
Same złe znaki
Autorzy
Rowan Cody
Lektury
303K
Rozdziały
61
Riley
RILEY
Dziesięć lat minęło w mgnieniu oka.
Rozwód mnie zaskoczył. Myślałam, że jesteśmy szczęśliwi.
Myliłam się.
Collin nawet nie próbował być delikatny. Stałam przy kuchence, mieszając makaron, kiedy wszedł do kuchni i oświadczył, że chce rozwodu. Prosto z mostu.
Potem przyszło najgorsze – oświadczył, że spotyka się z inną kobietą od ponad roku. I w dodatku była w ciąży.
Chyba dała mu to, czego ja nigdy nie mogłam. Dziecko.
Kiedyś powtarzał mi, że to, że nie mogę zajść w ciążę, nie ma dla niego znaczenia. Mówił, że nasze psy to nasze dzieci i wierzyłam mu.
Kiedy lekarze zasugerowali nam kurację leczenia niepłodności, byłam podekscytowana i pełna nadziei. Ale Collin powiedział nie. Jeśli mamy zostać rodzicami, to stanie się to w sposób naturalny, powiedział. Kurczowo trzymałam się tej myśli.
Teraz cieszę się, że nigdy nie mieliśmy dzieci. Rozwód byłby jeszcze trudniejszy.
Chciał odebrać mi wszystko – dom, samochody, a nawet psy. Patrzył na mnie, jakbym to ja go skrzywdziła.
Przez jakiś czas próbowałam z nim walczyć. Ale w końcu się poddałam, bo dalsza walka nie miała sensu.
Kiedy zgodził się, bym zatrzymała psy i mój samochód, odpuściłam sprawę domu. I tak nie czułam się w nim jak u siebie.
Moje przyjaciółki były wściekłe. Chciały, żebym z nim walczyła, żebym zabrała mu wszystko. Ale to nie byłabym ja.
Prawda była taka, że nie wiedziałam już nawet, kim jestem.
Przez dziesięć lat funkcjonowałam jako żona Collina, uśmiechałam się we właściwych momentach, byłam miła dla jego klientów, grałam swoją rolę.
Nie będzie mi tego brakowało. Ani sekundy.
Teraz, kiedy przejrzałam na oczy, dostrzegłam, jaki był fałszywy. Jacy oni wszyscy byli fałszywi.
Moja siostra przyleciała, żeby pomóc mi znaleźć nowe mieszkanie.
Dobrze zarabiałam jako dziennikarka freelancerka – wystarczająco, by móc pracować z domu i cieszyć się elastycznym grafikiem. Ta wolność nagle stała się moją nową nadzieją.
Udało nam się znalaleźć wygodny bliźniak z dużym podwórkiem, idealny dla psów, żeby mogły tam biegać i zapomnieć, choć na chwilę, że ich świat też stanął na głowie.
Zanim wyjechała, siostra kazała mi obiecać, że urządzę ładnie mieszkanie – i naprawdę włożę w to wysiłek – i przyślę jej zdjęcia. Obiecałam jej to.
Skłamałam. Mieszkałam w bliźniaku już ponad tydzień i nie rozpakowałam ani jednego pudła. Po co?
Wszyscy myśleli, że się poddałam. Szczerze? Zaczynałam myśleć, że mają rację.
Stwórz nowy dom, a reszta się ułoży. Tak doradziła mi siostra.
Posłuchałam jej rady… w pewnym sensie. Zapisałam dziesiątki fajnych pomysłów na wystrój mieszkania na Pintereście. Ale na tym się skończyło.
Po prostu zapisywałam zdjęcia, udając, że to wystarczy.
Moje psy patrzyły na mnie z nadzieją w oczach. Dawno minęła pora, żeby je wypuścić.
„Chodźcie, Luna. Chodź, Shadow. Idziemy na dwór”.
W chwili gdy usłyszały swoje imiona, ich ciała podskoczyły z podekscytowania. Otworzyłam szklane drzwi tarasu i wyszłam na małe patio, siadając na krześle, podczas gdy one biegały po podwórku.
Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do siostry. Odebrała po trzecim sygnale, a jej syn płakał głośno w tle.
Uśmiechnęłam się.
