
Skomponowane serce
Autorzy
Donna Berlyn
Lektury
19,4K
Rozdziały
18
Odkrycie
Wszedł z cichym autorytetem. Był elegancko ubrany, nienagannie zadbany i miał w sobie ten niezwykły urok – taki, który łamał serca i mącił w głowach.
Nie przywitano go tak, jak można by się spodziewać; właściwie to w ogóle go nie zauważono.
Marina była na zapleczu, a Amelia zatraciła się w swojej melodii, grając w najlepsze i nie zwracając uwagi na nic wokół siebie.
Zepsuty dzwonek nie zdołał ostrzec ich o jego obecności, ale jemu to nie przeszkadzało. Stał, słuchając uważnie czarującej kompozycji granej przez równie czarującą młodą damę.
Jej ruchy były płynne, wręcz natchnione. Przy każdym uderzeniu w klawisze przez jej palce zdawała się przepływać energia.
Amelia skończyła swój utwór i delikatnie oparła palce na klawiszach, pieszcząc każdy z nich z taką czułością, jaką można by obdarzyć kochanka.
Do wyboru było mnóstwo pianin – właściwie pełen sklep – ale Amelia najbardziej lubiła grać na tym jednym. Czuła szczególną więź z tym pięknym małym fortepianem, który czule nazywała Ebony.
„Jeśli tak sprzedajesz pianino, to je kupuję, młoda damo”. Jego głos był głęboki, ale uprzejmy.
Amelia podniosła wzrok znad klawiszy. „Przepraszam, nie słyszałam, jak pan wszedł”, powiedziała.
Wstała, żeby się z nim przywitać. On podszedł w jej stronę.
„Proszę się tym nie martwić, to było bardzo urocze. Czyj to był utwór? Chyba nigdy wcześniej go nie słyszałem”, zapytał.
„Mój”, odpowiedziała.
„Naprawdę niesamowite”. Słysząc, jak gra, uznał ją za genialną pianistkę, ale teraz zrozumiał, że była kimś znacznie więcej.
Wyciągnął rękę. „August Ellery, ale możesz mi mówić Augie”. Przeczytał imię na jej marynarce. „Amelia. To bardzo ładne imię”.
„Dziękuję”.
„To piękny mały fortepian, a ty z pewnością masz dar ożywiania go”, zauważył, obchodząc instrument i siadając obok stojącej Amelii, po czym gestem zaprosił ją, by do niego dołączyła.
Zgodziła się i usiadła, ale jej oczy pozostały skupione na Ebony. „Ona jest czymś więcej. Za każdym razem, gdy na niej gram, czuję, jakby toczyła się między nami rozmowa pełna czystej poezji. To prawdziwa bratnia dusza”.
August był coraz bardziej zaintrygowany młodą damą, podczas gdy ona stawała się coraz bardziej zdenerwowana perspektywą utraty swojego ukochanego akustycznego przyjaciela.
Zaczął grać utwór Bacha, mając nadzieję, że się do niego dołączy. I dołączyła.
Amelia żyła w błogiej nieświadomości, że właśnie przechodzi przesłuchanie – taki z niego był spryciarz. Ale jako że jej talent był widoczny od chwili, gdy tylko wszedł, wiedział, że nie może pozwolić jej wymknąć się z rąk.
Miał smykałkę do wyszukiwania talentów, ale jeszcze nigdy nie był tak szybko pewien tak wyjątkowego daru.
Wciąż grali razem, kiedy Marina weszła do pokoju i dołączyła do nich przy pianinie, po czym się przedstawiła.
August przedstawił się jej, ale zupełnie nie musiał tego robić.
Marina doskonale wiedziała, kim on jest. „To zaszczyt”, wyznała. „Jestem pewna, że Amelia już pytała, ale czy możemy dzisiaj w czymś pomóc?”
„Tak, chcę kupić to pianino”.
Amelia przestała grać i spojrzała na Marinę, która przechwyciła jej spojrzenie, ale nie potrafiła spojrzeć jej prosto w oczy.
