
Przeznaczeni Prequel: Serce Losu
Autorzy
Lektury
354K
Rozdziały
30
Wracając do domu
Prequel
THERESA
Samochód podskakiwał na żwirowej drodze. Gałęzie drzew wyciągały się, jakby chciały uderzyć w auto. Mijały je o zaledwie kilka centymetrów. Theresa prawie tego nie zauważała.
Jej oczy były utkwione w przedniej szybie, gdy chłonęła widok znajomego lasu. Serce trzepotało jej w piersi jak dzikie zwierzę. Prawie żałowała, że nie skorzystała z oferty taty, by ją odwieźć, bo wyraźnie nie doceniła tego, jak bardzo tęskniła za tym miejscem.
Dom.
Minęły dwa długie lata, odkąd stąd wyjechała, wymykając się pod osłoną żałoby. Szukała schronienia w watasze BlackFlare, próbując odnaleźć nową normalność po tym, jak przez lata patrzyła, jak matka walczy z chorobą, aż ta odebrała jej życie.
Theresa nigdy jednak nie chciała wyjechać na zawsze. Zawsze planowała wrócić po skończeniu szkoły.
Teraz, jadąc tymi znanymi, nierównymi drogami, czuła, że po raz pierwszy od lat oddycha lżej. Minęła chatę i zobaczyła znajome twarze wychylające się z ciekawością na widok obcego auta.
Kiedy tylko zobaczyli jej twarz, zaczęli się uśmiechać i machać. Blisko drogi stała duża grupa ludzi, a jedna osoba odłączyła się od nich i podbiegła do samochodu.
Theresa zwolniła do minimum i opuściła szybę, a Gregory biegł tuż obok niej. Byli w podobnym wieku i trenowali razem, dopóki nie wyjechała.
„Theresa.” Uśmiechnął się, sięgając przez okno, by musnąć kostkami dłoni jej policzek — czuły gest watahy na powitanie. „Wróciłaś? Powiedz, że wróciłaś.”
To brzmiało niemal jak rozkaz. Jej wilk poczuł przez to irytację. Była jednak zbyt szczęśliwa, by popsuło jej to nastrój.
„Wróciłam”, potwierdziła z szerokim uśmiechem. On wydał z siebie głośny okrzyk radości, a zaraz potem za nimi rozległy się głośne wiwaty.
„Idź zobaczyć się z tatą”, powiedział. „Ale znajdź nas później. Pobiegamy!”
Obiecała, że tak zrobi. Gregory zwolnił i zawrócił do grupy. Kiedy do nich dotarł, pomachali jej po raz ostatni i zniknęli wśród drzew.
Boże, jak ona tęskniła za SilverRiver. Członkowie BlackFlare byli dla niej bardzo mili, ale to nie była jej wataha.
Nie żałowała jednak, że wtedy wyjechała. Jej ojciec przeżył śmierć swojej prawdziwej partnerki, ale był złamanym człowiekiem, cieniem dawnego siebie.
Timothy Pickett ledwo potrafił zadbać o siebie, a co dopiero o szesnastoletnią córkę. Razem z alfą uznali, że najlepiej będzie, jeśli Theresa skończy szkołę z dala od domu — od miejsca, w którym patrzyli, jak jej matka powoli gaśnie, nie mogąc nic zrobić, żeby ją uratować.
Theresa dojechała do rozwidlenia i skręciła w lewo, kierując się w stronę rodzinnej chaty. Próbowała namówić ojca na przeprowadzkę, ale on nie chciał opuścić domu, który stworzył ze swoją partnerką.
Nawet jeśli wszystkie wspomnienia nasączone w drewnianych ścianach były pełne gorzko-słodkiego, nieuniknionego bólu. Sama nie była jeszcze bliska znalezienia prawdziwej ani wybranej miłości, ale wiedziała, że zmiennokształtni nie zapominają tak po prostu o śmierci partnera — zwłaszcza tego prawdziwego.
Metafizyczna więź była tak głęboka, że wiązała ich dusze, zlewając dwie istoty w niemal jedno. Połączenia nie dało się zerwać bez straszliwych konsekwencji, dlatego rzadko zdarzało się, by ktoś przeżył odejście swojej prawdziwej miłości.
