
Akta Chamberlaina
Autorzy
James F. Timmins
Lektury
369K
Rozdziały
25
Rozdział 1
Akta Pierwsze: Three Card Monte
Snajper
Siedział oparty plecami o ścianę, nabierając powoli głębokie oddechy zimnego nocnego powietrza.
Widział ją po drugiej stronie ulicy przez cienkie zasłony. Siedziała i czytała jakąś książkę – pewnie nic nieznaczącą.
Znalazł ją pewnego dnia w kawiarni, gdy siedziała z książką. Była dziewczyną, która nie malowała się. Ubierała się w nudne, brązowe i beżowe kolory. Włosy miała upięte w jeden z tych ciasnych koków, jakie noszą kobiety.
Nosiła jednak okulary w kwadratowych oprawkach. Zauważył, że często spoglądała ponad nimi. Przypominało mu to nauczycielkę z ósmej klasy. Był w niej zakochany po uszy.
Kiedyś niemal ślinił się na widok pani Greer, gdy siadała na krawędzi biurka.
Prowadziła lekcje o Chaucerze i Szekspirze. Siedziała z założonymi gołymi nogami, spoglądając ponad okularami na klasę.
Kobieta, którą planował skrzywdzić, miała podobną sylwetkę i zachowywała się w podobny sposób. Nie była jednak dla mężczyzny tak pociągająca, jak tamta nauczycielka dla chłopca.
Wtedy zdecydował, że dziewczyna będzie jego pierwszą ofiarą. Przypominała mu pierwszą miłość.
Miała na imię Vanessa. Była mężatką. Jej mąż pracował do późna przez większość nocy. Dzisiejsza noc była jak każda inna.
Często nie spała, czekając, aż wróci do domu. Głównie czytała, a czasami oglądała telewizję. Był maklerem giełdowym współpracującym z rynkiem azjatyckim. Sądząc po ich domu, dobrze mu się wiodło.
Wstała i poszła do kuchni. Wróciła z kieliszkiem wina. Upiła krótki łyk i zamknęła oczy, opierając się o fotel.
Nadszedł czas. Otworzył walizkę stojącą na podłodze przy oknie. Zaczął składać karabin snajperski HR Precision Pro Series 2000 HRT.
Miał trzy naboje kalibru magnum. Nie martwił się o odległość trzydziestu jardów. Nie martwił się o szkody, jakie wyrządzą.
Spojrzał na zegarek. Była 12:01, czwarty kwietnia. Wycelował w nią przez krzyżyk celownika.
Przepraszam, kochanie. To konieczność.
***
Jack
. . . Poniedziałek. Kto normalny lubi poniedziałki? Jasne, czasem wypada jakieś święto ku czci starego prezydenta albo Dzień Flagi czy coś w tym stylu. Ale poza tym poniedziałki są nudne i męczące.
Przewróciłem się na drugi bok i wcisnąłem przycisk drzemki w budziku. To dało mi dziewięć dodatkowych minut snu.
Ustawiłem budzik osiemnaście minut przed tym, kiedy naprawdę musiałem wstać, bo uwielbiam przycisk drzemki.
Zrzuciłem kołdrę i wstałem z łóżka. Nacisnąłem przycisk w ekspresie do kawy i poszedłem wykonać poranną rutynę. Musiałem skorzystać z toalety, wziąć prysznic i się ogolić. Zrobiłem to w tej kolejności.
Otworzyłem lodówkę i nalałem sobie szklankę soku pomarańczowego. Z ekspresu unosił się wspaniały zapach kawy.
Po wypiciu soku nalałem sobie gorącą czarną kawę. Paliła mnie w gardle, ale właśnie tak lubiłem.
Podobało mi się bycie singlem. Moje mieszkanie było tego dowodem – żadna kobieta tu nie mieszkała.
Nie było brudne, bo jestem dość schludny. W każdym pokoju panował porządek. Wszystko było tam, gdzie chciałem.
Kolekcjonowałem sztukę i lubiłem różne jej rodzaje. Ale moim najlepszym eksponatem była złota statua Te-Guan-Yin, azjatyckiej Żelaznej Bogini Miłosierdzia. Stała samotnie w rogu.
Za nią wisiała ozdobna drewniana rzeźba przedstawiająca karmienie smoka.
Meble w salonie były ładne, ale wyglądały na męskie. Miękki czarny skórzany fotel i kanapa, szklany stolik kawowy oraz dębowy regał wypełniony powieściami i podręcznikami.