Amelia była uroczą dziewczyną z odrobiną charakteru, który czynił ją interesującą. Jej naturalny talent muzyczny był niezrównany i to, w połączeniu z urodą oraz enigmatycznym urokiem, prawdziwie przyciągało klientów do sklepu.
Marina kochała ją jak córkę i z czystej życzliwości za wszelką cenę starała się zatrzymać Ebony w sklepie jak najdłużej. Jednak sprzedaż to sprzedaż, a takiej dla Augusta Ellery'ego nikt przy zdrowych zmysłach by nie odrzucił.
„Oczywiście, panie Ellery”, zgodziła się Marina.
Amelia spuściła głowę.
„Czy jest pan pewien, że to ten, którego pan pragnie?” zapytała łagodnie Marina, podejmując ostatnią próbę wsparcia Amelii.
Spojrzał na Amelię, potem na fortepian i z powrotem na Marinę. „Nie mógłbym wybrać lepszego”, odpowiedział.
„Może przejdziemy do mojego biurka, gdzie będziemy mogli omówić szczegóły?” zaproponowała Marina, prowadząc Augusta z dala od fortepianu.
Spojrzał jeszcze raz w stronę Amelii. „Ona jest niesamowita, prawda?”
Marina nie była pewna, czy mówił o fortepianie, czy o jej młodej asystentce, ale odpowiedź była taka sama w obu przypadkach.
„Jest niesamowita”, przyznała, czując się przy tym trochę winna.
Amelia jej nie obwiniała; jeśli już kogoś obwiniała, to jego. Dlaczego potrzebował właśnie tego? Za kogo on się uważał?
Zaczęła grać. Jeśli to był ostatni raz, kiedy ona i Ebony mogły zagrać razem, nie zamierzała pozwolić, by fakt, że to on był teraz właścicielem, powstrzymał ją przed nacieszeniem się tym po raz ostatni.
August chętnie jej na to pozwolił, ciesząc się, że znów słyszy jej grę. Z zachwytem słuchał, jak grała, a wypełniając dokumenty, był pod wrażeniem każdej wydobytej przez nią nuty.
„Możesz na nim grać w mojej szkole, kiedy tylko zechcesz. Właściwie, bardzo bym się ucieszył, gdybyś to robiła”, powiedział.
„W pańskiej szkole?”
„Tak, w mojej szkole muzycznej”.
Amelia poczuła ulgę. Może wcale nie straci Ebony; jeśli oznaczało to granie na niej gdzieś indziej, zrobiłaby to. „Gdzie znajduje się ten instytut?”
„W Nowym Jorku”, wtrąciła Marina, zanim August zdążył odpowiedzieć. Marina wiedziała bardzo dużo o wielkim Auguście Ellerym, gdyż sama miała kiedyś muzyczne aspiracje.
Rosnąca ekscytacja Amelii szybko zamieniła się w rozczarowanie. Rozumiała, że mógł nie zdawać sobie sprawy z tego, jak bardzo kochała ten fortepian, ale wciąż uważała za okrutne proponowanie jej czegoś tak absurdalnego.
„To dla mnie trochę za daleko”, odpowiedziała uprzejmie, usilnie starając się ukryć swoją irytację jego brakiem empatii.
„Dobrze, to już załatwione”, oznajmił, podpisując ostatni formularz wysyłki międzynarodowej, po czym odwrócił się do Amelii. „Nie będzie, jeśli będziesz tam studentką”, dodał.
Nie mogła powstrzymać uczucia irytacji. Czy bawiło go dręczenie niewinnych młodych kobiet? Jaki miał problem? Oczywiście wiedział, że nie jest tam studentką!
„Więc jak mam cię tam ściągnąć?” zapytał. Wydawał się przy tym bardzo szczery.
„Słucham?”
„Żebyś dołączyła do instytutu. Chcę, żebyś uczyła się w mojej szkole”.
Amelia od zawsze wiedziała, że jeśli coś brzmi zbyt dobrze, by mogło być prawdziwe, to najprawdopodobniej nie jest. Nie mógł mówić poważnie. „Ja już chodzę do szkoły, dziękuję”.
„Ale nie do takiej jak moja, młoda damo”.
