
Jesteśmy niedźwiedziami
Autorzy
E. Adamson
Lektury
1,4M
Rozdziały
36
Przebudzenie
TAYLEE
Wiedziała, że jest sama, ale czuła, że ktoś jest gdzieś blisko.
Jeszcze zanim się obudziła, mogła to wyczuć. Kiedy otworzyła oczy, wiedziała, że miała rację.
Wierzchołki drzew ginęły w gęstej ciemności.
Uniosła głowę i poczuła ostry ból. Oddychała szybko i płytko, jakby próbowała wyciągnąć powietrze z samych głębin.
Szybkie spojrzenie w dół – choć tył głowy bolał ją okropnie – pokazało, że ma większe kłopoty, niż myślała.
Miała na sobie tylko bieliznę. Powinno być jej bardzo zimno. Ale jej skóra była w zbyt dziwnym stanie, żeby poczuć chłód.
Była pokryta krwią.
Próbowała sobie przypomnieć jakieś imię, miejsce, cokolwiek, co mogłoby jej powiedzieć, kim jest.
Nic.
Ale uciekała przed czymś. Czymś, co wciąż tam było. Czymś, co chciało ją zabić.
Gdyby tylko mogła sobie przypomnieć czym...
Zakaszlała. Pomyślała, że może wypluć krew. Nie wypluła i była z tego zadowolona.
Piekący ból w głowie trochę zelżał. Na tyle, by mogła wstać, powoli, chwiejąc się jak dziecko uczące się chodzić.
Nie sądziła, żeby mogła biec. Ale dźwięki, które zaczęła słyszeć, mówiły jej, że musi.
Wycie. Głośne zwierzęce krzyki.
Prawa stopa, lewa stopa, prawa stopa, lewa stopa. Dziwna wersja dziecięcej piosenki. Czegoś, co jej matka mogła jej śpiewać dawno temu.
Kim była jej matka?
Kim ona była?
Kolejne wycie, długie i głośne.
Wilki.
Prawa stopa, lewa stopa, szybciej, szybciej...
Taylee.
Miała na imię Taylee. Taylee Harris.
Prawa stopa...
Taylee Harris. Siedemnaście lat.
Lewa stopa...
Nie, osiemnaście. Skończyła osiemnaście lat trzydziestego pierwszego sierpnia, zaledwie trzy tygodnie temu.
Wycie.
Przyzwyczajenie się do nowego wieku zajmie trochę czasu. Ale teraz, między ucieczką przed śmiercią a przypominaniem sobie, kim jest, nie mogła myśleć o niczym innym.
Upadła i rozcięła sobie kolano o ostry kamień. Choć wiedziała, że nie powinna, krzyknęła z bólu.
Dźwięk przeszył noc, inny niż wycie. Cichy dźwięk. Ludzki dźwięk.
Nie lubiła krzyczeć. Ale robiła to często.
Nie mogła przestać bać się rzeczy.
Większości rzeczy, jeśli miała być szczera.
Czuła krew wokół kolana. Ale musiała iść dalej.
Teraz było jej zimno. Zaschła krew sprawiała, że jej ramiona i nogi czuły się dziwnie i nie mogła już powstrzymać wiatru. Szła tak szybko, jak mogła z bolącą nogą.
Czy wycie cichło? Czy jej uszy ją oszukiwały?
Może. Nie ufała swoim uszom. Właściwie ufała temu, co mówiło jej ciało, mniej niż kiedykolwiek wcześniej.
A miała dopiero osiemnaście lat.
Widziała artykuły w gazetach, nekrolog.
Pojawiły się w jej umyśle, bolące bardziej niż jakikolwiek ból głowy.
Jeśli nie przeżyje, jeśli umrze tutaj, jej rodzina nigdy się nie dowie...
Jej rodzina.
Ilu ich było?
Troje. Było ich troje.
Samo wspomnienie o nich sprawiło, że poczuła się mniej przestraszona.
Wyobrazić ich sobie wszystkich?
Nie, to było zbyt trudne dla jej bolącego mózgu. Po kolei, więc.
Ojciec. Nathaniel. Uwielbiał szachy. Śpiewał operę bardzo dobrze, nawet jeśli musiał wymyślać słowa, które brzmiały po włosku.
Ze wszystkich rzeczy do zapamiętania.
Matka. Gretchen. Zawsze pomagała Taylee z zadaniami z matematyki. Niedawno zaczęła uprawiać łucznictwo.
Jakieś przydatne wspomnienia? Czy to za wiele prosić?
Prawa stopa, lewa stopa – poruszała się teraz szybciej.
Może wystarczająco szybko, żeby przeżyć. Nie bez obrażeń, ale żywa.
Siostra. Charlotte. Jedenaście lat. Mądra jak na swój wiek. Te oczy. Wiedziała za dużo. Zbyt smutna.
Och, Charlotte. Tęsknię za tobą.
Jak mogła tęsknić za kimś, kogo dopiero zaczynała sobie przypominać?
Jej rodzina to sami wilkołaki.
