
Nauczę Cię, Naucz Mnie
Autorzy
Lektury
3,5M
Rozdziały
46
Rozdział 1
AVERY
Jest piątek, w porze lunchu, kiedy klinika zazwyczaj jest zamknięta na godzinę. Jestem pochłonięta oglądaniem na YouTube urywka dawnej walki UFC. Wtem dzwonek nad drzwiami odrywa moją uwagę od nagrania i mojej sałatki.
„Przepraszam, klinika jest zamknięta z powodu przerwy na lunch”, zaczynam mówić, podnosząc wzrok znad ekranu komputera.
Rozmarzone westchnienie wyrywa się z moich ust, gdy do środka wchodzi znajomy, wysoki mężczyzna o czarnych włosach. Trzyma pod pachą szczeniaka czarnego labradora, zupełnie jak piłkę. Rozpoznaję go w ułamku sekundy.
Reed Everett, najlepszy przyjaciel mojego starszego brata i główny bohater wszystkich moich nastoletnich fantazji, stoi prosto przede mną.
Czuję, jak moje policzki płoną. Jego wygląd niewiele się zmienił. Wciąż jest tak samo przystojny, jak zapamiętałam. Rzekłabym nawet, że stał się jeszcze bardziej atrakcyjny, od kiedy widziałam go po raz ostatni. Lata spędzone na walkach MMA było wyraźnie widać po jego twardym, wyrzeźbionym ciele.
O wiele bardziej seksowny, myślę, przyglądając mu się uważnie.
Rozpoznanie maluje się na jego twarzy, łagodząc jego ostre rysy.
„Mała Avery Morris?”
Na dźwięk tego przezwiska ogarnia mnie nagła irytacja. Zawsze nazywał mnie Małą Avery, mimo że jestem od niego młodsza tylko o trzy lata. Nie powinnam być zaskoczona, że wciąż denerwuje mnie to tak samo jak kiedyś.
Jego usta układają się w uśmiech, który pamiętam aż zbyt dobrze. Ten beztroski, zniewalająco seksowny uśmiech. Obserwowałam, jak obdarowywał nim wszystkie dziewczyny, które uganiały się za nim i za moim bratem. Uśmiech, który posyłał wszystkim dziewczynom z wyjątkiem mnie.
Mój żołądek wywraca się do góry nogami, gdy mężczyzna podchodzi do lady. Daję sobie chwilę na uspokojenie bijącego serca, zanim znów się odzywam. Posyłam mu szeroki uśmiech i mam nadzieję, że się nie zdradzę. Przez te wszystkie lata udało mi się utrzymać w tajemnicy moje zauroczenie nim. Zamierzam zadbać o to, by tak pozostało.
„Reed Everett—”
„A ten facet wciąż napiera!” krzyczy głos spikera przez głośniki komputera. „Mówię wam, nikt nie przyjmuje ciosów tak jak Ever—”
Szybko pauzuję nagranie. Moja twarz płonie, bo dopiero za drugim razem udaje mi się uciszyć komentatora sportowego. Chrząkam i spoglądam w górę z napiętym uśmiechem.
„Przepraszam za to. Wyskakujące okienko. Tak czy inaczej, co robisz w Nowym Jorku? Myślałam, że mieszkasz w Seattle?”
Mały szczeniak pod jego pachą wierci się i piszczy. Reed poprawia swój chwyt, aż w końcu mogę zobaczyć słodki pyszczek zwierzaka. Moje serce topnieje na widok jego wielkich, czekoladowych oczu.
„Przeprowadziłem się tutaj cztery miesiące temu”.
Mój uśmiech lekko przygasa.
Reed Everett jest w Nowym Jorku od bitych czterech miesięcy, a mój brat nawet o tym nie wspomniał?! Rozmawiam z Joshem prawie co tydzień! Mogłam oprowadzić go po Manhattanie. Mogliśmy razem zwiedzać Central Park albo podziwiać widoki ze szczytu Empire State Building.
Jakby czytając w moich myślach, Reed dodaje: „Miałem do ciebie zadzwonić, ale Josh stwierdził, że jesteś zbyt zajęta pracą, żeby mnie oprowadzić”.
Jasne, że tak powiedział, myślę. Zabiję go.
„Och, tak. W porządku”. Wzruszam ramionami, próbując ukryć moją frustrację, po czym wstaję. „Jak wabi się ten maluch?”
„Champ”.
„Cześć, Champ”, nucę pieszczotliwie, przejmując od niego tę radosną kulkę futra. „Przyszliście na wizytę kontrolną?”