Wiedziała, dlaczego jej ojciec wciąż żył. Ostatnim życzeniem jej matki było to, aby nie zostawiał Theresy samej na świecie. Zawsze będzie wdzięczna za te dodatkowe lata z tatą, nawet jeśli mieszkali osobno.
Wiedziała jednak, że jemu było bardzo ciężko. Dlatego tak zależało jej na szybkim powrocie do domu po zakończeniu szkoły.
Ale nawet po jej powrocie wiedziała, że jest duża szansa, iż ojciec zdecyduje się odejść na wędrówkę albo po prostu… zgasnąć. Szczerze mówiąc, nie potrafiła wyobrazić sobie, że można kogoś aż tak bardzo potrzebować. Nie raz miała nadzieję, że może znajdzie kogoś innego.
Nie miałby serca, by wiązać się z kimś na nowo, ale nawet znalezienie kogoś, kto dałby mu towarzystwo, mogłoby wystarczyć, żeby go tu zatrzymać. Cokolwiek, co odciągnęłoby go od pogrążania się w żałobie i tęsknocie za drugą połówką.
Ominęła samochodem wielką jodłę i uśmiechnęła się na widok drewnianej chaty, w której się urodziła. Przed schodami stała kolejna znajoma osoba. Wyłączyła silnik i niemal wyskoczyła z auta.
„A niech mnie!” zawołał z szerokim uśmiechem Phillip, rozkładając szeroko ramiona. „Jak dobrze cię widzieć!”
Zaśmiała się i rzuciła w jego stronę, wpadając prosto w ramiona przyszłego alfy. „O mój Boże!” krzyknęła. „Znowu urosłeś? Czy znowu bierzesz te ludzkie witaminy na wzrost?”
Zamarł w jej objęciach, a z jego gardła wyrwał się cichy warkot. „Co masz na myśli, mówiąc znowu?”
„Och, nieważne!” powiedziała lekko, głośno całując go w policzek. Odsunęła się i z przesadą rozejrzała dookoła. „Gdzie jest Marie? Czy ona tu jest?”
„Lepiej, żebyś nie mówiła o tamtych koktajlach.” Najwyraźniej nie zamierzał odpuścić tego tematu. Powstrzymała lekki uśmiech. „Mówiłaś mi, że dodajesz do nich po prostu białko.”
„Phil.” Pstryknęła palcami przed jego twarzą. „Marie. Gdzie jest moja Marie?”
„Chyba masz na myśli moją Marie.” Skrzywił się, wyglądając na urażonego. „Kłamałem. Wcale za tobą nie tęskniłem. Wracaj tam, skąd przyjechałaś.”
Theresa nie zmieniła wyrazu twarzy. Patrzyła na niego i czekała. W końcu Phillip ciężko westchnął. „Marie chciała tu być, ale dzisiaj pracuje w żłobku.”
Na jego ustach pojawił się krzywy uśmiech. „Mamy teraz mnóstwo małych dzieci. Ciągle potrzebują tam dodatkowej pomocy.”
„Idealnie.” Theresa uśmiechnęła się. Czuła się spokojniejsza niż od dłuższego czasu. „Już wiem, gdzie najpierw zgłoszę się do pracy.”
„Rollins powiedział, że spotka się z tobą jutro rano”, poinformował ją Phillip, wymieniając imię ich alfy. Wyciągnął rękę i delikatnie ujął jej twarz. „Brakowało nam ciebie, Resa.”
Wskazał brodą na chatę za sobą. „Wszystkim nam.”
Jej uśmiech złagodniał i zniknął. „Czy on tu jest?”
„Tak.”
Przełknęła ślinę z trudem, patrząc na swój dawny dom. Starała się nie myśleć za dużo o wejściu przez te drzwi ani o pierwszych chwilach z ojcem. Przez pierwszy rok u BlackFlare odwiedzał ją co miesiąc, ale w drugim roku prawie wcale go nie widywała.
