
Kochaj swojego alfę
Rozdział 3.
JENNESSA
„Tak, proszę pani,” odezwał się głęboki, ale przyjazny głos Daniela.
„Proszę wejść,” powiedziała z entuzjazmem moja mama, otwierając szerzej drzwi.
Gdy przekroczył próg, rozejrzał się po pokoju - może szukając mnie, a może po prostu oglądając wnętrze. To dało mi chwilę, by mu się przyjrzeć. I muszę przyznać, wyglądał naprawdę świetnie!
Był bardzo wysoki, na oko metr osiemdziesiąt. Miał szerokie barki, jak zawodowy sportowiec. Ubrany był w elegancki czarny garnitur, który leżał na nim jak ulał.
Kiedy mnie dostrzegł, uśmiechnął się ciepło. Mama miała rację. Ten facet był niezwykle przystojny. Jego włosy były ciemnobrązowe, prawie czarne, a jasne niebieskie oczy patrzyły przyjaźnie.
Jego kwadratowa szczęka była pokryta krótkim zarostem. Gdy się uśmiechał, pokazywał śnieżnobiałe zęby, co czyniło jego uśmiech jeszcze bardziej ujmującym.
„Cześć,” powiedział, wyciągając rękę. „Jestem Daniel, twój dzisiejszy towarzysz.”
„Cześć,” odparłam nieśmiało, ściskając jego dłoń. „Jestem Jennessa, ale możesz mi mówić Jessie.”
Jego niebieskie oczy omiotły mnie spojrzeniem, a gdy znów napotkał mój wzrok, uśmiechnął się, jakby podobało mu się to, co widzi.
„Miło cię poznać, Jennesso,” powiedział, wymawiając moje imię powoli, jakby smakował każdą sylabę. Poczułam, że się rumienię.
„Powinniście już iść,” wtrąciła moja mama, sprawiając, że miałam ochotę przewrócić oczami na jej nadopiekuńczość.
„Idziemy?” zapytał Daniel, uprzejmie oferując mi ramię.
Starałam się nie uśmiechać zbyt szeroko i nieśmiało przyjęłam jego propozycję. Nie mogłam się powstrzymać od lekkiego uścisku jego ramienia - było twarde jak skała.
Daniel zaprowadził mnie do dużego pickupa zaparkowanego na zewnątrz. Musiałam unieść sukienkę i prawie wskoczyć na siedzenie pasażera.
Gdy obchodził samochód, by zająć miejsce kierowcy, pomyślałam, że może ten wieczór nie będzie taki zły. Ale potem ruszyliśmy.
Szybko okazało się, że Daniel i ja nie mamy o czym rozmawiać. Rozmowa była wymuszona i niezręczna.
Jego pierwszy komentarz, choć z dobrymi intencjami, brzmiał: „Wyglądasz przepięknie, tak nawiasem mówiąc.”
„Nie wiedziałem, że ludzie ze społeczności Zredukowanych mogą sobie pozwolić na taką sukienkę,” powiedział, zerkając na mój strój, zanim znów skupił się na drodze.
„I sukienka twojej mamy też.”
On i jego mama mieszkali w Alpha Mainland, zamożnej i szanowanej dzielnicy. Moja mama i ja miałyśmy szczęście, że nasze nazwisko i pamięć o moim tacie wciąż coś znaczyły dla większości stada.
Wielu ludzi zarówno w Training Hill, jak i Alpha Mainland uważało się za lepszych od innych i nie kryło się z tym.
Ludzie tacy jak mama Daniela prowadzili sklepy w pobliskim mieście i często patrzyli z góry na mieszkańców Zredukowanych ze względu na miejsce ich zamieszkania.
Moja mama i ja nie doświadczałyśmy najgorszego traktowania, ale zawsze robiło mi się niedobrze, gdy widziałam, jak to się dzieje.
Nie pozwalałam, by dręczyciele uchodzili na sucho ze swoją złośliwością, a mieszkając w obu społecznościach, znałam obie strony medalu.
Wiedziałam, że nie są lepsi od nikogo innego. Kiedy tylko widziałam, że to się dzieje, zwykle interweniowałam.
