
Seria Stado Greystone Ridge: Warwick
Autorzy
Arri Stone
Lektury
529K
Rozdziały
28
Opowieść Naczelnika
Seria Greystone Ridge Pack:Warwick
WARWICK
Pot spływa mi po twarzy. Serce wali jak młot. Właśnie skończyłem osiemnaście lat i dziś dowiem się, czy los obdarzy mnie partnerem, czy czeka mnie coś zupełnie innego.
Stoję tu z innymi członkami dawnego stada. Ustawiamy się w szeregu, gdy stary szaman kładzie się na ziemi. Obok niego stoi Widzący, jedną dłoń trzymając na jego sercu, drugą uniesioną w górę.
Wokół gromadzi się tłum podekscytowanych gapiów. Dwoje z nas zostanie strażnikami.
Serca zebranych biją głośno w leśnej ciszy, gdy stają przed radą. Niektórzy uśmiechają się, wiedząc, że czeka ich normalne życie u boku partnera. Dwójka przyszłych strażników trzyma się za ręce, świadoma ciężaru swojego zadania.
– Warwick! – Ktoś woła moje imię.
Strach ściska mi gardło. Nie wiedzieliśmy, ilu z nas zostanie wybranych, a perspektywa samotności przeraża mnie. Strażnik potrafi osłabić nawet najpotężniejszego alfę. Wszyscy milczą w napięciu.
Podchodzę do szamana i Widzącego. Ciepła dłoń spoczywa na moim sercu, a oczy się zamykają. Czuję, jak energia z jej ręki przenika moje ciało.
Słyszę ciche dźwięki i ogarnia mnie spokój. Nagle czuję wstrząs w sercu i nie mogę złapać tchu. Moje ciało drży, jakby rozrywane na wszystkie strony. To znacznie silniejsze niż to, co spotkało innych.
Próbując się uspokoić, czuję, jak umierający szaman chwyta moją dłoń. Jego uścisk jest słaby, ale energia potężna. Wyczuwam jego ostatnie tchnienie, gdy odchodzi.
Zapada cisza, słychać tylko szum wiatru. Czuję gęsią skórkę, gdy jego dusza przenika przez moje ciało.
Widzący zabiera rękę i otwiera oczy. – Stało się – mówi cicho.
Troje z nas czeka teraz samotne życie, zawsze na krawędzi śmierci. Dołączam do pozostałej dwójki i kontynuujemy ceremonię. Wszyscy patrzą w milczeniu, gdy składamy przysięgę.
Smutek ściska mi serce na myśl, że nigdy nie poznam partnera ani miłości. Każde z nas dostaje obszar w społeczności wilkołaków do pilnowania. Cieszę się, że przypadły mi Czarne Góry. To ostatni raz, kiedy widzimy się w trójkę.
***
Od miesięcy wisiała nad nami groźba wojny, a teraz stała się rzeczywistością. Akasha rzucił do boju wszystkie swoje siły.
Leje jak z cebra, a ziemia jest rozmiękła po wczorajszej burzy. Idę sprawdzić konie, zaniepokojony głośnym hałasem, który usłyszałem w nocy.
Gęste chmury przepuszczają niewiele światła. Wiatr wyje, grzmoty dudnią, a w powietrzu unosi się zapach mokrej ziemi i deszczu. Jest zimno i wilgotno.
Widzę, że ogrodzenie wokół koni jest zniszczone, a dwa moje wierzchowce zniknęły.
Naprawa ogrodzenia to istna mordęga, bo błoto jest tak grząskie, że co chwila się ślizgam.
– Cholera – mruczę pod nosem, robiąc prowizoryczną naprawę. Nie jest idealna, ale na razie musi wystarczyć.
Moje buty toną w błocie, gdy idę sprawdzić pozostałe konie. Chowają się w schronieniu zrobionym z kamieni. Jest wystarczająco głębokie, by je ochronić, a ja dokładam im więcej siana.
– Trzymajcie się, kochani. Jestem pewien, że pozostałe po prostu się przestraszyły i wrócą, gdy to wszystko się skończy. – Głaszczę po szyi Juniper, martwiąc się o Blackhearta, mojego konia, który nikogo nie znosi.
Słyszę wycie. Wącham powietrze. Nadciąga coś złowrogiego. Jestem dobrze ukryty, a deszcz zamaskuje mój zapach. Postanawiam zostać z końmi, by je chronić w razie potrzeby.
Przez zasłonę deszczu dostrzegam watahę wilków - nie, całą armię - biegnącą przez moje ziemie, z ludźmi za nimi. Serce podchodzi mi do gardła. Alfa Hawk ostrzegał, że Akasha rzucił zaklęcie na niektórych ludzi.
Grzmot huczy, niektórzy podskakują. Błyskawica na moment rozjaśnia niebo. Dostrzegam kobietę z długimi, przemoczonymi włosami.
Obserwując ich, martwię się, że mogą się poranić. Mają na sobie niewiele ubrań, by chronić się przed deszczem. Zastanawiam się, co ich tu sprowadza.
Wyglądają na zdezorientowanych i zagubionych. Wtedy Akasha wyłania się z cieni. Próbuje, ale nie może wejść do mojego więzienia. Czuję ulgę, wiedząc o tym.
Strach ściska mi serce na myśl, co by się stało, gdyby spotkał Atenę, wilczą Widzącą, którą uwięziłem. Obserwuję ich, coraz bardziej zdenerwowany.
Grupa porusza się do przodu z determinacją. Słyszę ludzkie stopy i wilcze łapy grzęznące w błocie. Niektórzy wyglądają na zagubionych, ale inni wykonują rozkazy.
Czuję moją moc osłabiania alfy, ale ta zdolność oznacza, że muszę wyrzec się innych rzeczy.
Widok grupy poruszającej się razem ku nieznanemu celowi napawa mnie przerażeniem. Muszę powiadomić Alfę Blacka.
Ludzki krzyk przeszywa powietrze, i czuję przemożną chęć, by ją chronić. Mój wilk, zwykle milczący, zgadza się ze mną.
Próbuję wąchać powietrze, ale to trudne przez deszcz i przechodzące wilki. Czy niektóre wciąż tu są? Mogę stawić czoła kilku wilkom, ale zbyt wiele byłoby ponad moje siły.
Dostrzegam coś białego i... – Apricot. – Uśmiecham się, gdy przebiega obok domu. To znaczy, że Blackheart może być niedaleko.
Kobieta znów krzyczy, a grzmot potężnieje. Wybiegam pospiesznie, przeklinając błoto pod stopami.
Apricot jest przerażona i staje dęba, gdy błyska. Mój długi szary płaszcz chroni mnie przed deszczem. Otwieram bramę i wołam Apricot. Słyszy mnie mimo ulewy. Odwraca się do mnie i wbiega na pole.
Widzący, uwięziony w mokrym, ciemnym lochu, wyje przeraźliwie. Jej krzyki odbijają się echem od ścian. Czuję jej słowa wewnątrz siebie, wywołując dziwne uczucie.
– Jedna szansa. Bogowie dali ci jedną szansę. – Powtarza to od dni i wchodzi mi to do głowy.
Słyszę czyjś płacz i przestraszony odgłos konia. Nie wiem, co robić. Czy powinienem ostrzec Blacka, czy podążyć za głosem przeznaczenia?










