Dywan z Azji, który dostałem od zmarłej babci, przykrywał część jasnej sosnowej podłogi. Każdy pokój był schludny, zorganizowany i dokładnie taki, jak lubiłem.
Lubiłem spędzać czas z kobietami i czasem chodziłem na randki. Mój ostatni związek obfitował w szalony seks i mnóstwo kłótni.
Niedługo potem zgodziliśmy się, że to nie działa. Byliśmy zbyt różni. Od tamtej pory nie spotkałem nikogo, kto by mi się podobał po tym, jak seks się skończył.
O siódmej trzydzieści byłem już za drzwiami i schodziłem po schodach. Czekając, aż moja partnerka po mnie przyjedzie, zrobiłem poranne rozciąganie.
Powietrze pachniało solą i świeżością. Przynosiły je delikatne poranne wiatry znad pobliskiego Atlantyku. Moja sąsiadka, Christy Evans, zeszła po schodach za mną. Miała na sobie obcisły czarno-limonkowy dres, który podkreślał jej sylwetkę. Spojrzałem na nią i próbowałem sobie wyobrazić, co kryje się pod tym ubraniem. Zaczęła się rozciągać, opierając nogę o żelazne ogrodzenie. Jej ruchy i ciche westchnienia sprawiły, że się gapiłem. Starałem się odwrócić wzrok.
„Dzień dobry, Jack” – powiedziała, prostując się i zaplatając długie blond włosy w kucyk. „Idealny poranek na bieganie”.
„Jasne” – odparłem. „Nie miałbym nic przeciwko, żeby kiedyś do ciebie dołączyć. Przydałoby mi się więcej biegania w moim treningu”.
Uśmiechnęła się i puściła do mnie oko.
„Kiedy tylko chcesz, po prostu zapukaj do moich drzwi”.
Odwróciła się i zaczęła biec. Jej kucyk kołysał się na boki.
Czarny Chevy z dużymi błotnikami podjechał do krawężnika przede mną.
Ciężarówka mojej partnerki była wyższa niż większość miejskich aut. Widok z niej był świetny, ale sama rzucała się w oczy.
Nie dało się łatwo ukryć takiego wozu. Wnętrze było czyste, ale używane. Miało zużyte czarne gumowe maty i ciemnoszare skórzane fotele, wygładzone w niektórych miejscach.
„Cześć, Claire” – powiedziałem, spoglądając na opakowanie po McMuffinie z McDonald's leżące na podłodze przy dźwigni zmiany biegów. „Za wyrzucanie śmieci w mieście dostaniesz mandat na pięćset dolarów”.
„Pierdol się, Jack” – odparła z uśmiechem, zjadając ostatni kęs.
Wsiadłem, a ona mocno wcisnęła gaz i wjechaliśmy szybko w ruch uliczny.
Lubiła prowadzić. Jej ciężarówka miała duży silnik i mnóstwo mocy jak na miejskie ulice. Niewielu gliniarzy jeździło ciężarówkami w mieście, więc to pomagało nam pozostać niezauważonymi.
Rodzice Clarity Sanchez byli meksykańskimi imigrantami. Chcieli, żeby ich dzieci miały amerykańskie imiona. Więc Clarita stała się Claire.
Była twardą młodą gliniarką. Drobna, szczupła i bardzo dobrą strzelczynią. Nigdy nie wyciągnęła broni na służbie, o ile wiedziałem. Ale na strzelnicy trafiała idealnie w cel. Była lepsza od niektórych najlepszych strzelców z SWAT-u.
Kiedy nas po raz pierwszy połączono w parę, nie byłem pewien, czy to dobry pomysł. Nie byłem pewien, czy dam radę pracować z tą drobną, twardą kobietą. Ale okazała się świetną partnerką.
Zwykle nosiła workowate dresy lub dżinsy i tenisówki. Miała na sobie koszulki, bluzy, a czasem sweter, żeby ukryć swoją sylwetkę i wtopić się w męskie towarzystwo.
Jej kręcone długie włosy zazwyczaj były schowane pod czapką baseballową Boston Red Sox.
Raz widziałem ją na Old Orchard Beach, kiedy szła na molo. Wyglądała całkiem nieźle w podkoszulku i szortach z rozpuszczonymi włosami.