„Co zrobiłaś mojemu siostrzeńcowi?”
Hollie prychnęła.
„Jest wściekły, bo nie pozwoliłam mu rysować po ścianach”.
Roześmiałam się.
„Wiesz, jak stłamsić dziecięce marzenia”.
„To przyjedź i go zabierz” powiedziała, próbując uciszyć płacz w tle.
„Chciałabym mieszkać bliżej was” przyznałam.
Mąż Hollie był w wojsku i stacjonował na drugim końcu kraju.
„Ja też, Riley” powiedziała łagodnie. „Jak tam twoje nowe lokum? Proszę, powiedz mi, że urządziłaś choć jeden pokój”.
Nie odpowiedziałam.
Westchnęła.
„Riley… jeden pokój. Jakikolwiek pokój. Zacznij od sypialni albo chociaż od salonu. Obiecuję, że poczujesz się lepiej. Nigdy nie poczujesz się lepiej, jeśli twój dom będzie w takim stanie”.
„Wiem. Ale za to zaczęłam trochę pisać”.
Nastąpiła pauza.
„Riley, nie możesz zakopywać się w pracy”.
Spuściłam wzrok, mrugając, żeby powstrzymać pieczenie oczu.
„Nie wiem już, kim jestem, Hollie. Nic mnie nie uszczęśliwia. Po prostu… czuję pustkę”.
„Jesteś Riley Fitts. Oto, kim jesteś”. Zrobiła pauzę, po czym dodała: „Czekaj – zmieniłaś nazwisko z powrotem na własne, prawda?”
„Tak, mamo, zmieniłam”.
„A skoro mowa o naszej matce” mruknęłam „uważa, że powinnam brać leki na depresję”.
Hollie jęknęła.
„Nie, nie powinnaś. Nie słuchaj jej rad. Potrzebujesz nowego hobby”.
„No nie wiem” zaczęłam.
„Kiedy wyjeżdżałam, zauważyłam na rogu sklep blisko ciebie. Wyglądał jak jeden z tych hipisowskich butików. Powinnaś tam zajrzeć”.
„Może” powiedziałam, choć obie wiedziałyśmy, że raczej tego nie zrobię.
W tle mój siostrzeniec znowu zaczął płakać, tym razem głośniej. Uśmiechnęłam się lekko.
„Wygląda na to, że obowiązek wzywa. Pójdę zajrzeć do tego sklepu, zobaczę, co tam mają”.
„Obiecaj mi”.
„Obiecuję” powiedziałam, choć brzmiało to jak kłamstwo. „Zadzwoń do mnie później, dobrze?”
„Kocham cię, Riley”.
Uśmiechnęłam się.
„Ja ciebie też. Siostry trzymają się razem, prawda?”
„Zawsze”.
Kiedy się rozłączyłam, otarłam łzy z policzków.
Brakowało mi Hollie. Zawsze byłyśmy blisko, siostry – bliźniaczki.
Nie mogłam przed nią niczego ukryć. Zawsze wiedziała, gdy kłamałam. Czuła to.
Luna podeszła i usiadła u moich stóp, a jej oczy były pełne cichego zrozumienia. Pochyliłam się, głaszcząc ją po głowie.
Wiedziałam, że Hollie ma rację.
Wstałam, podeszłam do przesuwnych szklanych drzwi i otworzyłam je. Luna i Shadow wbiegły za mną do pokoju.
Została mi jeszcze godzina światła dziennego. Wzięłam klucze i postanowiłam pójść do sklepu, o którym wspomniała Hollie.
Kto wie? Może odrobina inspiracji to dokładnie to, czego potrzebowałam.
Mój bliźniak naprawdę był w świetnej lokalizacji. Gdybym kiedykolwiek znalazła na to energię, mogłabym stąd dojść pieszo prawie wszędzie.
Zawsze kochałam kryształy, odkąd byłam dzieckiem.
Nie zaszkodzi popatrzeć. To lepsze niż gapienie się na kartony walające się w każdym kącie mojego nowego domu.
Sklep stał na rogu, a jego okna były na wpół zakryte koronkowymi zasłonami i wyblakłymi łapaczami snów.
