
Związani niechęcią Książka 2
Autorzy
Lektury
284K
Rozdziały
52
Niespodziewane Spotkanie
Book 2: These Twisted Vows
Czasami Caroline Wallace naprawdę nienawidziła swojego życia.
Zazwyczaj to olśnienie nawiedzało ją, gdy pracowała na podwójnej zmianie w Meats ‘N’ Cheeses, ciasnej knajpce, która dosłownie serwowała tylko różne rodzaje mięs i serów.
Pewnie miało to być czymś w rodzaju raju dla hipsterów, ale sam budynek był zrujnowany i znajdował się w chujowej okolicy.
Nie żeby mogła za bardzo narzekać na otoczenie. Ledwie było ją stać na klitkę dwie przecznice dalej, stąd te wszystkie podwójne zmiany.
Klienci byli chamscy, napiwki fatalne, a jej nastrój równie beznadziejny, gdy szykowała się do zamknięcia lokalu na noc.
Bolały ją stopy. Podeszwy jej butów były tak zdarte, że aż pełne dziur. Sama się dziwiła, że wciąż, choć z trudem, pełniły funkcję obuwia.
Bolały ją plecy. Mop, którego właśnie użyła, był niedbale oparty o ścianę w kuchni. Nie zamierzała się martwić odkładaniem tego cholerstwa na miejsce. Nie dzisiejszej nocy.
Ostatni pracownik wyszedł dziesięć minut wcześniej z powodu jakiejś nagłej sytuacji rodzinnej, przez co Caroline utknęła o drugiej w nocy, żeby dokończyć ostatnie zadania przed zamknięciem.
Nie była fanką samodzielnego zamykania lokalu tak późno w nocy. Świat był pełen przerażających stworzeń, a ludzie wciąż należeli do tych najgorszych.
Nie musiała zbytnio martwić się wampirami, ponieważ zazwyczaj trzymały się banków krwi lub jej dawców – ludzi, którzy oferowali swoje „usługi” w zamian za obietnicę ewentualnej nieśmiertelności.
W razie nagłych wypadków miała też wampira na szybkim wybieraniu.
Zmiennokształtni byli zazwyczaj dość honorowi i większość z nich nie należała do tych, co atakują przypadkową kobietę na ulicy.
Demony to była zupełnie inna bajka. Były bezwzględne, okrutne i mściwe, a klan demonów wręcz rządził jej okolicą, przypominając demoniczną mafię.
Jej szef płacił im jednak co miesiąc za ochronę, więc raczej nie miała się o co martwić w tej kwestii. Mimo to unikała ich jak zarazy, mając cichą nadzieję, że nigdy żadnego nie spotka.
Fae? Nigdy nie miała z nimi do czynienia, co prawdopodobnie było w jej najlepszym interesie. Fae były przebiegłymi stworzeniami.
A ludzie? Cóż, pewnie zostałaby zgwałcona, gdyby w środku nocy napatoczyła się na jakąś grupę mężczyzn, wracając samotnie do domu po zmianie.
Okropna myśl do snucia tuż przed wyjściem. Westchnęła; zmęczenie uderzyło w nią silniej niż głód.
Naprawdę powinna była coś zjeść przed zamknięciem knajpy, ale to był ciężki dzień, pełen chamskich klientów, i jeszcze trudniejszy wieczór samotnej pracy, więc po prostu chciała wrócić do domu.
Była więcej niż gotowa, by paść na swój cienki materac, przespać kilka godzin, obudzić się i ponownie przeżyć ten sam nudny dzień.
Zgasiła światła, wzięła swój lichy zimowy płaszcz i zasunęła zamek cienkiej kurtki, po czym przerzuciła pasek torebki przez ramię.
To była najładniejsza rzecz, jaką posiadała – coś, co znalazła w lumpeksie w wolny dzień.
Caroline zgasiła światła i chwyciła worek ze śmieciami, po czym wyszła tylnymi drzwiami i weszła w alejkę.
Uderzył ją chłód, a jej smukłe ciało zadrżało z zimna. Zawsze była chuda, ale w ostatnim roku wyczuła w sobie zmianę – coś, czemu nie chciała się zbyt uważnie przyglądać.
Musiała ciągle jeść, żeby utrzymać wagę, choć jedzenie prawie wcale jej nie pociągało. Z dobrych stron: zachowała piersi, uda i tyłek, i wciąż cieszyła się figurą klepsydry.
Nie miało jednak większego znaczenia, jak atrakcyjnie wyglądała; jej popęd seksualny spadł do zera wraz z apetytem.
Mniej odporna kobieta opłakiwałaby brak seksu, ale nie żeby miała mnóstwo partnerów, a do tego większość z nich była wręcz beznadziejna.
