
Królewskie Dziedzictwo 1: Wschód Półksiężyca
Autorzy
Emily Goulden
Lektury
2,4M
Rozdziały
52
Rozdział 1.
JOSEPHINE
Te oczy.
Jasnoniebieskie oczy patrzą prosto w moje, jakby wzywały mnie, bym podeszła bliżej. Chciałam się ruszyć, podejść do tego mężczyzny, przytulić go i zostać tak na zawsze.
Ale nie mogłam się poruszyć. Nie mogłam nawet odwrócić wzroku, by zobaczyć, czy te oczy mają twarz lub ciało. Stałam jak wryta, pełna tęsknoty.
Tęsknoty za…
Nagle gwałtownie się obudziłam, z trudem łapałam oddech. Mrugnęłam kilka razy, by wyostrzyć wzrok.
Rozejrzałam się szybko i dopiero po chwili przypomniałam sobie, gdzie jestem: w moim pokoju hotelowym w Rhode Island.
Westchnęłam ciężko i przewróciłam się na łóżku, wcisnęłam twarz w poduszkę, by zdusić emocje. Nawet w ciemnym pokoju i miękkiej pościeli wciąż widziałam w myślach te jasne, niebieskie oczy.
Śniły mi się od lat. Za każdym razem widziałam tylko oczy, ani twarzy, ani ciała, a on nigdy się nie odzywał. Ale gdzieś w głębi duszy wiedziałam, że te oczy należą do mężczyzny, który jest mi przeznaczony.
Dlatego tu byłam, w małym miasteczku niedaleko miejsca, w którym dorastałam, tu, gdzie miałam nigdy nie wracać. On był tu gdzieś, a ja zamierzałam go znaleźć. Nic dziwnego, że dzisiejszy sen był jeszcze intensywniejszy niż zwykle.
Wstałam z łóżka i przeszłam przez pokój, zaklęłam pod nosem, gdy uderzyłam palcem o komodę. Przyjechałam późno wczoraj wieczorem po długiej podróży z Nowego Jorku i nie przyjrzałam się układowi pokoju przed zaśnięciem.
Szukałam włącznika światła i jęknęłam, gdy ostre światło zalało pomieszczenie. Potem spojrzałam na telefon – i pożałowałam, że to zrobiłam. Dwie wiadomości i nieodebrane połączenie od brata.
Jared
Josie? Co ty, kurwa, robisz z powrotem w Rhode Island?
Jared
No pięknie, ignorujesz mnie. Lepiej żebyś nie narażała się tam na niebezpieczeństwo. *Przyjadę* skopać ci tyłek, jeśli będę musiał.
Nie powiedziałam mu o moim planie przyjazdu tutaj. Ale najwyraźniej już się dowiedział. Zawsze wydawał się wiedzieć o mnie wszystko. To było irytujące jak diabli.
Odłożyłam telefon i podeszłam do walizki. Miałam dwie godziny do rozmowy kwalifikacyjnej w miejscowym szpitalu i powinnam się ładnie ubrać. Muszę przyznać, że czułam się aż nazbyt pewnie.
Do zeszłego tygodnia pracowałam jako lekarka w jednym z najlepszych prywatnych szpitali w Nowym Jorku. Miałam zostać najmłodszym kierownikiem oddziału w historii NYU. Teraz byłam tu i ubiegałam się o pracę na oddziale ratunkowym w małym miasteczku Little Compton.
Nie powinno mnie tu być. Poświęcałam naprawdę wiele – tylko po to, by odnaleźć parę hipnotyzujących niebieskich oczu.
Ale kryło się za tym znacznie więcej.
Założyłam obcisłe szare spodnie i ciemnoniebieską koszulę w drobne czerwone kwiatki.
Potem poszłam do łazienki umyć zęby i ogarnąć włosy, które były w strasznym nieładzie po nocy. Chyba dużo się wierciłam, kiedy śniłam o próbach zbliżenia się do tych oczu.
Przeczesałam moje rude loki i spryskałam je lakierem – może będą dziś dobrze wyglądać bez użycia lokówki. Zaczesałam grzywkę za uszy i przyjrzałam się sobie w lustrze.
Kiedy zmarszczyłam nos, piegi na moich policzkach zatańczyły, gdy uśmiechnęłam się do swojego odbicia. Zadowolona z wyglądu, zgasiłam światło w łazience i wróciłam do biurka po buty.
Założyłam eleganckie granatowe tenisówki i chwyciłam czerwoną kurtkę z oparcia krzesła przy biurku. Zamknęłam walizkę i upewniłam się, że mam wszystko, zanim wyszłam.
Na zewnątrz mężczyzna o brudnych, ciemnoblond włosach podjechał moim SUV-em przed wejście i otworzył mi drzwi. Uśmiechnęłam się uprzejmie i dałam mu napiwek.
Mężczyzna mocno chwycił mnie za rękę, zanim zdążyłam ją cofnąć, i pochylił się, by powąchać moją szyję. Zesztywniałam, wyrwałam rękę i odepchnęłam go, by zamknąć drzwi samochodu, a on stał na chodniku i gapił się na mnie.
Pewnie był zaskoczony siłą, z jaką go odepchnęłam, i szybkością, z jaką zdołałam się uwolnić. Zapewne myślał, że z łatwością podejdzie człowieka.
Całe szczęście, że wiedziałam, jak go wyprowadzić z błędu.
Pojechałam do kawiarni, którą pamiętałam, że lubiłam jako nastolatka, gdy mieszkałam w okolicy. Znajdowała się przecznicę od szpitala, więc zaparkowałam przy krawężniku. Gdy otworzyłam drzwi, mały dzwonek nad głową oznajmił moje przybycie.