W chwili gdy otworzyłam drzwi butiku, uderzyła mnie woń kadzidła. Nie potrafiłam nazwać tego zapachu, ale nie był nieprzyjemny.
„Witamy po Ciemnej stronie księżyca” zawołał damski głos.
Kobieta wyszła zza wystawy ze świecami i kołyszącymi się wahadełkami.
„Czy mogę w czymś pomóc?” zapytała.
Uśmiechnęłam się lekko.
„Jestem nowa w tej okolicy. Po prostu pomyślałam, że wpadnę i zobaczę, co tu macie”.
Kobieta uśmiechnęła się ciepło.
„Rozejrzyj się swobodnie. Jeśli będziesz czegoś potrzebować, daj mi znać”.
Skinęłam głową i skierowałam się w stronę kryształów, nie mogąc się oprzeć ich przyciąganiu.
Przyjście tutaj mogło być błędem. Sklep pękał w szwach. Wieże z ametystu, klastry dymnego kwarcu, kule z obsydianu – mieli tu każdy kamień półszlachetny, jaki mogłam nazwać, i mnóstwo takich, których nie znałam.
Próbowałam wybrać coś, co mogłoby ładnie wyglądać na mojej półce z książkami, ale oczami wciąż wracałam do tego samego stosu kamieni.
„Kamienie, których potrzebujesz, będą cię wołać” powiedziała kobieta cicho. „Musisz tylko wsłuchać się w ich głos”.
Spojrzałam na nią, a potem z powrotem na lśniące bryły.
„Wszystkie mi się podobają” przyznałam, trochę zawstydzona swoją pazernością.
„Ale które cię wołają? Weź je do ręki. Poczuj je. Pozwól im przemówić”.
Na początku czułam się trochę głupio, stojąc tam i biorąc kamienie do ręki jeden za drugim, jakbym czekała na znak.
Ale kiedy moje palce zacisnęły się wokół małego kawałka labradorytu o niebieskim blasku, który migotał jakby uwięziono w nim błyskawice, zatrzymałam się.
Nie potrafiłam tego wyjaśnić, ale coś w nim wydawało się… właściwe.
Wzięłam mały wiklinowy koszyk spod lady i zaczęłam wybierać kilka kolejnych kamieni, pozwalając prowadzić się instynktowi.
Dopiero kiedy zauważyłam odręcznie napisane karteczki pod każdym z nich, zdałam sobie sprawę, że wszystkie mają konkretne właściwości. Ochrona. Prawda. Transformacja.
Odwracając się, rozejrzałam się po sklepie za kobietą.
„Macie też książki o kryształach?” zapytałam.
Skinęła głową i zaprowadziła mnie do małej drewnianej półki schowanej w rogu.
„Ta jest świetna na początek” powiedziała, podając mi jedną z książek. „Właściwie sama mam ten egzemplarz”.
Wzięłam ją od niej, przewracając strony.
Ale kiedy spojrzałam jej przez ramię, moje oczy padły na książkę w głęboko fioletowej okładce ze srebrnymi literami. Było w niej coś, co mnie przyciągnęło.
„Co to jest Wicca?” zapytałam, sięgając po książkę. „To jakieś czary?”
Kobieta uśmiechnęła się.
„Jeśli szukasz podręcznikowej odpowiedzi, Wicca to współczesna, czcząca naturę religia pogańska. Ścieżka duchowa oparta na cyklach ziemskich”. Zrobiła pauzę, po czym dodała: „Ludzie często mylą ją z czarami, ale to nie do końca to samo. Wszystkie wiccanki to czarownice, ale nie wszystkie czarownice to wiccanki”.
„Więc Wicca jest bardziej… związana z naturą?”
Skinęła lekko głową.
Wzięłam fioletową książkę, przesuwając palcami po wypukłym tytule.
„Właśnie przechodzę przez naprawdę ciężki okres” przyznałam. „Próbuję odkryć na nowo, kim jestem”.
Wyraz twarzy kobiety złagodniał i skinęła głową ze zrozumieniem.