Ostatni raz widzieli się aż sześć miesięcy temu. Ich rozmowy wideo były bardzo rzadkie. Nie wiedziała do końca, czego może się spodziewać.
Spojrzała na przyjaciela. Miał zmartwioną twarz, gdy patrzył na chatę.
„Czy z nim bardzo źle?” zapytała niepewnie.
Phillip spojrzał w dół i zmarszczył brwi, myśląc nad jej pytaniem. „Czuje się mniej więcej tak, jak myślisz.”
Ich przyjaźń zawsze opierała się na wielkiej szczerości. Jego słowa mocno ją zabolały. Mimo to cieszyła się, że nic się nie zmieniło przez ten czas.
„Resa, wiesz, że po utracie Caroline nigdy nie będzie z nim do końca dobrze.”
„Wiem”, powiedziała z cichym westchnieniem, opierając się o niego. „Po prostu bardzo za nią tęsknię. Czuję też, jakbym straciła ojca w tym samym czasie co mamę.”
Jej oczy zaszły łzami. To uczucie towarzyszyło jej od dwóch lat na samą myśl o matce. Zawsze, gdy myślała, że ból wreszcie maleje, myliła się.
„Myślisz, że...?” przerwała, nie mogąc zmusić się do dokończenia pytania. Ale Phillip spojrzał na nią ze zrozumieniem.
„Jest duża szansa, że zacznie samotnie wędrować, skoro już wróciłaś.” Wzruszył jednym ramieniem. „Ale znalazł też przyjaciela.”
„Przyjaciela?” powtórzyła.
„Właściwie to go nie znasz”, zamyślił się Phillip. „Chyba półtora roku temu przeniósł się do SilverRiver. Rollins mianował go porucznikiem tydzień temu, po tym jak Keith przeniósł się do FuryClaw, żeby on i Florence mogli być bliżej rodziny i wnucząt.”
„On — to znaczy kto?” zapytała Theresa z niecierpliwością. Nie wiedziała, co myśleć o tym, że ojciec znalazł przyjaciela, a nikt nawet jej o tym nie wspomniał. Wiedziała, że ojciec jest dorosły i potrafi o siebie zadbać, ale jej instynkt opiekuńczy natychmiast się odezwał, okraszony zazdrością, do której nie miała żadnego prawa.
„David Lyttelton”, odpowiedział Phillip, rozbawiony jej złością. „To dobry człowiek, Resa. Zabiera Tima na wspólne bieganie albo zaprasza na pokera. Czasami po prostu tu przychodzi i słucha, nawet jeśli twój tata mówi tylko o Caroline.”
Fala poczucia własnej niewystarczalności dołączyła do lawiny emocji w jej piersi. To wszystko powinna była robić ona. Zamiast tego uciekła, nawet jeśli ojciec praktycznie sam wypchnął ją za drzwi. Nie chciał, żeby tkwiła przygrzebana pod ciężarem jego żałoby, radząc sobie jednocześnie z własną.
„To chyba dobrze”, mruknęła, próbując ukryć swoje emocje. Ale Phillip widział ją na wylot. Objął ją ramieniem i mocno przyciągnął do siebie.
„Nic nie jest lepsze niż twój powrót do domu, Resa.”
Zanim zdążyła odpowiedzieć, drzwi do chaty gwałtownie się otworzyły. Jej ojciec wyszedł pewnym krokiem na zewnątrz, zasłaniając oczy ręką przed słońcem. Bardzo schudł od czasu ich ostatniego spotkania. Ubrania wisiały na jego ciele, a policzki były mocno zapadnięte.
„Czy to moja córeczka? Stoi tu i gada z jakimś chłopakiem, zamiast przywitać się z ojcem?”
„Tatusiu”, szepnęła, odpychając Phillipa i nie zwracając uwagi na jego stłumiony śmiech. Ruszyła z miejsca, wbiegając po drewnianych schodach, by rzucić się ojcu na szyję. Uczepiła się go mocno, gdy zachwiał się o krok do tyłu, zaskoczony siłą jej powitania. Wzięła głęboki wdech, wchłaniając jego znajomy zapach, a on objął ją ramionami tak mocno, że aż zabolały ją żebra.