Większość gości nawet się nie poruszyła, ale kilku posłało mi mroczne spojrzenia ze swoich nieludzko pięknych twarzy. Przewróciłam oczami i podeszłam do lady, narzekałam w duchu, że tutejsi są zdecydowanie bardziej osądzający, niż pamiętałam.
Z drugiej strony… ja też nie byłam już tą samą osobą, co kiedyś.
Zamówiłam latte waniliowe i stanęłam z boku, żeby poczekać na wywołanie mojego numeru. Z napojem w ręku wyszłam do jednego z małych, żelaznych stolików na zewnątrz.
Wzięłam łyk latte i spojrzałam na zegarek: godzina do rozmowy kwalifikacyjnej.
Zastanawiałam się, jak zabić czas, gdy coś przykuło moją uwagę. Odwróciłam głowę w stronę skrzyżowania przede mną. Lśniący czarny samochód skręcał w lewo na znaku stop, a ja nie mogłam oderwać od niego wzroku, kiedy przejeżdżał obok mojego stolika.
Oniemiała, wpatrywałam się, gdy jechał dalej ulicą.
Potrząsnęłam głową. A niech to.
Szybko odsunęłam krzesło od stolika, wyrzuciłam niedopite latte i wsiadłam do samochodu. Spędzę trochę czasu w szpitalu. Może pozwolą mi zacząć rozmowę wcześniej.
Wszystko było lepsze niż wpatrywanie się w przejeżdżające samochody jak pies czekający na powrót pana i zastanawianie się, czy za szybą któregoś z nich skrywają się te błękitne oczy, za którymi tak bardzo tęskniłam.
***
Drzwi do pokoju rozmów w szpitalu otworzyły się i wyszła kobieta z krótkimi, siwymi włosami. Jej brązowe oczy były ukryte za okularami w czerwonych oprawkach, a biały fartuch miała narzucony na czerwoną sukienkę. Uśmiechnęła się do mnie i wyciągnęła rękę.
„Dr Taylor, miło panią poznać! Jestem dr Sheila Grace, ordynator oddziału ratunkowego”, powiedziała i zaprowadziła mnie do pokoju.
Kiedy dr Grace odsunęła się na bok i wskazała mi miejsce, a ja wzięłam głęboki oddech i poczułam w powietrzu najbardziej niesamowity zapach. Prawie się przewróciłam, tak był intensywny.
Na szczęście dr Grace była odwrócona do mnie plecami i nie widziała mojego potknięcia, ale reszta osób na pewno tak. Wciągnęłam głęboko powietrze – cynamonowe bułeczki i przyprawy. Nigdy wcześniej nie czułam czegoś takiego, ale wiedziałam, co to musi oznaczać.
To chyba jakiś żart.
Spojrzałam na twarze osób przede mną. Trzy kobiety i trzech mężczyzn, dwóch z nich w białych fartuchach. Dr Grace przedstawiała ich po kolei, a ja w ogóle nie słuchałam. Z trudem zmusiłam się do skupienia uwagi.
„To jest dr Melinda Knox”, powiedziała dr Grace. „Jest jednym z lekarzy medycyny ratunkowej, z którymi będzie pani pracować. Pielęgniarka Kasey będzie jedną z pani najlepszych pomocnic – to nasza zbawczyni”.
Dr Grace zaśmiała się do dziewczyny w niebieskim stroju, która wyglądała na podobny wiek co ja. Potem kontynuowała: „Maxine jest w administracji, podobnie jak Jack. Dr Michael Robbins jest ordynatorem chirurgii”.
Odwróciła się w stronę ostatniego mężczyzny. „A na końcu mamy pana Augusta Hayesa. Jest jednym z najhojniejszych darczyńców szpitala”.
No pięknie. Wpadłam po uszy.
Pan August Hayes był źródłem zapachu cynamonowych bułeczek i jesiennych przypraw. Nawet gdyby nie ta intensywna mowa ciała i spojrzenie, które paliło jak ogień i przenikało mnie do kości, i tak natychmiast rozpoznałabym te elektrycznoniebieskie oczy.
To właśnie one od lat kradły mi sen.
Przełknęłam ciężko. Dlaczego akurat ja?
Skuliłam się ze skrępowania przed komisją, gdy dr Grace prowadziła mnie do krzesła. Spojrzała na mnie z niepokojem i wiedziałam, że muszę wziąć się w garść. Usiadłam i szybko skrzyżowałam nogi, jakby to mogło sprawić, że stanę się mniej widoczna.
Pielęgniarka Kasey uśmiechała się i patrzyła na mnie wzrokiem sugerującym, że dokładnie wie, co się dzieje.
Świetnie, kolejna. Ile osób w tym pokoju to w ogóle ludzie?
Westchnęłam przez lekko rozchylone usta tak, by nie wdychać więcej zapachu pana Augusta Hayesa. Musiałam się opanować.
Nie będę tą lekarką z Nowego Jorku, która weszła do szpitala w Little Compton i od razu zrobiła z siebie idiotkę i rzuciła się na nieznajomego. Przykleiłam uśmiech na twarz.
„Miło mi państwa poznać. Jestem dr Josephine Taylor”, powiedziałam. Mogłabym przysiąc, że pan Hayes niemal rozpłynął się na podłodze w tym momencie.
Przynajmniej nie tylko ja czułam silne połączenie między nami. Teraz musiałam tylko jakoś przetrwać tę rozmowę.












