Rozmawialiśmy przez chwilę o weekendzie. Przyłapałem się na wspominaniu tamtego dnia na plaży. Najbardziej pamiętałem jej uśmiech. Był szeroki i jasny na tle jej ciemnej skóry.
„Czemu się uśmiechasz?” – zapytała Claire, kiedy wjechaliśmy na główną ulicę Congress Street.
„Myślałem o pójściu na plażę” – powiedziałem. „Jedyne miejsce na planecie, gdzie kobiety w połowie nagie są w porządku, a nawet pożądane”.
Uśmiechnęła się i powiedziała z krótkim śmiechem:
„Uwielbiam plażę. Nic lepszego niż spacer wzdłuż wody z palcami zanurzonymi w piasku”.
„Będziemy musieli kiedyś pójść. Znam wszystkie najlepsze miejsca do spędzania czasu”.
„Nigdy byś się nie otrząsnął, gdybyśmy to zrobili”.
Wjechaliśmy na parking komisariatu, a ja zastanawiałem się, co to mogło znaczyć. Przeszliśmy przez budynek w kierunku ekspresu do kawy, żebym mógł napełnić swój kubek termiczny.
Dzisiaj ktoś wypił całą kawę, nie robiąc nowej. Poniedziałki.
Kapitan Jonathan Spacey zawołał mnie ze swojego biura. Nawet po latach pracy dla niego nie zdecydowałem, czy lubię starego Jonathana.
Był wystarczająco sprawiedliwy, ale potrafił być wrednym dupkiem. Może to była część tego, czego uczyli na kursie dla kapitanów. Bycie dupkiem 101.
Tak naprawdę nie miało to większego znaczenia. Wciąż był poniedziałek, trzeba było zrobić kawę i było za wcześnie, żeby ustalić, czy to będzie dupkowski dzień dla kapitana Jonathana.
„Dzień dobry, kapitanie” – powiedziałem tak miło, jak potrafiłem.
„Hej, Jack” – odparł, nie zapraszając mnie do siedzenia. To zazwyczaj oznaczało, że gdzieś jadę.
Miał na sobie garnitur w paski. Dla gliniarza to oznaczało, że nie pracujesz na ulicy. Nosił czerwony krawat i chusteczkę w kieszeni. Chryste, ja nawet nie mam takiej chusteczki.
Zauważyłem jednak, że jego buty nie były tak wypolerowane, jak zwykle.
„Stoisko do czyszczenia butów dzisiaj nieczynne, kapitanie?” – zapytałem, opierając się o framugę drzwi.
„Wejdź, mądralo”.
„Jest poniedziałek i nie wypiłem jeszcze wystarczająco dużo kawy” – powiedziałem.
„Potrzebuję ciebie i Claire na Neal Street 10. Doszło do strzelaniny. Trzydziestoczteroletnia kobieta została postrzelona przez okno z drugiej strony ulicy. Funkcjonariusze zabezpieczyli miejsce zbrodni. Daj mi znać, co znajdziesz”.
Po tych słowach wypchnął mnie, zamykając drzwi.
Skinąłem na Claire, żeby za mną poszła, i ruszyliśmy na miejsce zbrodni.
Budynek mieszkalny był starą kamienicą. Znajdował się w części miasta, która zazwyczaj była spokojna. Ale dzisiaj panował tu chaos i tłok.
Reporterzy prasowi ustawili się w kolejce. Były tam lokalne ekipy telewizyjne wraz z gapiami.
Żółta taśma miejsca zbrodni otaczała wejście do budynku. Funkcjonariusz o nazwisku Guillian spotkał mnie przy krawężniku i wskazał na bok budynku.
W oknie na piątym piętrze brakowało kawałka. Zauważyłem drobne kawałki szkła na chodniku. Ten obszar też był otoczony taśmą.
Znowu funkcjonariusz Guillian wskazał, tym razem na drzwi. Weszliśmy do środka i ruszyliśmy po schodach.
Poczekał, aż będziemy z dala od dziennikarzy, zanim opowiedział mi o sytuacji.
„Ofiara nazywa się Vanessa Willis” – powiedział funkcjonariusz Guillian. „Ma trzydzieści cztery lata, pracuje rano i po południu w Cookies and Crème”.
Weszliśmy do windy, a on nacisnął piątkę.