Ludzie bali się zmian, ale ja nie byłam kimś, kto ślepo podąża za tłumem. Nie tak zostałam wychowana.
To nie była tak naprawdę wina Daniela. Wydawał się dobrym człowiekiem. Ale jego komentarze pokazywały, że nie rozumiał, jak ciężkie jest życie Zredukowanych.
Chociaż moja mama i ja miałyśmy szczęście, że większość ludzi szanowała nazwisko naszej rodziny i nie próbowała nas pomniejszać, wciąż byłyśmy częścią społeczności Zredukowanych. Byłyśmy równie biedne jak wszyscy inni.
Miałyśmy ładniejsze ubrania dzięki temu, co przywiozłyśmy z Alpha Headquarters, ale nawet te zaczynały wyglądać na znoszone.
Moja mama wymieniała dużo swojej biżuterii i sukienek z przyjaciółkami z Alpha Mainland, co bardzo nam pomagało.
Daniel nigdy nie doświadczył trudnych czasów, jakie miałyśmy z mamą, więc trudno było z nim rozmawiać.
Podróż do Alpha Headquarters trwała około czterdziestu pięciu minut, a ja milczałam przez ostatnie trzydzieści minut po jego ostatnim komentarzu.
„Mam nadzieję, że nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli poproszę twoją mamę do tańca. Każdy mężczyzna byłby szczęśliwy, mając taką kobietę u boku, nawet na krótką chwilę.”
Kiedy w końcu dotarliśmy do Alpha Headquarters, gdzie odbywał się bal, odetchnęłam z ulgą, że mogę wyjść z samochodu. To o czymś świadczyło.
Zmusiłam się do uśmiechu, biorąc go pod rękę, i weszliśmy do Alpha Headquarters.
Staliśmy w holu z innymi grupkami gości, którzy przybyli przed nami, wszyscy ubrani w wyjątkowo eleganckie stroje.
Wnętrze nie było zbyt jasno oświetlone, z wieloma świecami na ścianach i stołach. Duży żyrandol nad nami rzucał miękkie, ciepłe światło.
Przed nami znajdowały się okazałe schody, zwykle prowadzące do prywatnych kwater alfy i jego najbliższych wilkołaków. Poniżej było przejście prowadzące do miejsca, gdzie odbywały się sprawy stada - spotkania, ceremonie, a dziś wieczorem bal.
Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam w stronę przejścia. Im szybciej to się skończy, tym prędzej będę mogła wrócić do domu.
Spokojnie, tylko spokojnie, powtarzałam sobie w myślach.
Gdy Daniel i ja weszliśmy do sali, zobaczyliśmy wiele znajomych twarzy. Ludzie z okolicy, dawni koledzy ze szkoły, wszyscy tam byli.
Niektórzy witali nas ciepłymi uśmiechami i machaniem, inni przyjaznymi „cześć”, a kilku nawet zatrzymało się, by zamienić kilka słów.
Cała ta uwaga sprawiała, że czułam się nieswojo i miałam wrażenie, jakby moja skóra mrowiła. Ale wciąż się uśmiechałam, mając nadzieję, że to ukryje moje zdenerwowanie.
„Wydajesz się trochę spięta,” powiedział cicho Daniel, pochylając się, żebym mogła go usłyszeć ponad gwarem rozmów. Byliśmy jak wyspa w morzu ludzi.
Byłam zaskoczona, że to zauważył, ale potem poczułam, jak poklepuje moją dłoń. Spojrzałam w dół i zobaczyłam, że moje palce kurczowo zaciskają się na jego ramieniu.
„Och,” powiedziałam, rozluźniając uścisk. „Przepraszam.”
„Masz silną rękę,” zażartował, a ja odpowiedziałam nieśmiałym uśmiechem i kolejnym „przepraszam”. „Nie przejmuj się. Co powiesz na to, żebym przyniósł nam coś do picia? Przydałoby mi się.”
„Jasne, czemu nie,” odparłam, starając się brzmieć entuzjastycznie. Spojrzałam na zatłoczony bar i poczułam ulgę. Było tak tłoczno, że prawdopodobnie zajmie mu sporo czasu, zanim wróci z naszymi drinkami.
Continue to the next chapter of Kochaj swojego alfę