„To prawda”, przytaknęła Marina. „To jeden z pięciu najlepszych instytutów muzycznych na świecie! Samo uczęszczanie tam daje ci o dziewięćdziesiąt procent więcej szans na zdobycie wymarzonej pracy w przemyśle muzycznym”.
Brzmiała, jakby czytała z uczelnianej broszury. „Z twoim talentem mogłabyś zajść wszędzie, gdzie tylko zamarzysz, Amelio”, przekonywała Marina.
Miał Marinę po swojej stronie od chwili, gdy ta zorientowała się, kim jest, ale Amelia nie była przekonana.
„Mówi pan poważnie? Naprawdę mogłabym być uczennicą w pana szkole?”
Instytut muzyczny w Nowym Jorku? Nigdy wcześniej nie rozważała takiej perspektywy. Uwielbiała grać i była w tym genialna bez najmniejszego wysiłku, ale nigdy nie pozwalała swoim myślom poszybować poza prostotę, w której odnajdywała ukojenie dokładnie tu, gdzie była.
Uśmiechnął się, rozbawiony jej sceptycyzmem. „Zawsze jestem poważny, jeśli chodzi o muzykę. Masz dar, mała”.
„Zna mnie pan dopiero od dwudziestu minut”.
„Tyle mi wystarczy”. Był pewny siebie, niemalże arogancki.
„A czy nie musiałabym przejść przesłuchania?”
„Już zdałaś swoje przesłuchanie. Jesteś przyjęta, jeśli tylko chcesz”.
Perspektywa, że to dzieje się naprawdę, była odrobinę ekscytująca, ale potem uderzyła w nią rzeczywistość. Miała niewiele zaoszczędzonych pieniędzy i nie posiadała nawet paszportu.
Chociaż Amelia wiedziała, że to wspaniała okazja, zdawała sobie sprawę, że nie będzie w stanie sobie pozwolić na lot do Nowego Jorku, ani na opłacenie czegokolwiek po przyjeździe.
„Muszę wylecieć jutro, ale moja asystentka będzie z tobą w kontakcie. Jeśli zgodzisz się na wyjazd, ona wszystko zorganizuje”.
„Wszystko zorganizuje?”
„Tak, zarezerwuje loty i transfer do szkoły. Twoje zakwaterowanie również będzie gotowe przed twoim przyjazdem... I”, dodał, jakby czytał w jej myślach, „wszystkie koszty będą opłacone”.
„Wszystkie koszty opłacone?” Musiała się upewnić.
„Oczywiście. To pełne stypendium”.
Brakowało jej słów.
„Taka szansa zdarza się raz w życiu, mała. Raz w życiu. Cóż, muszę już iść. Dziękuję wam obu za poświęcony czas i mam nadzieję, że wkrótce się zobaczymy, Amelio”.
Kobiety patrzyły, jak wychodzi, po czym spojrzały na siebie odrobinę zdezorientowane.
„Co tu się właśnie wydarzyło?” zapytała Marina na głos.
„Sprzedałaś Ebony, to właśnie się wydarzyło”.
„Zapomnij o Ebony. Czy ty w ogóle słyszałaś resztę rozmowy? Udało ci się, dziewczyno!”
„Daj spokój, nie potrafię wziąć tego na poważnie. Takie rzeczy po prostu nie zdarzają się ludziom. Jakiś facet wchodzi do sklepu i ot tak oferuje mi darmową wycieczkę do Nowego Jorku i stypendium warte tysiące! To trochę dziwne, nie uważasz?”
„Może odrobinę”, przyznała Marina.
„Ale to się właśnie wydarzyło, Amelio, a gdyby to był ktoś inny niż ty — lub August Ellery, swoją drogą — byłabym bardzo sceptyczna. Od kiedy dziwność w ogóle ci przeszkadza?” zażartowała. „To dobre dziwne, Amelio. Najlepsze! To przeznaczenie”.
Amelia wzruszyła ramionami, gdyż nie wierzyła w przeznaczenie i nie widziała w swoim życiu zastosowania dla takich rzeczy.
„Skąd w ogóle mamy pewność, że ten facet jest uczciwy? Jest trochę zbyt gładki, nie sądzisz? Mogłabym tam pojechać i zostać sprzedana jako niewolnica seksualna”.
