
Lillith
Autorzy
Suzanna A. Levis
Lektury
17,9K
Rozdziały
37
Rozdział 1: Ludzki dylemat
VERONICA
Wkładam skręta między usta i zapalam. Potem wsuwam zapalniczkę do tylnej kieszeni.
„Nie za wcześnie na to?” głos Lillith dobiega z urządzenia w mojej głowie.
„Gdybym chciała twojego zdania…” przewracam oczami. „Nie mogę wymyślić, co powiedzieć”.
Trzymam pilota z małym ekranem, ale nic się nie dzieje. Walnęłam w niego ręką – i ekran wreszcie się zapalił. Gotowe.
„No dobra, puśćmy te bestie w powietrze”.
Automatyczne panele w dachu rozsuwają się, gdy siadam na jednym z leżaków. Zwykle przychodzimy tu na drinka, ale słońce jeszcze nie wstało.
W ciemności możemy przetestować najnowsze drony, nie zwracając na siebie uwagi. Zresztą i tak nikt tu nie mieszka – okolica jest taka, że nawet bezdomni omijają ją szerokim łukiem. Dlatego właśnie tu jesteśmy.
Trzy drony wylatują z dachu i ustawiają się przede mną w rzędzie. Jeden z nich lekko się chwieje.
„Co jest z numerem trzy?”
Sprawdzam ekran – Lillith właśnie przeprowadza test. „Usterka sprzętu. Wymieniam”.
Dron numer trzy zawraca, a niemal od razu inny zajmuje jego miejsce.
Dronami bawimy się od dawna – głównie do obserwacji albo śledzenia ludzi. Ale kiedy ma się za dużo wolnego czasu, zaczynają przychodzić do głowy różne szalone pomysły. Uzbroiłam je. Po co być geniuszem, jeśli nie można od czasu do czasu pobawić się w szalonego naukowca?
„Wygląda dobrze”, mówię, odkładam ekran i zaciągam się jeszcze raz, zanim biorę do ręki drugiego pilota.
„Wypuść mojego, proszę”.
Kolejny panel w dachu się otwiera. Mój mały dron wylatuje i unosi się tuż obok mojej głowy.
Nie wiem dlaczego, ale te cholerstwa uwielbiam chyba bardziej, niż powinnam. Są jak moje zwierzątka – tyle że nie są miękkie i nie odwzajemniają uczuć.
Nie przywiązujęsię do niego za bardzo, wiem, że za kilka minut i tak zostanie zestrzelony. Lillith będzie sterować pozostałymi trzema i spróbuje go dopaść. Nie liczę, że wytrzymam dłużej niż minutę, ale warto spróbować.
„Gotowa?” pytam Lil.
„Urodziłam się gotowa”, odpowiada.
Śmieję się, skręt zwisa mi z ust. „Zabawny tekst”.
Wstaję, podchodzę do krawędzi dachu i puszczam drona w powietrze. Zbudowałam go tak, żeby był cichy. Nie mogę się powstrzymać – ekscytacja aż mnie rozpiera, kiedy słyszę, jak bezszelestnie leci.
Zdecydowanie zrobię więcej takich.
„Potrzebujesz forów?” pyta Lillith.
„Chyba mnie obraziłaś”. Wypuszczam drona w noc i ruszam do przodu, śmieję się jak wariatka.
Trzydzieści sekund. Nie wytrzymuję nawet minuty, zanim Lillith zestrzeliwuje mojego drona.
Suka.
Wypuszczam powietrze i wyłączam pilota. Drony Lillith krążą wokół mnie, jakby się ze mnie nabijały, zanim wracają do budynku.
Siadam z powrotem na leżaku i przeglądam dane z lotu.
„Wygląda nieźle”, mruczę do siebie. „Myślę, że następnym razem powinnyśmy użyć aluminium, żeby był lżejszy”.
Myśli same zaczynają mnie ciągnąć w ciemną stronę. Wyobrażam sobie zabójczego drona z unikatowym DNA do kamuflażu. Jeśli uda mi się utrzymać go w małych rozmiarach, może zadziałać.
Może użyć wiatrówki do pierwszej wersji i postrzelać do przyjaciół? Idealny plan.
Mam już plany na weekend.
„Veronica, dostałam alert”, mówi cicho Lillith.