„Mieszkała na piątym piętrze z mężem, Fredem Willisem, lat trzydzieści sześć. Pracuje w nieregularnych godzinach w azjatyckiej firmie handlującej akcjami, Klausse and Wallace, przy Congress Street 100. Jest teraz tutaj, ale nie jest w dobrej formie”.
Wysiedliśmy z windy i od razu weszliśmy do mieszkania. Ładne miejsce. Dużo starych drewnianych listew i podłogi z twardego drewna z dywanem z Azji.
Meble w głównym pokoju wyglądały wygodnie. Pasowały do czerwonych, niebieskich i złotych kolorów dywanu.
Pomyślałem, że to ludzie z klasy średniej, którym się wiedzie. Bazowałem głównie na telewizorze LED. Wiedziałem, że mnie na taki nie stać.
Ofiara wciąż siedziała w starym bujanym fotelu. Wyglądał, jakby był rodzinną pamiątką. Z tyłu jej głowy niewiele zostało. Kula wychodząca zabrała ze sobą duży kawałek czaszki.
Jej twarz była pokryta krwią. Zauważyłem jej zakrwawione zdjęcie na stoliku obok bujaka.
Siedziała na trawie z, jak przypuszczałem, panem Willisem. Zauważyłem, że choć była zwyczajna, była ładna.
Obok bujaka wciąż paliła się lampka do czytania, a obok niej leżał egzemplarz Diana, An Autobiography.
Na podłodze leżały drobne kawałki szkła. Odbijały poranne słońce jak małe diamenty.
Dziura w oknie miała wielkość dziesięciocentówki. Z centrum wychodziły małe pęknięcia jak palce.
Kula, która zabiła panią Willis, przeszła przez nią i utkwiła w drewnie za pomalowaną ścianą.
Przykucnąłem przed kulą i spojrzałem z powrotem w stronę dziury w oknie.
Patrząc na trajektorię, wyglądało na to, że strzał padł z mieszkania na szóstym piętrze po drugiej stronie ulicy. Ale kula może zmienić kierunek po uderzeniu w coś. Wystarczy zapytać JFK.
Funkcjonariusz Guillian chodził za mną jak szczeniak.
„Czy ktoś sprawdził szóste piętro po drugiej stronie ulicy?” – zapytałem.
„Tak, funkcjonariusz Wright jest tam teraz. Pilnuje mieszkania, do którego należą okna trzecie, czwarte i piąte” – powiedział, przewracając stronę w swoich notatkach. „Mieszkanie należy do Jasona i Marthy Headleton. Oboje są poza miastem od soboty. Tak twierdzi sąsiadka z naprzeciwka, pani Warner. Jest wdową, ma siedemdziesiąt dwa lata i prawdopodobnie wie wszystko o wszystkich. Były ślady włamania wokół zamka. Mieszkanie jest puste. Wright pilnuje tego miejsca dla ciebie”.
„Okej, gdzie jest pan Willis?”
„W sypialni, pierwsze drzwi po prawej. Jak mówiłem, nie jest w dobrej formie”.
„Nie sądzę, żeby był”.
Spojrzałem na Sanchez i wskazałem na korytarz prowadzący do sypialni. Przeszła przez zespół kryminalistyczny i zapukała do drzwi.
Bum!
Strzał rozległ się w korytarzu. Wszyscy padli na ziemię. Spojrzałem na Sanchez, która siedziała z wyciągniętą bronią i plecami opartymi o ścianę obok drzwi.
Wyciągnąłem broń, wpadłem do drzwi i przeturlałem się w prawo. Słyszałem, jak Sanchez porusza się za mną, idąc w lewo.
Przede mną w kompletnym bałaganie leżał pan Willis. Wziął strzelbę i niemal odstrzelił sobie głowę.
„Cholera jasna, Guillian. Dlaczego, kurwa, ten facet był tu sam? Czyj to był genialny, kurwa, pomysł?” – wrzasnąłem, wstając.
Guillian szybko wbiegł do pokoju z wyciągniętą bronią i spojrzał na scenę szeroko otwartymi oczami.
„Gówno”.
„Gówno. Tak, gówno. Cholera jasna”.
„Człowieku, zostawiłem go, kiedy usłyszałem, że przyjechaliście. Był zdenerwowany, ale...”
„Ale co? Jego żona leży tam martwa. Jej mózg jest rozmazany po całym pokoju. A ty zostawiasz go samego”.
Poczułem, jak Sanchez kładzie rękę na moim ramieniu. Bardzo się wkurzyłem, a ona to wiedziała.