Marina się roześmiała.
„Mówię tylko, skąd mamy wiedzieć, że ten facet naprawdę jest tym, za kogo się podaje?”
„Ty naprawdę nie wiesz, kim jest August Ellery?” Marina westchnęła. „On jest gładki, to na pewno! Jest jednym z dyrektorów w zarządzie jednego z najbardziej znanych i ekskluzywnych instytutów muzycznych we wszechświecie!”
„Wow”.
Amelia uśmiechnęła się z rozbawieniem na pełne pasji wyolbrzymienie Mariny. Marina zazwyczaj była bardzo powściągliwa; Amelia nigdy wcześniej nie widziała jej tak ożywionej.
Marina pokazała jej jego profil zawodowy w internecie, z pozornie nieskończoną listą referencji jako dowodem jego autentyczności, na co Amelia pokiwała głową z akceptacją.
To był bez wątpienia on, a jego życiorys był, delikatnie mówiąc, imponujący.
„Więc on jest autentyczny, ale jak...”
Marina wtrąciła się, sfrustrowana niezdecydowaniem Amelii. „Słuchaj, jeśli August Ellery zaprasza cię do swojego instytutu, to dostałaś świętego Graala muzycznych karier. Przekroczyłaś złote... nie, platynowe bramy! Sam Mozart miałby problem, żeby się tam dostać! Każdy, kto marzy o karierze muzycznej wysokiego kalibru, robi wszystko, by go poznać!”
„Słuchaj, wiem, że próbujesz mnie tutaj przekonać, ale tylko mnie przerażasz”.
I Amelia była przerażona. Zbyt wiele spadło na nią do nagłego przetworzenia, a nie radziła sobie dobrze z podejmowaniem decyzji zmieniających życie.
Marina odwróciła się, z pozoru pokonana, ale postanowiła kontynuować swoje starania.
„Twój talent nie ma sobie równych i, nie zrozum mnie źle, musisz to w końcu zaakceptować, ale ten dar również cię izoluje. Jak ktoś tak utalentowany może zadowolić się przesiadywaniem cały dzień w sklepie z pianinami i otrzymywać przeciętne lekcje od ludzi, którzy mają zaledwie ćwierć twojego talentu? Jesteś warta więcej. Nie chcesz czasem czegoś więcej?”
Wcześniej Amelia tak naprawdę nie chciała niczego więcej; nigdy nie pozwalała sobie na zastanawianie się, co to więcej mogłoby oznaczać.
Ale przemowa Mariny stawała się teraz dla niej dość przekonująca. Może jednak chciała czegoś więcej?
„To może być szansa na spotkanie ludzi, którzy żyją w twoim świecie, albo najbliżej niego, jak to tylko możliwe. To się już nigdy nie powtórzy, Amelio. Obiecuję ci to. Mnie to się nigdy nie przytrafiło”.
Marina nie powiedziała nic więcej na ten temat. Zabrała się za porządkowanie dokumentów na biurku.
Zbliżał się czas zamknięcia, więc Amelia pomogła zamknąć sklep. Po raz pierwszy, odkąd ją poznała, Amelia zdała sobie sprawę, że Marina być może wcale nie była zadowolona. Była tylko kobietą z marzeniem, które nigdy nie stało się rzeczywistością.
Amelia spędziła całą noc, rozmyślając o wydarzeniach tamtego dnia. Słowa Mariny krążyły jej po głowie; im więcej o tym myślała, tym bardziej wydawało się to prawdopodobne, ale nie chciała dać się zbytnio przekonać.
Samo myślenie o tym sprawiało, że czuła się zmęczona.
W próbie zaśnięcia starała się wmówić sobie, że jeśli asystentka zadzwoni następnego dnia, to wtedy, i tylko wtedy, uwierzy, że to wszystko jest prawdziwe.
Postanowiła pozwolić, by jutro przyniosło, co ma przynieść, a dopiero potem zdecyduje, co o tym myśli.













































