
Milczące objęcia: Księga 2
Autorzy
Lektury
75,4K
Rozdziały
30
Kolej Carrie
SEZON 2
Produkcja: Bethany Sharp
Scenariusz: Cecilia Gigliotti & Rita Halle
Dźwięk: Meaghan Bardwell
„
BLYTHE
„W górę! W dół!”
O Boże.
„W górę! W dół!”
Szóste powtórzenie. Dopiero szóste.
„W górę! W dół!”
Blythe zaczęła widzieć mroczki przed oczami.
„W górę!”
Kręciło jej się w głowie...
„W dół...”
...coraz bardziej...
„Blythe.”
Łup. Łup.
Hantle z hukiem spadły na podłogę.
Łup.
„Hej, Blythe. Spójrz na mnie. Oczy w górę. Hej.”
Blythe uniosła głowę. Nie pamiętała, żeby upadła na plecy, ale tak właśnie było.
„Carrie?”
Jakaś dłoń unosiła się nad jej twarzą. Jej wzrok powoli się wyostrzał.
„Jestem tu, Blythe. Patrz na moją dłoń.”
Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.
Blythe oddychała szybko, ale równo. Oddychała, aż mroczki zniknęły, a dłoń Carrie stała się w pełni wyraźna.
„Słyszysz mnie?”
„Tak”. Słowo wypadło z niej jak sapnięcie, jakby nie mogła tego do końca kontrolować. „Tak”.
„Możesz dotknąć mojej dłoni?”
Blythe uniosła rękę i położyła dłoń na dłoni Carrie. Jedna z nich była lepka od potu — nie potrafiła stwierdzić, która.
„Dasz radę usiąść?”
Blythe spróbowała unieść tułów, ale sufit zawirował jej przed oczami i opadła z powrotem z jękiem.
„Okej, okej. Spokojnie.”
Całe szczęście, że siłownia była zupełnie pusta. „Przepraszam, Carrie”.
„Nie przepraszaj. Pewnie po prostu zbytnio się przemęczyłaś.”
Blythe nigdy nie znała głosu, który potrafiłby tak ukoić i pocieszyć jak głos Carrie. Chociaż Carrie była od niej tylko o osiem lat starsza, stała się dla niej kimś w rodzaju matki.
Była osobą, której Blythe powierzyłaby swoje życie.
I chyba właśnie to teraz robiła.
„Przecież ja właśnie skończyłam długi bieg. Widziałaś mnie na bieżni?”
„Tak, tak, widziałam. Zrobiłaś ogromne postępy, wiesz?”
Blythe odwróciła głowę, żeby spojrzeć Carrie w oczy. „Naprawdę?”
„Jestem pod wrażeniem szczególnie twojego treningu z ciężarami. Kiedyś nie mogłaś niczego pchnąć, nie wkładając w to całego ciała, co zawsze mnie dziwiło po tych wszystkich drzwiach od pieca.”
„Mówiłam ci, jestem córką piekarza”. Teraz miała siłę, żeby oprzeć się na łokciach. „Nie nosiłam wszystkich najcięższych rzeczy, ale powinnaś zobaczyć, jak teraz wyrabiam ciasto. Naprawdę pokazuję mu, kto tu rządzi.”
Carrie zaśmiała się swoim zaraźliwym śmiechem i pomogła Blythe usiąść.
„Ale z hantlami nie idzie mi za dobrze, co?” Blythe uśmiechnęła się słabo.
Carrie puściła do niej oko. „Zawsze jest na to czas.”
„I tak wątpię, że kiedyś ci dorównam.”
Carrie poklepała się po brzuchu — jeszcze nie było po niej widać, ale to była tylko kwestia czasu. „Biorąc pod uwagę długą przerwę, jaka mnie czeka, założę się o każde pieniądze, że prześcigniesz mnie, zanim się obejrzysz.”
Jej oczy błyszczały. Coś mówiło Blythe, że te trudne treningi to małe poświęcenie, jeśli oznaczały posiadanie dziecka.
„I szczerze mówiąc”, zaśmiała się Carrie, siadając po turecku obok Blythe. „Jak to dziecko się urodzi, to nabiegam się za nim za wszystkie czasy.”