Wziąłem głęboki oddech, potem kolejny. Niewiele to pomogło, ale już nie miałem ochoty strzelać do Guilliana.
„Było tu pięciu gliniarzy, a drzwi były otwarte, kiedy wychodziłem”.
„Dość” – powiedziałem.
Poczułem, jak Claire mocno ściska moje ramię. Spojrzałem na zranioną twarz Guilliana i wiedziałem, że muszę się trochę uspokoić.
„To nie twoja wina, funkcjonariuszu. Winy jest wystarczająco dużo dla wszystkich. Powinienem był najpierw do niego zajrzeć”.
Kiedy z Claire szliśmy do drzwi, powiedziałem:
„Sprawdź, o której ten facet wyszedł z biura. Na wszelki wypadek, gdyby to on był strzelcem”.
Funkcjonariusz Wright wciąż stał na straży przy drzwiach, kiedy dotarliśmy na szóste piętro po drugiej stronie ulicy.
„Dzień dobry, detektywie, co to był za hałas po drugiej stronie ulicy?”
„Mąż właśnie się zabił” – powiedziałem, wpuszczając się do mieszkania.
„Czy to nie straszne? Myśli pan, że to on ją zabił?”
„Nie, jeśli strzał padł stąd. Jaki byłby w tym sens?”
„Rozumiem, co pan ma na myśli. Gdzie mam być?”
„Tam, gdzie jesteś, jest dobrze. Czy ktoś wszedł do mieszkania?” – zapytałem, rozglądając się po czystym salonie przy wejściu.
„Nie, jest pan pierwszy”.
Sanchez weszła za mną, zamknęła za sobą drzwi i zaczęliśmy oglądać mieszkanie. Wiedziała, jak lubię pracować. Nauczyła się podobnie.
Może byłem jej nauczycielem, choć nigdy tak tego nie nazywaliśmy. Stanąłem na środku pokoju i się rozejrzałem.
Było urządzone jak wiejski dom. Z łatwością mogłoby to być domek nad jeziorem Sebago, gdyby nie widok.
Sosnowe regały były wypełnione mieszanką starych i nowych powieści. Meble były głównie drewniane.
Przy oknie stał mały okrągły stolik do kart z kilkoma krzesłami. Krzesła miały wiklinowe siedzenia, takie jak kiedyś miała moja babcia.
Jedno z krzeseł zostało odsunięte od okna. Prawdopodobnie po to, żeby dać strzelcowi miejsce.
Uklęknąłem na rękach i kolanach, żeby spojrzeć na podłogę z twardego drewna. Wczoraj padał deszcz. Jak miałem nadzieję, były tam lekkie ślady stóp prowadzące do okna.
Strzelec nie wytarł butów przy drzwiach. Wskazałem je Sanchez. Zrobiłem gest mówiący jej, żeby nie stawała w ich pobliżu.
„Będziemy potrzebować ekipy CSI, żeby zdjąć odciski butów z podłogi” – powiedziała przez komórkę. „Tak, odciski palców też, miejmy nadzieję”.
Spojrzałem na podłogę i zobaczyłem tylko ślady prowadzące do okna.
„Ślady nie prowadzą z powrotem do drzwi” – powiedziałem do Sanchez.
„Dokąd poszedł, przez okno?”
„Nie. Jak myślisz, ile czasu zajęłoby jego butom wyschnięcie, kiedy tu siedział?” – zapytałem, klęcząc metr dwadzieścia od miejsca, gdzie ślady kończyły się przed oknem.
„Trudno powiedzieć. Zależałoby od tego, jak mokre były”.
„Pół godziny co najwyżej, myślę. Ślady przy oknie są jaśniejsze niż pierwsze kroki”.
„Co masz, Jack?” – usłyszałem nad ramieniem.
Znałem ten głos. To był agent CSI Fritz von Gretchen.
Miał po czterdziestce. Pracowaliśmy razem na niejednym miejscu zbrodni. Był dobry i niczego nie przegapił. Był odpowiedzialny za to, jak oglądałem miejsca zbrodni.
Wiele się od niego nauczyłem i od jego starego partnera, agenta Walsha. Ich pierwsza wspólna sprawa wyglądała na morderstwo-samobójstwo.
Fritz znalazł kawałek sztucznej tkaniny na dywanie. To doprowadziło do aresztowania za podwójne morderstwo.
