
Dziedzictwo Katherine
Autorzy
Nicole Riddley
Lektury
1,2M
Rozdziały
80
Rozdział 1: Rozpaczliwie szukając pocieszenia
Nigdy wcześniej nie zapuszczałam się tak głęboko w las. Słońce już zachodzi, a moje nogi niosą mnie dalej. To tak, jakbym uciekała przed samym diabłem. Nie mogę się zatrzymać.
Czuję silną potrzebę ucieczki od wszystkiego. Od domu. Od życia. Las zazwyczaj daje mi spokój, ale nie dzisiaj. Nie ostatnio.
Dziwne krzyki wron rozbrzmiewają po lesie. Są głośniejsze niż szelest liści i trzask gałęzi. To jakby ostrzeżenie, żebym się zatrzymała.
Przypomina mi, że gdy słońce zajdzie, zgubię się w tym lesie, jeśli teraz nie zawrócę. Będzie mi zimno i będę sama.
Zwalniam. Potem zatrzymuję się całkowicie, patrząc na ciemne otoczenie. Jasne jesienne kolory zniknęły. Liście teraz głównie gniją na ziemi.
Wysokie drzewa stoją wokół mnie.
Ich nagie gałęzie wyglądają dziwnie. Przypominają wyschnięte ludzkie szkielety. Wyglądają jak kościanobiałe ramiona i cienkie, szkieletowe palce wyciągnięte, by schwytać niczego niepodejrzewających ludzi.
Uświadamiam sobie, że coś jest nie tak.
Strumień przecina naszą posiadłość. Wyznacza początek pola zarośniętego roślinnością. Dlaczego jeszcze na niego nie trafiłam? Powinnam już przejść wystarczająco daleko.
Moje zmysły wyostrzają się. Nagle ogarnia mnie czujność. Mam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Skóra na plecach i ramionach pokrywa mi się gęsią skórką.
Gałązka pęka. Podskakuję.
„Kto tam?”
Kolejne pęknięcie i odwracam się gwałtownie.
„Halo?”
Słychać więcej trzasków. Wtedy wysoka, szczupła postać wyłania się zza drzew.
Najciemniejsze zielone oczy patrzą na mnie. Otaczają je czarne rzęsy na dumnej, szlachetnej twarzy. Oczy patrzą na mnie chłodno. Rozpoznaję go. Elias Gauthier.
Może chodzimy do tej samej szkoły, ale nie obracamy się w tych samych kręgach. To chyba pierwszy raz, kiedy jestem tak blisko niego.
Poświęcam chwilę, żeby naprawdę się mu przyjrzeć. Wysoki, szerokie ramiona. Gęste, ciemne, rozczochrane loki sięgające kołnierza. Taki rodzaj rozczochranych włosów, jakby właśnie uprawiał seks. Wysokie kości policzkowe nad wyrazistą szczęką.
Wiem, że jest przystojny, ale nigdy tak naprawdę go nie zauważałam. Do teraz.
Teraz patrzymy na siebie, jakbyśmy próbowali rozgryźć nieznaną rzecz. Przyjaciel czy wróg. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Jego dumny wyraz twarzy. Uniesienie ciemnych brwi. Sposób, w jaki jego ostre oczy prześlizgują się po mnie z niechęcią, zanim zatrzymają się na mojej twarzy.
Wygląda na to, że dawno temu już podjął decyzję na mój temat.
„Co tu robisz?” – pytam, gdy w końcu odnajduję głos.
Obdarza mnie uśmiechem pełnym najbiałszych, najrówniejszych zębów. Jeśli uśmiech można opisać jako lodowaty, to jego jest właśnie taki. Mimo to jest wyraźnie przystojny.
„To ja powinienem zadać ci to pytanie, księżniczko. Chodzisz po prywatnej posiadłości. Mojej posiadłości.”
Czy naprawdę jestem teraz na jego terenie? Zazwyczaj nie zbliżam się nawet w pobliże posiadłości Gauthierów. Obie nasze posiadłości są na tyle duże, że przez większość czasu jakby zapominam, że dzielimy granicę.
To zdecydowanie pierwszy raz, kiedy wpadłam na kogoś w tym lesie.
Zbliżają się kolejne kroki. Odwracam wzrok w stronę trzech nadchodzących osób. Zaskoczenie maluje się na twarzach pozostałych dwóch, gdy mnie widzą. Też ich rozpoznaję. Tyler Erikson i Justin Feron.
„No, no, no... spójrzcie, kto postanowił nas odwiedzić.” – Ronan Gauthier, bliźniaczy brat Eliasa, podchodzi i staje obok niego.
„Katherine Blackwell. Cóż za zaszczyt i miła niespodzianka.” – Po jego tonie nie brzmi to wcale jak miła niespodzianka.
Właściwie żaden z braci Gauthier nie wydaje się zaskoczony ani zadowolony, widząc mnie.
Zawsze myślałam, że Elias i Ronan wyglądają tak samo. Ale teraz, kiedy zwracam uwagę, widzę, że nie. Jasne, są bardzo do siebie podobni, ale twarz Eliasa jest szczuplejsza.
Ronan też nosi krótsze włosy. Obaj wyglądają na swobodnie eleganckich nawet w tym otoczeniu.
Gdzieś za tymi hektarami lasu wyobrażam sobie ich ogromną rezydencję.
Jesienią i zimą, gdy drzewa są nagie, mam widok na ich dach i kawałek domu z trzeciego piętra naszej posiadłości.
„Cześć, Cat” – mówi jeden z ich przyjaciół. Tyler wydaje się zadowolony, że mnie widzi. Przynajmniej jest jedna przyjazna twarz. Chyba raz czy dwa rozmawiałam z Tylerem.