Jej krótki romans z niedźwiedziołakiem był jednak całkiem przyjemny; ten duży facet wiedział, jak obchodzić się z kobiecym ciałem.
To wspomnienie powinno było wzbudzić w niej pewne zainteresowanie tam na dole, ale oczywiście nic się nie wydarzyło. Jej cipa była w zasadzie uśpiona, to cholerstwo.
Caroline dotarła do kontenera na ślepym końcu alejki, podniosła pokrywę i wrzuciła worek ze śmieciami do środka.
Ledwie skończyła to zadanie, usłyszała szuranie przy wejściu jakieś dwadzieścia stóp dalej, po którym nastąpił męski okrzyk bólu.
Odwróciła się, mrużąc oczy w ciemności. Światło z ulicy pozwoliło jej dostrzec sylwetki dwóch mężczyzn, obu wysokich i muskularnych; jeden miał na sobie garnitur, a drugi dżinsy i wielką puchową kurtkę.
To ten w garniturze wzbudził jej niepokój, co sprawiło, że po kryjomu cofała się, aż schowała się za śmietnikiem, z którego ledwie wystawała jej głowa, by rozeznać się w sytuacji.
Facet w garniturze zdecydowanie był demonem. Nikt inny nie ubierał się tak bogato w tej części miasta.
Nie miała jednak pojęcia, kim był ten drugi facet.
Kłócili się o coś, a demon wyraźnie irytował tego drugiego faceta, kimkolwiek on był.
Mężczyzna popchnął demona, który nie drgnął nawet o centymetr. Przechylił tylko głowę na bok, jakby badał jakiegoś robaka pod mikroskopem.
Więc zdecydowanie nie był to zmiennokształtny, skoro brakowało mu siły, by chociaż poruszyć demona.
Sfrustrowany mężczyzna wrzasnął coś. Ten dźwięk zgrzytał w jej uszach, więc dla demona to musiało być istne piekło.
Chwilę później w dłoni mężczyzny uformowała się czerwona kula ognia. Jasna cholera. Czarnoksiężnik? Demon i czarnoksiężnik walczyli tuż obok niej? Co za chujowe szczęście!
Czarnoksiężnik cisnął kulę ognia prosto w demona. Ramię jego garnituru lekko się przypaliło przy kontakcie, zanim kula zgasła, ale sam demon pozostał całkowicie nietknięty!
„Trzeba było użyć czegoś innego.” Głos demona był niski i chropowaty, jakby rzadko go używał. Dreszcz przebiegł po jej kręgosłupie i poczuła mrowienie tam na dole.
O, absolutnie nie. Nie było absolutnie żadnej opcji, zwłaszcza w demonicznym piekle, żeby pozwoliła sobie na pociąg do demona.
Spiorunowała wzrokiem miejsce między swoimi udami, mając cholerną nadzieję, że jej cipa przestanie mrowić. To cholerstwo było wyraźnie wybrakowane.
Czarnoksiężnik krzyknął z bólu, a uwaga Caroline natychmiast wróciła do dwóch mężczyzn.
„Zrobisz swoją robotę, czarodzieju. Już.” Demon trzymał czarnoksiężnika w garści, a jego wielka dłoń ciasno oplatała gardło maga.
Caroline żałowała, że nie jest bliżej, by móc lepiej przyjrzeć się ich twarzom.
Niestety, o wiele bardziej interesowało ją, jak wygląda demon, którego cała postawa tak ją zniewalała; była całkowicie pochłonięta jego obecnością.
„Mówiłem ci, że wyśledzenie jej będzie niemal niemożliwe” – wykrztusił, drapiąc rękami po ramieniu demona, gdy ten podniósł go wysoko w powietrze za szyję.
„Król nie oczekuje zuchwałości, lecz posłuszeństwa. Zlokalizujesz jego córkę albo zginiesz. Wybieraj.”
Król? Demonów? O nie, jasna cholera. Musiała stąd natychmiast spadać.
Posunęła się centymetr po centymetrze, nisko przykucnięta, żeby nie zwracać na siebie uwagi, po czym powoli ruszyła w stronę tylnych drzwi, kurczowo trzymając się ściany, jakby od tego zależało jej życie.
Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, było to, by demon ją zauważył i uznał za zagrożenie – albo, co gorsza, rozpoznał.
„Zaklęcie tropiące doprowadziło mnie tutaj, ale tu nic nie ma.”
Caroline dotarła do drzwi, ściskając klamkę w dłoni, z oczami utkwionymi w demonie.
„Więc zakładam, że nie masz żadnej wartości.” Wydawał się uśmiechnąć, jakby znał żart, o którym ona nie miała pojęcia.
„Nie, proszę! Kane, błagam...” Prośby czarnoksiężnika zamarły razem z nim, gdy dłoń demona wbiła się w jego klatkę piersiową.
