nasz wystawny salon. „Mieszkamy w zamku i mamy wszystkie pieniądze tego świata”, oznajmiła z dumą w głosie.
„To pani ma te pieniądze. Ja nie”, poprawiłam ją.
Uniosła na mnie brwi. „Moje pieniądze to twoje pieniądze, a ja i tak nie zdołam wydać wszystkiego. Kiedy odejdę, to wszystko będzie twoje”, powiedziała, siadając na swojej pluszowej, ciemnoniebieskiej, aksamitnej kanapie.
Nie miałam pojęcia, skąd wzięło się jej bogactwo. Wiedziałam tylko, że jej konto bankowe zdawało się mieć zasoby bez dna.
Uśmiechnęłam się pod nosem. „Pani pieniądze mnie tutaj nie zatrzymają”, powiedziałam. „Jestem tu, bo pani mnie o to prosiła, wręcz błagała”. Wiedziałam, że kryło się w tym coś więcej, ale ona nigdy by się do tego nie przyznała.
Pani Moore tylko zachichotała i poklepała siedzenie obok siebie, a ja uległam i usiadłam u jej boku.
„Są rzeczy ważniejsze od pieniędzy”, powiedziała, a w jej spojrzeniu czaiło się rozbawienie. „Gwiazdy są dla nas obu warte więcej niż cokolwiek innego”, stwierdziła, a jej wyraz twarzy stwardniał. Nie miałam pojęcia, co próbowała mi przekazać.
„Gwiazdy?” zapytałam z brwiami uniesionymi w zdezorientowaniu. „Skąd ta obsesja na punkcie gwiazd i nieba?”
Ponownie się uśmiechnęła. „Jeszcze tego nie rozumiesz, ale zrozumiesz, mam taką nadzieję”, powiedziała głosem pełnym ekscytacji. Przez większość czasu nie rozumiałam jej, ani tych zagadkowych rzeczy, które opowiadała.
Miałam tylko nadzieję, że nie skończę jak ona – ogarnięta obsesją na punkcie gwiazd i odrobinę szalona. Może to było nieuniknione, żyjąc w tym mieście i z nią pod jednym dachem.
Z westchnieniem skrzyżowałam ramiona na piersi. Jej obsesja na punkcie kosmosu graniczyła z obłędem. Była tak bardzo zakochana w gwiazdach, że każdy centymetr naszego domu był nimi przyozdobiony. Był to uroczy widok, ale trochę przesadzony.
Pokoje pomalowano na głęboki błękit naśladujący nocne niebo, choć tak naprawdę nigdy nie wyjaśniła, dlaczego tak bardzo ją to przyciągało. „Pani naprawdę ma bzika na punkcie tych niebiańskich rzeczy, co...” zaczęłam, ale mi przerwała, wstając z blaskiem w oczach.
„Sama to powiedziałaś”. Wskazała na mnie, szeroko się uśmiechając.
Zmrużyłam oczy. „Co?” zapytałam zdezorientowana.
„Niebiańskie, użyłaś tego słowa”, uściśliła.
„Jasne, znam to słowo”, odparłam. „W końcu chodziłam do szkoły. Nie jestem kompletną ignorantką”, dodałam z irytacją na jej dziecinne zachowanie.
„Nigdy wcześniej nie słyszałam, jak używasz tego słowa!” Zdecydowanie za bardzo się tym ekscytowała.
Przewróciłam oczami i wyszłam z pokoju. Była dziwna w pozytywnym sensie tego słowa, ale czasami bywała po prostu zbyt męcząca.
„Dobranoc, pani Moore”, rzuciłam przez ramię, ignorując jej ostatni komentarz.
„Śpij dobrze, Danica”, odpowiedziała z uśmiechem w głosie. Wiedziałam, że przez kilka następnych godzin nie położy się spać, a czasem nawet wymykała się w nocy; nie miałam pojęcia dokąd.
Może spotykała się z kochankiem? Albo prowadziła jakieś tajne interesy?
Weszłam do swojej sypialni o ścianach w nudnym odcieniu szarości, ale żeby udobruchać panią Moore jedna z nich została pomalowana na ciemnoniebieski kolor i ozdobiona konstelacjami gwiazd. Nie nienawidziłam tego; chociaż byłam pewna, że z czasem zmęczą mnie te gwiazdy, to jednak nigdy do tego nie doszło.
Prawdę mówiąc, zaczęłam je doceniać, ale nigdy bym się jej do tego nie przyznała. I tak wierzyła, że jestem tak samo zafascynowana gwiazdami jak ona, a ja nie chciałam dawać jej powodów do myślenia, że traktuję to miejsce jak dom. To był po prostu budynek, a pani Moore trudno było nazwać przyjaciółką.
Dziwnie było myśleć o tym, że można z kimś dzielić życie, a wciąż traktować tę osobę jak kogoś obcego.
Nie sprawiła, że to miejsce przypominało dom. Była serdeczna, ale nawet po tylu latach nadal nazywałam ją panią Moore. Myślałam, że z czasem będę w stanie zwracać się do niej po imieniu, Celeste.
Gdyby mnie o to poprosiła, pewnie bym tak zrobiła. Nigdy nie dała po sobie poznać, że przeszkadza jej fakt, iż nazywam ją panią Moore. Nigdy nawet nie złożyła mi życzeń urodzinowych.
Za każdym razem, gdy pytałam o jej przeszłość, zręcznie zmieniała temat. Była zagadką, zupełnie obcą osobą.
W końcu zrzuciłam drapiący mundur i pozwoliłam moim kruczoczarnym włosom uwolnić się z ciasnego koka. Nigdy nie lubiłam upinać włosów, ale praca tego wymagała.
W domu panowała upiorna cisza, jak zresztą zazwyczaj. Czasami, jeśli zostawiałam otwarte okno, mogłam usłyszeć w oddali wycie wilków.
Ale gdy zapadała noc, cisza ta bywała niemal przerażająca. Z biegiem lat moja dolegliwość się nasiliła i teraz nie mogłam nawet zostawiać otwartego okna.
Bałam się dnia, w którym ból stanie się nie do zniesienia. Próbowałam niezliczonych środków zaradczych, ale nic nie pomagało. Cierpiałam na przewlekłe bóle głowy, które – byłam o tym przekonana – z pewnością kiedyś mnie zabiją.
W niektóre noce ból był tak intensywny, że rozważałam skończenie z tym wszystkim. Ta myśl wcale nie była pozbawiona sensu, biorąc pod uwagę to, że nie musiałam się z nikim liczyć. Miałam tylko panią Moore, która w zasadzie była jedynie znajomą.
Nie byłoby wielkiej żałoby, gdyby bóle głowy postanowiły ze mną skończyć. Nie miałam ani jednego prawdziwego przyjaciela. I być może tak było najlepiej.
Bo jak w ogóle mogłabym komukolwiek wytłumaczyć te łańcuchy na moim łóżku?














