„Zabiegasz?” zapytała Blythe. „Czy oni nie... To znaczy, czy producenci zawsze nie... no wiesz?”
„Nie, jeśli będę miała na to wpływ.”
Blythe patrzyła, jak Carrie bezwiednie dotyka sztyletu przy swoim biodrze. Tego, który dostała od Walkera.
Czasem zapominała, że Carrie wciąż jest człowiekiem — ona i jej partner byli nierozłączni. Całe stado uważało, że to rzadka więź między człowiekiem a zmiennokształtnym.
Blythe zastanawiała się częściej, niż chciała przyznać, czy ona i Killian też to mają.
Albo czy mają na to jakąkolwiek szansę.
„Zgaduję, że chcesz zostać przemieniona?”
„Cóż, Walker ma dużo wątpliwości.”
„Naprawdę? Myślałam, że będzie bardzo chętny.”
Carrie uniosła oczy, ale nie podniosła głowy. „Wiesz, jak działa przemiana, prawda?”
„Tak. Po prostu stajesz się nieśmiertelna.”
„Jeśli przy tym nie zginiesz.” Carrie znów spuściła wzrok. „A to spotyka jedną na cztery kobiety.”
„Nie mów mi o statystykach. To bardzo smutne.”
„To dotyczy też ciebie, Blythe. To dwadzieścia pięć procent kobiet. To gorsze niż jakakolwiek ludzka choroba.”
„Wow.” Blythe zamilkła na chwilę. To wcale nie zmniejszyło jej własnych obaw. „Ale tobie to się nie przydarzy. Prawda?”
„Blythe.” Głos Carrie zadrżał.
Blythe przysunęła się do Carrie i chwyciła jej dłonie. „Po prostu wiem, że nie. Nie możemy cię stracić, Carrie. Walker nie może. Ja nie mogę.”
„Właśnie dlatego musimy o tym dużo rozmawiać.” Założyła kosmyk włosów za ucho Blythe. „Jeśli chcesz mojej rady, to ty i twój facet powinniście zrobić to samo.”
DEREK
Teren wokół bazy był w końcu bezpieczny. No, prawdopodobnie.
Szereg idealnie rozstawionych strażników ciągnął się po obu stronach Dereka. Co jakiś czas robili się niespokojni, ale mieli swoje rozkazy.
Zapadał zmierzch. Derek sprawdził horyzont. Było czysto, jak zawsze.
Nikt nie znajdzie Lazarus. Nikt o tym miejscu nie wiedział. Nikt nawet nie pomyślał, żeby tu sprawdzić.
W każdym razie zaczynał oddychać trochę swobodniej.
Od sześciu miesięcy producenci ciągle mówili o ochronie granic. Jeśli coś poszłoby nie tak, ukaraliby Dereka.
Nie powiedzieli mu tego wprost, ale to on zatrudnił wszystkich nowych strażników i rozstawił ich na miejscach.
I jako jedyny w tym miejscu wiedział, o co tu do cholery chodzi.
O ile w ogóle można było wiedzieć, co się tutaj dzieje.
To również Derek przemycił Blythe i Killiana z powrotem do bazy, kiedy wszystko poszło źle.
Każde z nich mogło za to zostać zabite.
Zawsze miał bardzo dobre układy z Killianem. Przed tym zdarzeniem wiedział bardzo mało o Blythe, a ona o nim.
Teraz byli blisko, w sposób, w jaki blisko są ludzie połączeni zakazaną tajemnicą. Byli więźniami, szantażowanymi własną eskapadą.
Gdyby przestępstwo miało dzieci, oni byliby tą trójką.
Od tamtej nocy ani Derek, ani Blythe, ani Killian o tym nie rozmawiali.
No, może Blythe i Killian rozmawiali o tym między sobą. Derek i tak by o tym nie wiedział.
Derek spojrzał na zegarek. Jeszcze kilka minut i skończy swoją zmianę.
Zmiana warty nocnej odbyła się niecałą godzinę temu i przebiegła bardzo gładko. Zawsze zostawał, żeby tego dopilnować — tej dziwnej, małej zmiany warty.