Rozległo się mlaśnięcie, od którego Caroline mało nie zwymiotowała, po czym serce czarnoksiężnika zostało wyrwane z jego ciała, a sam narząd wrzucony do zaułka.
Wylądowało w pobliżu stóp Caroline z mokrym plaśnięciem, opryskując kroplami krwi jej buty.
Chwilę później ciało czarnoksiężnika zwiotczało i upadło na ziemię, strasząc Caroline na tyle, że puściła klamkę, która głośno zachrobotała w ciszy.
Spojrzała w dół, kiedy demon, Kane, obrócił się w stronę hałasu oraz jej samej, i zaczął się powoli zbliżać.
Jego kroki były lekkie jak na taką górę mięśni; serce u jej stóp zabiło jeszcze raz, zanim zamarło.
Jej własne serce zaczęło w odpowiedzi bić w szaleńczym tempie, co mocno ją wkurzyło – najwyraźniej ten głupi narząd nie wiedział, co jest dla niego dobre.
Zatrzymał się przed nią, a w polu jej widzenia pojawiły się jego czarne eleganckie buty, odsuwając serce z dala od nich obojga. Wciąż trzymała głowę spuszczoną, bojąc się na niego spojrzeć i bojąc się, że ją rozpozna.
„No cóż, wygląda na to, że stary czarodziej miał rację.”
Kurwa.
Caroline wyskoczyła z miejsca, uderzając pięścią w zacienioną twarz Kane'a; cios dosięgnął celu i zachwiał go na piętach.
Z ledwością zarejestrowała ukłucie bólu, kiedy popękała jej skóra na knykciach. Odwróciła się i rzuciła pędem w stronę wyjścia na ulicę, przeskakując przez martwe ciało w pośpiechu ucieczki.
Jej stopy poślizgnęły się na pokrywającej ziemię krwi, przez co uderzyła w ścianę, ale szybko wyprostowała się i pognała dalej.
Nie zwolniła przez kilka przecznic, aż do momentu, w którym dotarła na przystanek autobusowy, gdzie jarzeniówki oświetlały chodnik.
Jak udało jej się uciec? Wyglądał na groźnego podczas walki z czarnoksiężnikiem, ale najwyraźniej czegoś mu brakowało, skoro tak łatwo zdołała zbiec.
Kane zmaterializował się przed nią. Przenoszenie się było umiejętnością, którą wyżej postawione demony osiągały z niewielkim trudem, a on zdecydowanie wzbudzał znacznie większy strach, niż początkowo sądziła.
Zahamowała z poślizgiem, niemal wpadając na jego nienaganny garnitur.
W świetle dookoła nich wyróżniał się wyraźnie i, rany, był apetyczny; postawny facet z nienagannie dopasowanym garniturem na szerokich ramionach, podkreślającym wciętą talię i długie nogi.
Jego twarz była, niestety, dość przystojna w surowy sposób; miał mocno zarysowaną szczękę, gęste blond włosy do ramion i jednodniowy zarost.
Posiadał ciemnoniebieskie oczy, długie rzęsy i brwi, które idealnie podkreślały jego rysy.
Uśmiechnął się do niej kpiąco, a na jego policzku pojawił się dołeczek, kiedy sam ocenił ją wzrokiem.
„Zdaje się, że nie przesadzali z twoim pięknem.” Dlaczego musiał mieć tak głęboki głos? Przypominał aksamit muskający jej skórę; pieścił ją, roztapiając wszystko wewnątrz.
Całkowicie go za to nienawidziła.
„Posłuchaj – Kane, prawda? – wydaje mi się, że pomyliłeś mnie z kimś innym, więc po prostu pójdę w swoją stronę.”
Próbowała go wyminąć, ale zesztywniała, gdy jego dłoń chwyciła ją za ramię; czuła gorąco jego dłoni przez kurtkę aż do samego jej środka.
Jej zdradzieckie ciało dosłownie skakało z ekscytacji pod wpływem tego kontaktu. Jak zareagowałaby, gdyby dotknął jej nagiej skóry? Aż przeszły ją dreszcze.
„Możemy to załatwić po dobroci albo siłą, ale i tak pójdziesz ze mną.” Przysunął się do niej, biorąc głęboki wdech. „Skoro już znam twój zapach, ucieczka jest niemożliwa. Twój ojciec chce cię widzieć.”
„Pierdol się” – warknęła. Wyrwała się z jego uścisku, posyłając mu w odpowiedzi swój własny uśmieszek.
A potem zniknęła, przenosząc się z powrotem do swojego mieszkania.
Kane nie był jedynym, który miał asa w rękawie.

















