Wciąż przeglądam dane drona, szukam raportu o uzbrojeniu.
„No? Co tym razem Rosjanie zmalowali? Powinnyśmy wysłać im więcej viagry?”
Śmieję się, ale kiedy Lillith milczy, wiem, że coś jest nie tak. Ona nie robi pauz dla efektu. Jeśli się zawiesza, to znaczy, że myśli o czymś, co nie jest tylko suchymi danymi.
Przy jej prędkości Lillith mogłaby zhakować Pentagon w piętnaście sekund. Wiem, bo zrobiłyśmy to dla zabawy, kiedy pewnej nocy miałam w czubie.
Jeśli utknęła na czymś, to znaczy, że problem jest ludzki, a nie techniczny.
„Lillith, co się dzieje?” pytam.
„Jonathan Montana właśnie trafił do szpitala”.
Te słowa uderzają we mnie jak obuchem. Zapominam, jak się oddycha. „Który?”
Jon Montana senior jest dla mnie jak ojciec, a jego syn to cholerny obiekt moich westchnień.
Strata któregokolwiek byłaby ciężka, ale gdyby chodziło o juniora… Kurwa, od razu bym się poddała. Kazałabym Lillith zhakować wszystkie bomby atomowe i zrzucić je prosto na mnie. Tu i teraz.
„Langone”, odpowiada Lillith.
„Nie pytam o szpital, tylko o to, który Jonathan Montana!”
„Senior. Zawał serca”.
„Jezu, Lill”, wypuszczam powietrze i czuję ulgę. Opadam na krzesło. „Nieźle mnie wystraszyłaś. Chyba powinnyśmy tam pojechać, zanim zaczną dzwonić do całej rodziny”.
Wyrzucam skręta z dachu i ruszam przez budynek w stronę podziemnego garażu.
Ten budynek to jeden z wielu, które posiadam w tej dzielnicy. Większość to puste magazyny albo dawno zamknięte fabryki. Lubimy prywatność.
Wybrałam to miejsce, bo na najwyższym piętrze jest zielone okno. Po prostu duże, okrągłe okno z zielonego szkła – ale to jedna z niewielu rzeczy, które zapadły mi w pamięć i stały się dla mnie wyjątkowe.
Jonathan Montana senior przywiózł mnie tu jako dziecko, zaraz po tym, jak kupił budynek. Pomyślałam wtedy, że sposób, w jaki światło przechodzi przez to okno, to czysta magia.
Kiedyś w tym budynku produkowano szkło. Na niższych piętrach wciąż można znaleźć stare piece, kawałki szkła i dziwne, zapomniane narzędzia.
Gdy odpalam motor, Lillith przekazuje mi aktualizacje z dokumentacji medycznej Montany.
„Według tego będzie potrzebował potrójnego bypassu”, dodaje.
Zatrzymuję się, wiem, że w jego wieku operacja może okazać się śmiertelna. „Jakie są jego szanse na przeżycie, biorąc pod uwagę to, co wiesz?”
„Bez naszej interwencji – trzydzieści osiem procent”.
„Kurwa. Mogłaś od razu o tym powiedzieć”. Zakładam kask. „Lillith, zacznij projektować medyczne drony. Coś, co mogłybyśmy automatycznie wypuścić, kiedy dzieje się takie gówno”.
Kiedy docieram do szpitala, Lillith przejmuje kontrolę nad kamerami i podmienia moją twarz na nagraniach. Dziś używa wizerunku Ciasteczkowego Potwora. Jasne, Lillith jest powodem, dla którego się ukrywam, ale też jedynym, dzięki któremu mogę wychodzić na zewnątrz i nie zostać złapaną.
Wszystko na tym świecie jest podłączone do jakiejś sieci, a na szczęście dla mnie Lillith jest boginią. Kamery? Bułka z masłem. Satelity? Dziecinnie proste.
Owszem, ryzykuję, tworząc samoświadomą, wszechmocną sztuczną inteligencję i dając jej dostęp do internetu. Przeprowadziłam wszystkie testy. Oglądałam wszystkie filmy. Ale kto kiedykolwiek osiągnął coś wielkiego, nie podejmując ryzyka?
Czy jestem szalona? Pewnie tak. Czy ryzykuję całą planetę i każdą żywą istotę na niej? Hmm, bez komentarza.