Ale nikt obcy nigdy na to nie patrzył. Ponieważ nikt nie wiedział o Lazarus.
Oczywiście to stado od dawna dzieliło wspólną przestrzeń. Ale sześć miesięcy temu producenci ich zamknęli.
Zbudowali płot z drutu kolczastego wokół ich budynku. Zabrali im wszystkie środki komunikacji. Zmienili ich dawny dom w więzienie.
A liczba strażników wzrosła trzykrotnie.
Derek niemal czuł wielką panikę producentów. Chcieli, żeby świat z programu był jak najdalej od prawdziwego świata.
Czasem to naprawdę przypominało bardzo długi sen na jawie.
Albo raczej koszmar.
Gatunki były oddzielone piętrami. Niedźwiedzie, psowate, kotowate i ptaki, w rosnącej kolejności, wraz ze swoimi partnerkami.
Samotne ludzkie kobiety, dawne Rozpłodowe, były rozrzucone wszędzie, aby zapobiec ich zbytniej bliskości.
Musieli mieć też specjalne pozwolenie na chodzenie między piętrami.
Derek był jednym z nielicznych szczęściarzy. Mógł wydawać takie pozwolenia.
Szczęściarzy. Prychnął pod nosem.
Alarm w jego zegarku zadzwonił.
Dał znak najbliższemu strażnikowi po swojej lewej stronie — lubił często zmieniać zastępców, żeby nikt nie poczuł się zbyt pewnie — i ruszył wzdłuż boku budynku.
Musiał odpocząć i zrzucić z siebie ten stres.
To był długi spacer do samochodu, a potem długa jazda do domu. Tak po prostu musiało być.
Jego młodsza siostra, Rowan — tak naprawdę przyrodnia siostra — ciągle wypytywała go, czym się teraz zajmuje i czym jest ta nowa „dodatkowa praca”.
Tak naprawdę to nie była jego praca na boku. To była jego główna praca. Miał inną pracę na boku, obok tej, a nie odwrotnie.
Taka była cena tajemnicy. Lazarus był tak mocno odcięty od świata, że każda informacja wyniesiona na zewnątrz mogła zniszczyć całą operację.
A producenci za wszelką cenę chcieli utrzymać ten program. Nawet po stracie Alfy i upadku pierwszej struktury.
„Przedstawienie musi trwać”, jak to często mówili.
Zdaniem Dereka ten program był kurwa chory. Ale widzom bardzo się podobał. A to właśnie widzowie rządzili.
Kiedy powiedział Rowan, wiedział, że go ocenia. Nie żeby miała do tego prawo, biorąc pod uwagę to, jak ona teraz zarabiała na życie.
Znalazł swój samochód i odpalił silnik.
To było bardzo niezwykłe, że wciąż pozwalali mu prowadzić.
Wiedział, że to tylko kwestia czasu. Producenci wkrótce mu to również zabiorą.
Na każdym spotkaniu nowa Rada ogłaszała nową, surową zasadę od producentów. Słowo „Rada” bardzo śmieszyło Dereka.
Przecież ci zmiennokształtni nie mieli tu żadnej prawdziwej władzy.
Byli tylko kukiełkami w rękach producentów.
To była tak zwana elitarna grupa. Miała po jednym przedstawicielu z każdego piętra.
I był jeszcze Milo. Ach, Milo. Wielki przywódca nad wszystkimi przywódcami. Derek był w szoku, kiedy producenci wybrali go na nowego Alfę.
Wiedział, że ci faceci kochają nagłe zwroty akcji, ale to było największe zaskoczenie tego sezonu.
Skoro wcześniej sprawy szły źle, to teraz osiągnęli już całkowite dno.
Włączył radio. Czas na chwilę przestać o tym myśleć.
BLYTHE
„Mówiłam ci, wcale nie było tak źle.”
„Blythe. Ty zemdlałaś.”
„Wcale nie! Po prostu upadłam.”
Blythe siedziała na brzegu łóżka, a Killian klęczał za nią, masując jej ramiona.