„Co robisz tu w lesie?” – pyta mnie. Wydaje się naprawdę ciekawy.
Przygryżam dolną wargę, przenosząc wzrok na nieskończone drzewa wokół mnie. Głównie po to, by uniknąć nieustannego ostrego spojrzenia Eliasa. Puszczam wargę, gdy uświadamiam sobie, co robię.
Ci chłopcy denerwują mnie. A może to tylko Elias. Chłopcy zazwyczaj mnie nie denerwują.
„Po prostu szłam na spacer. Nie zdawałam sobie sprawy, jak daleko zaszłam... ani że weszłam na czyjąś posiadłość.”
„Nie masz tylko jednej stopy na naszej posiadłości, kochanie. Jesteś cała w środku” – mówi Elias. Mówi „kochanie” w złośliwy sposób, jak obelgę. Tak samo jak nazwał mnie „księżniczką”.
„Nie musisz się tym martwić – już wychodzę!” – mówię mu, cofając się o krok. „Przepraszam, że postawiłam stopę... a raczej stopy na waszej posiadłości.” – Upewniam się, że wie, że wcale nie jest mi przykro.
Wciąż uśmiecha się złośliwie, ale jego oczy wyglądają groźnie na dźwięk niechęci w moim głosie.
„Robi się ciemno. Nie możemy pozwolić jej iść do domu przez las samej” – mówi Tyler, podchodząc bliżej mnie. Nagle zauważam, że niesie karabin. Wszyscy noszą karabiny.
Czy polują, czy tylko ćwiczą?
„Jasne, że możemy. Przyszła tu sama, może wrócić do domu sama” – mówi Elias cięto. Jego uśmiech zniknął, gdy tylko Tyler przyszedł mi z pomocą.
„Jeśli ty jej nie odprowadzisz, to ja to zrobię” – mówi Tyler.
„Nie zrobisz tego!” – warczy Elias.
Co za palant! Nie żebym potrzebowała ratunku jak jakaś słaba kobieta w tarapatach. Jestem Katherine Blackwell. Nie gram słabej kobiety w tarapatach i mam dość palantów.
Elias staje między mną a Tylerem. Wygląda, jakby był gotów walczyć z każdym, kto mu się postawi, a Tyler wydaje się rozdarty.
„Ona jest z rodu Blackwellów. Pewnie ma miotłę, na której może polecieć” – mówi Ronan ze złośliwym uśmiechem.
Czy on właśnie nazwał mnie wiedźmą?
Tyler popycha Ronana. „Co jest, stary? Zwykle nie jesteście tacy wredni wobec dziewczyny.”
„Zwykle nie chcą zepsuć sobie szans na przelecenie” – żartuje Justin, śmiejąc się, jakby to była najzabawniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek słyszał. Nikt inny się nie przyłącza.
Justin jest znany z tego, że jest dziki. Bogaty, rozpieszczony i lekkomyślny. To w zasadzie opisuje ich wszystkich.
„No i co? Jest gorąca. Naprawdę nie chcesz jej przelecieć?” – pyta Ronana.
Elias cały czas mnie obserwuje. Jego ciemne oczy są tak intensywne, jakby mnie nienawidził.
Jego mocna szczęka jest zaciśnięta i porusza się mięsień na policzku, jakby zgrzytał zębami.
„Chętnie bym... ale ona jest dla Eliasa” – mówi Ronan, uśmiechając się złośliwie.
„Nie, nie jest” – odpowiada Elias. „Nic dla mnie nie znaczy.”
Łzy szczypią mnie w oczy. „Dupki” – mówię cicho, odwracając się szybko i odchodząc. Nie mogę znieść ich chamskich gadek i nie rozumiem, co Ronan miał na myśli, mówiąc, że jestem dla Eliasa.
Ale zachowanie i słowa Eliasa bolą... i nie rozumiem, dlaczego cokolwiek, co powiedział lub zrobił, miałoby na mnie wpłynąć. Elias nic dla mnie nie znaczy. Żaden z nich nie znaczy.
Zanim pokażę im swoje uczucia – albo co gorsza, łzy – muszę się od nich oddalić. Może o cały kontynent. Gdyby tylko to było możliwe.
„Och, więc nie masz nic przeciwko, jeśli ją przelecę?” – słyszę irytujący głos Justina za sobą.
„Stary, zamknij się!” – warczy Ronan.
„Chodź, odprowadzę cię do domu.” – Nie potrafię rozróżnić, czy to Ronan, czy Elias to mówi, i nie obchodzi mnie to.
„Idźcie do diabła” – warczę, kontynuując marsz.
Słyszę, jak ktoś się śmieje za mną. Zdecydowanie mnie słyszeli.
Nie wiem, dokąd idę, bo nie znam tej części lasu, ale nie zostanę tu, żeby znosić więcej ich obelg.
Wolałabym czołgać się przez ten las w całkowitej ciemności, niż oddać się na ich łaskę lub być im coś winna.
„Idziesz w złą stronę, księżniczko. Dom jest tamtędy.”
Nie słyszałam, jak się poruszył, ale Elias jest teraz tuż obok mnie. Czuję ciepło jego ciała przy moim w chłodny jesienny wieczór.
Jego głęboki głos spływa po mnie jak gładki jedwab, wywołując dreszcze na moim kręgosłupie.
Ugh! Nienawidzę go. Chcę zetrzeć ten chłodny wyraz z jego oczu i ten dumny uśmiech z jego przystojnej twarzy.
Podążam we wskazanym przez niego kierunku, ale się nie zatrzymuję ani nawet na niego nie patrzę, żeby podziękować. Po prostu idę dalej.















