„Odciski butów rozmiar czterdzieści cztery lub czterdzieści pięć, może Cabela's po wzorze”.
Wskazałem w kierunku śladów.
„Sanchez, możesz przejrzeć resztę mieszkania? Nie sądzę, żeby gdziekolwiek indziej poszedł, ale sprawdź. Szczególnie łazienkę. Może będziemy mieli szczęście i nasz przestępca musiał się wysikać”.
Fritz rozkładał to, czego potrzebował do zdjęcia śladów, kiedy zapytałem:
„Czas śmierci pani Willis?”
„Około dwudziestej trzeciej, plus minus godzina. Oceniam po temperaturze ciała i temperaturze w pokoju. Rozumiem, że mąż wrócił do domu około szóstej rano. Jakiś problem z azjatyckimi akcjami”.
„Nie mam pojęcia. Ja wciąż trzymam pieniądze w zamrażarce” – powiedziałem, patrząc na parapet. „Po zdjęciu odcisku buta możesz odkurzyć okno, zanim je otworzę?”
„Może kiedyś zrozumiesz, że wiem, co robię, i nie potrzebuję, żeby ktoś mi mówił, co mam robić. Więc kiedy ty i Claire się rozglądacie, nie rujnujcie niczego, zanim do tego dojdę. Nie dotykajcie niczego!”
Sanchez wróciła do pokoju.
„Wszystko jest bardzo czyste w reszcie domu, szczególnie łazienka”.
Spojrzałem na nią.
„Szczególnie?”
Wstałem i poszedłem do łazienki zobaczyć, co oznacza „szczególnie”.
Jestem singlem. Nigdy nie widziałem łazienki, która byłaby szczególnie czysta. Ale ta była perfekcyjna. To byłoby moje słowo.
Spojrzałem na podłogę. Poruszałem głową, żeby zobaczyć, czy znajdę jakieś małe kropelki, ale nic nie widziałem.
„Czego szukasz?” – zapytała Sanchez. Przykucnęła obok mnie.
„Czy znasz jakiegoś faceta, który nie rozlewa sikania wszędzie, kiedy się strząsa na końcu?”
„To wtedy rozlewacie mocz wszędzie?”
„Tak, dzieje się to albo na końcu, albo na początku, ale nigdy w trakcie. Ale przestępca korzystał z toalety”.
„Skąd wiesz?”
„Deska klozetowa jest podniesiona. Zawsze zostawiamy deskę podniesioną. To w naszej naturze, myślę. To dom małżeństwa, więc najprawdopodobniej deska powinna być opuszczona. Czy kiedykolwiek narzekałaś na faceta, że zostawia deskę podniesioną? Czy sikasz na stojąco?”
„Pierdol się, Jack” – powiedziała z tym swoim uroczym małym uśmieszkiem. „Dobra rzecz w byciu singielką to to, że moja deska jest zawsze tam, gdzie chcę. Na dole. Może sprzątaczka posprzątała to miejsce po tym, jak wyjechali na wakacje”.
„Nie, wtedy deska na pewno byłaby opuszczona”.
Spojrzałem na umywalkę i wyglądała na wytartą do czysta. Nie sądziłem, żeby Fritz znalazł odciski palców, ale i tak zapytam.
Wyszliśmy do głównego pokoju. Fritz właśnie skończył odkurzać okno i ramę.
„Czysto, Jack. Ale znalazłem tę smugę. Zgaduję, że została zrobiona przez skórzaną rękawiczkę” – powiedział Fritz.
Poprosiłem go, żeby przeszedł przez łazienkę. Założyłem parę gumowych rękawiczek.
Kiedy otworzyłem okno, kawałek papieru wypadł z miejsca, gdzie był przyklejony do spodu okna.
Sanchez go podniosła i powiedziała, podając mi go:
„Możesz ustalić czas śmierci na tuż po północy”.
Notatka składała się z cyfr wyciętych z magazynu i przyklejonych do papieru. Pokazywała małymi literami dzisiejszą datę, 4/4.
Kiedy wkładałem naszą pierwszą wskazówkę do małego plastikowego woreczka na dowody, pomyślałem: „Wygląda na to, że zabójca zostawił nam naszą pierwszą prawdziwą wskazówkę”.













































