
Miłość wyrusza na Zachód, Tom 1: Kierunek Zachód
Autorzy
Lektury
226K
Rozdziały
54
Rozdział 1: Zły początek
Dziękuję jakimkolwiek bogom, którzy istnieją, za moją silną duszę. — William Ernest Henley
Dannie nie spodziewała się zbyt wiele, kiedy w końcu wysiadła z pociągu na Terytorium Arizony, ale stacja Clearbrook nie wyglądała aż tak źle – pomijając fakt, że nikt nie pomógł jej wysiąść ani nie zaproponował, że poniesie jej torbę.
Czuła się zakurzona i zesztywniała, gdy rozejrzała się po zatłoczonym peronie. Kręciło się tam wielu mężczyzn, ale żaden z nich nie wyglądał na tyle elegancko, aby być sędzią. Oczywiście sędzia Lawrence mógł wysłać kogoś innego na powitanie – nikt jednak nie sprawiał wrażenia, jakby w ogóle jej szukał.
Peron opustoszał, a ostatni pasażerowie odeszli ze swoimi bagażami. Dannie czekała jeszcze dobrych kilka minut, aż peron stał się całkowicie pusty. W końcu, starając się opanować narastającą panikę, podeszła do biura zawiadowcy stacji.
„Dzień dobry panu”, powiedziała przez ladę. „Nazywam się Danielle Preston. Właśnie wysiadłam z pociągu z Nowego Jorku. Miał mnie odebrać sędzia Grant Lawrence. Czy pytał o mnie?”
„Grant Lawrence? Ten sędzia?” Zawiadowca stacji, starszy pan z siwymi włosami i brodą, pokręcił głową. „Do licha, panienko. Pan Lawrence nie żyje.”
Oczy Dannie rozszerzyły się, a w głowie miała pustkę. Przez kilka sekund mogła tylko wpatrywać się w zawiadowcę, bo z powodu szoku odebrało jej mowę.
„Nie żyje”, zdołała w końcu wykrztusić. „Ale... ale jak to? Dostałam od niego list niecałe dwa tygodnie temu.”
„Nie wiem, o jakich tygodniach pani mówi, panienko, ale sędzia Lawrence zmarł jakieś pięć dni temu. Kulka w głowę. Zginął na miejscu.”
To było trochę więcej szczegółów, niż Dannie chciała poznać, więc skrzywiła się z niesmakiem. Margaret ostrzegała ją przed dzikimi obyczajami Zachodu, ale to było po prostu nie do wiary.
„A co z jego żoną i córką?”
„Wróciły na Wschód do swojej rodziny. Pojechały wczoraj rannym pociągiem. Kobiecie samej nie jest tutaj łatwo, a ona nie miała tu żadnych krewnych do pomocy. Kim pani dla nich była?”
„Miałam być guwernantką panny Lawrence”, odpowiedziała powoli Dannie. „Nie mogę uwierzyć, że nikt mnie nie powiadomił o tej tragedii.”
„Może i wysłała list”, powiedział zawiadowca ze wzruszeniem ramion, „ale pewnie nie dotarł do pani na czas. Kable telegraficzne były zerwane, więc telegram nie wchodził w grę.”
„Były zerwane? Czy teraz już działają?”
„Ach, te kable. Zrywają się, naprawiają je, a potem znowu się zrywają. Nigdy nie wiadomo, dopóki nie pójdzie się na pocztę.”
„Rozumiem.” Zapadła chwila pełnej osłupienia ciszy, podczas której Dannie próbowała zdecydować, co powinna zrobić dalej. „Będę potrzebowała miejsca na nocleg”, powiedziała w końcu.
Zawiadowca pokiwał głową ze współczuciem. „Jutro o 9:12 jest pociąg powrotny na Wschód. Zobaczę, czy ktoś mógłby podwieźć panią do hotelu.”
„Będę bardzo wdzięczna.” Dannie lekko się uśmiechnęła.
Nie żyje? Jej pracodawca, pan Lawrence, nie żyje? Pomyśleć, że zaledwie dwa tygodnie temu dostała od niego list, a w tak krótkim czasie został z zimną krwią zamordowany.
Ale to wcale nie było najgorsze.
Teraz utknęła pośrodku pustkowia, bez pieniędzy na pociąg powrotny do cywilizacji.
Zawiadowca przyprowadził młodego mężczyznę do pomocy. Dannie, z szeroko otwartymi z przerażenia oczami, poszła za nim ze stacji do wozu. Pomógł jej wsiąść, po czym poszedł po jej kufry.
„Co też pani tam trzyma, proszę pani?” zapytał. Wytarł pot z twarzy spraną chustką, kiedy już załadował jej bagaże. „Cegły?”
„Książki.” Dannie nie miała ochoty na rozmowę. Miała zbyt dużo na głowie.
Kiedy ruszyli ze stacji i jechali szeroką, zakurzoną, zatłoczoną ulicą, Dannie rozglądała się z ciekawością. Całe miasteczko zdawało się składać z tej jednej ulicy. Większość budynków po obu stronach zbudowano z drewna; niektóre z nich miały szyldy, inne nie, jedne były dość wyszukane, a inne raczej zaniedbane.
Więc tak właśnie wyglądało gwarne miasteczko na Zachodzie. Jej rodzinne Collingham w Anglii uważano za małą wioskę, ale wydawało się o wiele bardziej ułożone i spokojne.
„Więc, um, jest pani mężatką?” zapytał nagle woźnica. To pytanie całkowicie zaskoczyło Dannie.
„To bardzo niegrzeczne pytanie”, odparła szybko. „A co to pana obchodzi, proszę pana, czy mam męża, czy nie?”