„Ta książka to świetny punkt wyjścia. Obejmuje podstawy – Wiccę, kryształy, symbole, sigile. Zawiera nawet medytację i interpretację snów”. Zrobiła pauzę. „Jest napisana dla początkujących, ale po jej przeczytaniu będziesz już wiedzieć, czy to ci odpowiada… czy to ścieżka warta dalszego odkrywania”.
Z książkami pod pachą poszłam za nią do kasy.
„Więc – powiedziała, zaczynając kasować moje zakupy – jesteś nowa w okolicy?”
Skinęłam głową.
„Tak. Świeżo po rozwodzie. Chcę zacząć od nowa”.
„Nowe początki są przerażające” powiedziała, pakując książki. „Ale dają nam szansę, by w końcu stać się tym, kim naprawdę jesteśmy. Bez masek. Bez oczekiwań. Naga prawda”.
Podałam jej kartę debetową i skinęłam głową.
„Właśnie mówiłam siostrze, że nawet nie wiem już, kim jestem. Spędziłam ostatnie dziesięć lat, spełniając oczekiwania kogoś innego”.
„Cóż – powiedziała, przeciągając moją kartę przez czytnik – jeśli kiedykolwiek się znudzisz, wpadnij tutaj. To miasto nie jest pełne czarownic. Przy okazji, jestem Lakyn. Pracuję tutaj… i też tutaj mieszkam”.
„Ja jestem Riley” odpowiedziałam, odbierając kartę.
Lakyn odwróciła się i sięgnęła dwa małe woreczki zza lady.
„To kilka dodatków dla ciebie” powiedziała z mrugnięciem.
Uśmiechnęłam się szczerze.
„Dziękuję bardzo, Lakyn. Jesteś w zasadzie jedyną osobą, którą tu znam”.
Roześmiała się.
„Dziewczyno, współczuję ci. Powinnyśmy umówić się na brunch. Jestem tu codziennie od południa do dwudziestej. No cóż – wskazała wzrokiem sufit – zawsze tu jestem, ale wiesz”.
Skinęłam głową.
„Absolutnie. Dam ci mój numer”.
***
Kiedy wróciłam do domu, wypuściłam psy z powrotem na podwórko, wyciągając zakupy z toreb.
Najpierw książki. Potem kryształy, chłodne w moich dłoniach, każdy pulsujący energią, której nie potrafiłam nazwać. Postanowiłam przeczytać o nich więcej dziś wieczorem.
Ale to, co najbardziej przyciągnęło moją uwagę, to dwa woreczki, które dorzuciła mi Lakyn.
Powiedziałam sobie, że to prawdopodobnie coś, co dostaje każdy klient, po prostu mały upominek od sklepu, ale nie mogłam pozbyć się wrażenia, że te były bardziej osobiste.
Pierwszy woreczek zawierał dwie bransoletki, jedną z kamieni o głębokiej zielonej barwie, a drugą w kolorze fioletu i czerni.
Drugi woreczek ujawnił cztery małe, szorstkie kamienie. Być może trafiły mi się przypadkowo. Ale coś w nich wydawało mi się celowe.
Jakby zostały wybrane specjalnie dla mnie.
Rezygnując z kolacji, zrobiłam sobie kawę, po czym wpuściłam psy z powrotem do domu. Kiedy była gotowa, sięgnęłam po książkę o kryształach, ale po chwili zmieniłam zdanie.
Zamiast tego wzięłam książkę o Wicce, usiadłam w fotelu i otworzyłam pierwszą stronę.
Może to będzie dla mnie początek czegoś dobrego.
Kiedy zaczęłam czytać, nie mogłam odłożyć książki.
Byłam kompletnie pochłonięta lekturą do tego stopnia, że zaczęłam zaznaczać strony, do których chciałam wrócić.
Runy, kryształy, karty tarota, sigile… to było dużo informacji do przyswojenia i czułam się tym trochę przytłoczona. Była nawet mowa o demonach. Czy to możliwe… Czy Collin był demonem?
Roześmiałam się i przewróciłam stronę.
Demony. Jasne.
Nie były przecież prawdziwe.
Nawet gdyby były prawdziwe, kto przy zdrowych zmysłach by któregoś przywołał?
Musiałby być zdesperowany… albo szalony.










