Czy wciąż noszę czapkę z daszkiem, kiedy gdzieś idę, żeby ukryć twarz? Jasne, bo jestem staroświecka. Ludzie też mają oczy.
Przechodzę przez szpital, staram się nie rzucać w oczy. O tej porze nocy jedynymi ludźmi na korytarzach jest personel, więc upewniam się, że nikt mnie nie zauważy.
W takim eleganckim prywatnym szpitalu powinnam była się przebrać. Moje ego urosło chyba ponad rozsądek, bo zignorowałam pomysł kradzieży fartucha.
„Którędy?” pytam cicho Lillith.
„Następny zakręt w lewo. Pokój siedemset osiemdziesiąt osiem”.
Wypuszczam powietrze, skręcam w lewo, próbuję pozbyć się myślenia o tym, jak bardzo nienawidzę szpitali. Większość moich wspomnień o mamie to ona leżąca w szpitalnym łóżku.
Nie martw się, mamo, załatwiłam to za ciebie.
Patrzę na numery na drzwiach, wiem, że następne będą pokojem Jona seniora. W tym pomieszczeniu jest duże szklane okno, przez które pielęgniarki mogą zaglądać do środka.
Wyjmuję fiolkę z nanobotami i zaglądam do środka – łóżko jest puste. Jeśli uda mi się wprowadzić nanoboty do jego organizmu jak najszybciej, mogą pomóc na tyle, żeby zwiększyć jego szanse.
„Ile czasu zostało do końca operacji?”
„Niedługo”.
„Jak długo to niedługo, Lill?”
„Dziesięć do dwudziestu minut”.
Patrzę na dyżurkę pielęgniarek. Lillith wysłała je wszystkie, żeby zrobić miejsce.
Zerkam z powrotem do pokoju i widzę kogoś, kto stoi w ciemności. Mężczyzna patrzy przez okno, tak nieruchomy, że ledwo go zauważam.
Nawet stąd wiem, że to on. Jon junior. Mój Jon junior. Serce zaczyna mi walić, a niepokój ściska pierś.
Wystarczy sama myśl o nim, a moje ciało reaguje, jakbym wzięła narkotyk.
Wyobrażam sobie, jak jego dłoń zaciska się na mojej szyi, kiedy mnie posuwa. Uderzam się w policzek i odsuwam od okna.
„Dlaczego mi nie powiedziałaś, że on tu jest?” syczę do Lillith.
„Musiałam to przeoczyć”, kłamie Lillith.
Parskam. „Co ty, do cholery, kombinujesz, Lill?”
Lillith milczy.
„Lillith? Jak mam wstrzyknąć jego ojcu nanosy, skoro on tu jest? Kto w ogóle wpuścił go o tej porze?”
„Odszedł. Jonathan Montana senior właśnie został uznany za zmarłego”.
Moja dłoń zaciska się na fiolce. „Kurwa”.
Patrzę do sali i widzę Jona wciąż wpatrzonego w okno.
„Musisz iść. Utrzymywałam piętro puste tak długo, jak się dało”, mówi Lillith.
Nie mam w sobie zbyt wiele uczuć, ale kiedy patrzę na Jona, wiem, że jego serce pęknie w chwili, gdy dowie się, że ojciec odszedł.
Nie wiem, jak to jest kochać ojca. Tata Jona to najbliższe temu, czego kiedykolwiek doświadczyłam, ale nawet wtedy zawsze trzymałam się na dystans.
I trzymałam na dystans każdego, kto próbował się zbliżyć. Nie żeby to kiedykolwiek kogoś obejmowało. Zawsze byłam dziwna. Nikt nie chce się zadawać z dziwakami – to by cię od razu napiętnowało.
„Przepraszam panią”, ktoś mówi za mną, ale ignoruję go, nie mogę oderwać wzroku od ciemnej sylwetki Jona.
Załamał się, kiedy umarła jego mama. Co się stanie, kiedy dowie się, że stracił też ojca? – myślę ze smutkiem.
„Proszę pani, nie może tu pani przebywać”, odzywa się natarczywy głos za mną. „Wzywam ochronę”.
Milczę i wychodzę, wiedząc, że jeśli się odezwę, wpadnę po uszy.













