„Mój ojciec jest zawiadowcą stacji”, kontynuował chłopak wcale nie zniechęcony, „a kiedy przejdzie na emeryturę, planuję zająć jego miejsce. Płaca jest dobra. Na razie mu pomagam, mamy też przytulny domek i podwórko z kurczakami.”
Przez chwilę biedna Dannie w ogóle nie mogła mówić. „Czy pan... czy pan prosi mnie o rękę?” wykrztusiła w końcu w szoku.
„Chyba tak. Co pani na to? Skoro sędzia Lawrence wącha kwiatki od spodu, a jego żony już nie ma, pewnie nie chce pani, żeby ta podróż była całkowitą stratą czasu i pieniędzy.”
„Ale... ale przecież pan mnie wcale nie zna!”
„Nieźle pani wygląda, a sądząc po tych wszystkich książkach, wnioskuję, że jest pani wykształcona. Nie miałbym nic przeciwko wykształconej żonie. Niewielu ludzi tutaj taką ma.”
Dannie zacisnęła usta w wąską kreskę i posłała chłopakowi zimne spojrzenie. „Proszę po prostu zawieźć mnie do hotelu”, powiedziała tylko.
Reszta drogi minęła w ciszy. W końcu dotarli do dwupiętrowego budynku. Na dużym szyldzie widniał napis Callaway’s Bed and Breakfast. Na ten widok Dannie odetchnęła z ulgą.
Jej niezbyt uroczy woźnica pomógł jej zejść i poszedł wypakować bagaże. Dannie obserwowała go przez chwilę, po czym weszła do środka. Kiedy otworzyła drzwi, nad jej głową zadzwonił dzwonek.
„Witam panienkę, w czym mogę pomóc?” zapytał mężczyzna za ladą. Jego siwiejąca głowa była odkryta, a miły uśmiech sprawiał, że jego piwne oczy jasno błyszczały. „Zgaduję, że właśnie zeszła pani z pociągu.”
„Zgadza się.”
„Proszę usiąść. Założę się, że jest pani wykończona.”
Dannie z wdzięcznością usiadła na jednym z krzeseł. Chociaż jechała pociągiem przez wiele godzin, z powodu ogromnego zmęczenia jej nogi wydawały się bardzo słabe.
„Zgaduję, że przyjechała pani tutaj, aby poślubić kogoś z listów. Czy pani wybranek się nie zjawił?”
Dannie posłała mężczyźnie zdezorientowane spojrzenie, lecz on zdawał się tego wcale nie zauważać i po prostu gadał dalej.
„Proszę się nie martwić. Jest tu wielu panów, którzy szukają żony, więc bardzo szybko znajdzie pani sobie innego męża.”
„Wydaje się, że wielbicieli jest tu całkiem sporo”, zamyśliła się Dannie, rzucając okiem na młodego mężczyznę sapiącego przy wnoszeniu pierwszego kufra. „Ale nie przyjechałam na Zachód po męża. Miałam być guwernantką panny Lawrence, córki zmarłego sędziego.”
„Ach, to niefortunny obrót spraw”, współczuł jej mężczyzna. „Byliśmy wszyscy w niemałym szoku, kiedy znaleźli sędziego martwego w biurze, ale tak to już tutaj bywa. Tutaj nie ma żadnych zasad. Tak przy okazji, nazywam się Caleb Callaway. A jak pani się nazywa?”
„Danielle Preston.”
„To bardzo ładne imię, panienko. Zgaduję, że nie jest pani z tych stron. Przyjechała pani z Londynu?”
„Nie, nie z Londynu. Z Collingham.”
„No proszę, a byłem pewien, że jest pani z Anglii.”
„Jestem z Anglii. Collingham to małe miasteczko na północy kraju, niedaleko miasta Leeds.”
Młody mężczyzna wniósł do środka drugi kufer. Dannie zapłaciła kierowcy, który poprosił, żeby jeszcze raz przemyślała jego ofertę, i wyszedł, wyglądając na pełnego nadziei.
„Czy wszyscy panowie oświadczają się pierwszej napotkanej dziewczynie?” zapytała Dannie pana Callawaya. Mężczyzna się zaśmiał.
„Thomas Jackson zawsze mówi to, co myśli, ale wielu mężczyzn tutaj bardzo potrzebuje żony. Nie ma tu zbyt wielu samotnych pań. Pozwoli pani, że zaniosę te kufry do pokoju. Czy jutro wsiądzie pani w pociąg powrotny na Wschód, skoro sprawy z rodziną Lawrence'ów tak źle się potoczyły?”
Dannie spojrzała na swoje bagaże, a potem znowu popatrzyła na pana Callawaya. „Mówiąc szczerze, proszę pana, nie stać mnie na bilet powrotny. Wydałam większość moich pieniędzy na podróż w tę stronę. Pan Lawrence miał mi zrekompensować te koszty, ale teraz nie może tego zrobić. Nie jestem jeszcze pewna, co pocznę.”
„To bardzo niefortunne”, powiedział z troską pan Callaway. „Naprawdę bardzo niefortunne. Proszę się jednak nie martwić, na pewno coś się wymyśli. Może pójdzie pani odpocząć po długiej podróży?”
To była dobra rada, więc Dannie z wdzięcznością poszła za nim do pokoju na drugim piętrze. Zastanowi się, co robić dalej, kiedy tylko się umyje i prześpi. Musiała to wszystko dobrze przemyśleć i się pomodlić.
Może Margaret miała rację; może nie powinnam była tu przyjeżdżać. Może powinnam była zostać w Nowym Jorku, albo wrócić do Anglii.
O czym ja w ogóle myślałam, przyjeżdżając na Zachód całkiem sama?















