„Carrie miała całkowitą rację. Musisz przestać tak ostro trenować.”
„Nie mów mi, co mam robić.”
„Co, Carrie może ci mówić, a twój partner nie?”
„Carrie to moja trenerka”. Blythe wyciągnęła szyję, żeby spojrzeć mu w oczy. „A będzie mi tylko łatwiej, jeśli mnie przemienisz. Będę silniejsza.”
Killian zabrał dłonie z jej ramion i skrzyżował ręce na piersi. Przerabiali ten sam temat już kilka razy.
To było niebezpieczne, a Killian powiedział Blythe, że nie chce ryzykować.
Nie mógł stracić swojej partnerki. Tylko nie znowu...
„Wiesz, Walker też nie przemienił Carrie, a ona jest tutaj od lat.”
„Tak, wiem”, warknęła. „Ale on to zrobi, kiedy ona urodzi dziecko.”
„No to... może najpierw spróbujmy mieć dziecko. Dajmy sobie czas, żeby na spokojnie o tym pomyśleć...” Zamyślił się na chwilę.
„Wiesz, że kobiety nie mogą zajść w ciążę po przemianie.”
„Wiem!” Blythe gniewnie rozłożyła ręce. „Nie musisz mi o tym ciągle przypominać.”
Killian już wcześniej mówił o posiadaniu dzieci. Blythe zaczynała powtarzać w kółko to samo jak zdarta płyta.
„Po pierwsze, mam dopiero dziewiętnaście lat. Nie jestem gotowa na małe dziecko. A nawet gdybym była, to nie stanie się to w tym więzieniu. Co jeśli nadal będą nam zabierać noworodki?”
To prawda, że od czasu buntu mieszkańców Lazarus nie urodziło się żadne dziecko, i nikt nie wiedział, czy wciąż będą im zabierać nowo narodzonych synów.
Ale nie mieli też żadnych znaków, że będzie inaczej.
Killian zawsze twardo powtarzał, że nikt nie zabierze jego syna, ale biorąc pod uwagę wszystko to, co się zmieniło — wszystkich dodatkowych strażników, fakt, że utknęli w tym więzieniu i nie mogli opuścić bazy...
Jak mógłby ich w ogóle powstrzymać?
„Słuchaj, jest ciężko. Nam wszystkim”, powiedział, coraz bardziej sfrustrowany. „Ale nie mam dziś nastroju na kłótnie o to. Możemy po prostu odpocząć? Poczytać książkę albo zagrać w karty?”
Jego dłonie znów spoczęły na jej ramionach.
„I tak ty musisz teraz odpocząć. Tutaj. Połóż się na łóżku. Przyniosę więcej poduszek.”
„Czuję się dobrze.” Wstała. „Właściwie, to idę na spacer. Wrócę za niecałe pół godziny. Obiecuję ci to.”
„Blythe...”
Była już za drzwiami. Nigdy nie pamiętała kodu dostępu — producenci co jakiś czas zmieniali zamki — ale Killian na pewno wpuści ją z powrotem.
Powoli zeszła z powrotem do siłowni. Po upewnieniu się, że Blythe wróciła do pokoju z Killianem, Carrie sama została na miejscu.
Wszędzie dookoła były kamery, również na siłowni, połączone przewodami elektrycznymi. Blythe przeszły ciarki na myśl, że jakiś zboczony strażnik obserwuje tam samotną Carrie.
Zero zaufania. To było teraz główne motto Blythe.
Kiedy dotarła do siłowni, zobaczyła, że Carrie rzeczywiście wciąż tam jest. Stała na drabinie i majstrowała przy — jednej z kamer —
Co ona robi?
Blythe ledwie położyła dłoń na klamce, kiedy zobaczyła oślepiający błysk światła, a Carrie runęła na podłogę.
„Carrie!” Blythe nie mogła się powstrzymać od krzyku i potykając się, podbiegła do przyjaciółki. Spoconymi dłońmi chwyciła jej nadgarstek.
Brak pulsu.

















