„Och, moja dziewczynko” mruknął w jej włosy. „Tak się cieszę, że jesteś w domu.”
Pociągnęła nosem i otarła go o jego ramię. „Tęskniłam za tobą, tatusiu.”
Odsunął ją delikatnie, trzymając dłonie na jej ramionach. W jego oczach pojawiły się łzy. „Daj mi na siebie spojrzeć!” Uśmiechnął się. „Dorosłaś, kiedy cię tu nie było, Tessy.” W jego oczach widać było poczucie winy, ale nie pozwolił, by zepsuło to jego radość. „Wyglądasz zupełnie jak twoja mama.”
Theresa wzięła gwałtowny oddech. Ból w jej sercu był prawie nie do zniesienia. Patrzyła, jak po jego policzku spływa jedna łza. „Byłaby z ciebie bardzo dumna.”
„Tatusiu”, zaprotestowała cicho, a jej oczy też piekły od łez. Ale nie pozwoliła im spłynąć i mocno zacisnęła powieki. „Przestań. To jest szczęśliwa chwila! Żadnych smutków.”
„Masz rację” zgodził się, obejmując ją ramieniem i prowadząc do wnętrza chaty. Spojrzał przez ramię i krzyknął do Phillipa: „Bierz się do roboty, chłopcze! Weź jej torby!”
Theresa spojrzała do tyłu. Zobaczyła, jak Phillip wpatruje się w nich z otwartą buzią. Szybko stłumiła chichot. Phillip mruknął coś pod nosem. Potem odwrócił się i poszedł do tyłu jej samochodu.
Theresa spojrzała na ojca z miną pełną nagany. „Tatusiu, on niedługo zostanie twoim alfą.”
Jej ojciec wzruszył ramionami. Wcale nie wyglądał na skruszonego. Przypominał teraz ojca, którego znała z dzieciństwa, zanim zmarła matka. Theresa znów poczuła wzruszenie. „Chłopak musi sobie zapracować na szacunek, zanim uznam go za prawdziwego alfę.”
Poprowadził ją do salonu i prawie siłą posadził na kanapie, którą wybrał razem z mamą, gdy Theresa miała sześć lat — po tym jak poprzednią rozszarpała pazurami.
„Zrobiłem kawę.” Obrócił się na pięcie i ruszył w stronę kuchni. W połowie drogi jednak się zatrzymał. Spojrzał na Theresę, pokazał na nią palcem i powiedział surowo. „Nie ruszaj się.”
Uśmiechnęła się i z przesadą usadowiła się na kanapie, żeby pokazać, jak jej wygodnie. „Nawet nie drgnę.”
Ojciec skinął głową i zniknął. To dało jej czas na rozejrzenie się po pokoju. Wyglądał, jakby zatrzymał się w czasie. Jedno zdjęcie przyciągnęło jej uwagę. Zanim się zorientowała, wstała i przeszła przez pokój. Wzięła do rąk delikatną, białą drewnianą ramkę i spojrzała na zdjęcie.
Uśmiechała się do niej jej matka. Jej oczy błyszczały radością. Matka mocno obejmowała młodszą Theresę, która miała około trzynastu lat. To było tuż przed tym, jak Caroline dowiedziała się o chorobie. I trzy lata przed tym, jak od nich odeszła.
„Cześć, mamo”, szepnęła Theresa, głaszcząc palcem jej policzek na zdjęciu. „Przepraszam, że tak długo mnie nie było. Ale teraz jestem już w domu.”
„Tak, jesteś”, zgodził się jej tata, wchodząc do pokoju z metalową tacą pełną wszystkiego, co potrzebne do gorących napojów. „I nie pozwolę ci znowu wyjechać — bądź tego pewna, Tessy.”
Theresa odstawiła ramkę ze zdjęciem na jej miejsce na środku kominka.
Posłała zdjęciu ostatni, smutny uśmiech. Wiedziała, że teraz nie muszą się już martwić o jej wyjazd.














