Ale nigdy nie słyszała, żeby którekolwiek z nich wyło w ten sposób.
Biegnij dalej. Nie zatrzymuj się. Nie czekaj. Nawet przez sekundę.
Jeśli to przeżyje, będzie rozmawiać sama ze sobą do końca życia.
Ludzie pomyślą, że jest szalona.
Nikt jej nie zechce.
Nikt nawet nie spróbuje.
Nie że to miało znaczenie, dopóki nie mogła przemieniać się w wilka. Nigdy nie widziała siebie jako wilka. I miała dość czekania.
Jak mogła o tym myśleć teraz?
Trzask gałązek za nią.
Strach opanował jej ciało.
Odwróciła się szybko. Nic.
Jej oczy coraz lepiej radziły sobie z widzeniem w ciemności. Może jednak mogła im zaufać.
Trochę.
Mimo to nie znała tego lasu. Wciąż miała wiele do zobaczenia w swoim rodzinnym stanie – jakimkolwiek był ten stan...
Prawa, lewa, prawa, lewa, biegnij, biegnij, biegnij...
Mówiła sobie głosem matki. Jak dziecięca piosenka.
Prawa, lewa, prawa, lewa, biegnij, biegnij, biegnij. Prawa, lewa, prawa, lewa, aż skończysz.
Waszyngton.
To było to.
Olympia, Waszyngton.
Cóż, to nie była Olympia, Waszyngton.
Więc gdzie to było?
Żadnego wycia.
Żadnego wycia. Nasłuchiwała uważnie swoimi słabymi ludzkimi uszami. Nic.
Ból w kolanie zelżał, ale ból w głowie wracał.
Chciałaby wiedzieć, która jest godzina.
Gdyby znała godzinę, mogłaby obliczyć, ile czasu zostało do świtu.
Ale nie było gwiazd. Nie było księżyca. I nie było wycia.
Jedynymi dźwiękami były jej własne ruchy przez krzaki, jej własny ciężki oddech, jej własne głośne bicie serca.
Poza tym cisza.
Potem jej lewa stopa zahaczyła o bardzo grubą gałąź i przewróciła się przez nią.
Jej goleń uderzyła w gałąź, a w ciszy usłyszała głuchy dźwięk kości uderzającej o drewno.
Krzyknęła, zdradzając swoją pozycję.
Ale w tej ciszy, kto mógł jej jeszcze szukać?
Za wcześnie było tak myśleć.
Trzask. Głęboki trzask, blisko. Dźwięk liści pod ciężką stopą.
Prawie na pewno nie ludzką stopą.
Potem kolejny. Druga stopa.
Potem znowu.
I znowu.
I znowu.
Taylee była uwięziona. Goleń ją bolała, stopa uwięziona pod powaloną gałęzią. Powstrzymała przekleństwo.
Coś ją śledziło.
Coś się zbliżało.
Coś było teraz tutaj.
Próbowała się podnieść, ale jej ciało nie chciało się ruszyć. Była uwięziona. Nie mogła się poruszyć.
Jakby strach już jej nie sparaliżował.
Gdzie była jej wilcza forma, kiedy jej potrzebowała?
Trzask. Trzask. Trzask.
Teraz, wilku! Teraz!
Trzask. Trzask. Trzask. Trzask.
Walcz! Broń się!
Nawet spróbowała zamknąć oczy, mając nadzieję, że to się stanie.
Więcej trzasków.
Ale wciąż była człowiekiem.
Trzaski i pomruki. Szuranie. Dźwięk poruszającego się futra.
Ale to nie było wilcze futro. To stworzenie poruszało się inaczej niż wilk.
Było zbudowane inaczej.
Umysł Taylee pracował na najwyższych obrotach.
Czy to było prawdziwe zwierzę? Prawdziwe, nie zmieniające się stworzenie?
Czy tak miała umrzeć?
Warknięcie.
O kurczę.
Przerażona zdołała przetoczyć się na plecy, żeby nie dostać ziemi do ust.
I wtedy to zobaczyła.
Niedźwiedź.
Ogromny czarny niedźwiedź, większy niż cokolwiek, co kiedykolwiek widziała. Stał nad nią, na tylnych łapach, zasłaniając drzewa wokół.
Jej usta się otworzyły. Nie mogła krzyczeć. Ale nie mogła też zrobić nic innego.
Wszystko, co mogła zrobić, to patrzeć w jego oczy. Te lśniące złote oczy, które patrzyły prosto na nią.
Uczucie ją uderzyło – była prawie naga, była słaba, krew na jej skórze, która nie była jej. Czyja była, nie miała pojęcia.
Wszystkie te myśli przemknęły przez jej umysł, gdy patrzyła na niedźwiedzia. Jej myśli wirowały szybko.
Niedźwiedź, wciąż na tylnych łapach, zrobił kolejny krok w jej stronę. Taylee poczuła, jak się cofa.
I przygotowała się na koniec.














