Przeczesuje dłonią swoje ciemne włosy, skoro w końcu ma wolne ręce. „Tak. To jednak jego pierwszy raz, więc bądź delikatna”.
Wymyka mi się zawstydzający chichot, zanim zdążę go powstrzymać.
„Właściwie nie robię tu nic poza rejestrowaniem zwierząt i odprowadzaniem ich do doktora Collinsa”, mówię cicho. Pieczenie moich policzków nasila się dziesięciokrotnie.
Mężczyzna marszczy brwi. „Josh mówił, że chcesz iść na studia weterynaryjne”.
Kiwam głową, podczas gdy szczeniak liże moje palce swoim maleńkim językiem. „Zgadza się. Pracuję nad tym. To po prostu drogie, a znalezienie czasu bywa sporym wyzwaniem”.
„Rozumiem to”, odpowiada. Opiera się o ladę, a mięśnie na jego ramionach napinają się, gdy próbuje zerknąć na mój ekran komputera. „Więc interesujesz się MMA?”
Opuszczam głowę, udając, że szukam dla niego jakichś formularzy. „Eee, nie do końca. Oglądam urywki od czasu do czasu... głównie dla... chwytów z samoobrony”.
Chwytów z samoobrony? Co ja w ogóle wygaduję?!
Unosi brwi. Staram się nie skrzywić, gdy podaję mu podkładkę z dokumentami i długopis. Odbiera je ode mnie, po czym zaczyna stukać długopisem o swoje ramię.
„Widziałaś kiedyś którąś z moich walk?”
Tak. Wszystkie.
Posyłam mu niewinny uśmiech. „Walczysz w MMA?”
Wzdycha. „Jezu, twój brat nic ci nie mówi? Przeszedłem na emeryturę w zeszłym roku. Byłem jednak drugi na świecie w swojej kategorii wagowej. Zaliczyłem nawet kilka wydarzeń na żywo w systemie pay-per-view. Jestem zaskoczony, że nie widziałaś jeszcze nagrania z żadnej mojej walki”.
Nie przyznaję się, że widziałam każdą z nich. Siedziałam przyklejona do ekranu, gdy Reed tańczył w oktagonie z rękawicami na dłoniach i ogniem w oczach, mierząc się ze swoimi przeciwnikami.
„Och”, mówię cicho. Przesuwam szczeniaka w ramionach i pozwalam sobie naprawdę dobrze przyjrzeć się stojącemu przede mną mężczyźnie.
Z pewnością wygląda jak doświadczony wojownik. Jego sylwetka jest wyrzeźbiona niczym śmiercionośna broń. Szerokie barki wypełniają jego czarną koszulkę. Są powiększone mięśniami, których budowanie musiało zająć lata. Z każdego rękawa wystają mu nabrzmiałe bicepsy, a materiał napina się na jego potężnych ramionach.
Boże, myślę. Jakie to uczucie, mieć te umięśnione ramiona ciasno owinięte wokół siebie? Czuć, jak to twarde ciało wgniata mnie w materac?
W kąciku jego ust pojawia się figlarny uśmieszek, gdy wpatruję się w niego zbyt długo. Otrząsam się z tych wyobrażeń i pochylam się, aby spojrzeć w monitor. Przeklikuję się przez nasz harmonogram.
„Zobaczmy, czy doktor ma dzisiaj czas na pacjenta bez umówionej wizyty”.
Podchodzi bliżej i zagląda zza lady. Jego wzrok pada na skrawek papieru, na którym nabazgrano kilka rysunków. Jego brwi wędrują w górę.
„Co to do cholery jest?” pyta z chichotem.
Zerkam w dół i zauważam kiepsko narysowanego penisa. Moja najlepsza przyjaciółka i współlokatorka, Olive, zostawiła to, kiedy była tu po raz ostatni. Wzdycham głośno i szybko chowam nieprzyzwoity szkic pod kolorowym magazynem.
„Och! T-to nic takiego”, jąkam się.
„Czy to jest to, o czym myślę?” pyta, a uśmiech dociera do jego oczu.
„N-nie wiem, co masz na myśli”, odpowiadam. Chrząkam i na próżno próbuję opanować moje zawstydzenie.
On jednak śmieje się gardłowo. Pochyla się, odsuwa magazyn i przygląda się rysunkowi. „Czy to jest kutas, Avery?”
Szczeniak o mało nie wyskakuje z moich ramion.
„To nie ja to narysowałam”, wyrzucam z siebie pośpiesznie.
„Cóż, to chyba dobrze”. Wzrusza ramionami, tłumiąc kolejny śmiech. „To całkiem mały kutas. Mam nadzieję, że miałaś do czynienia z lepszymi wzorcami”.
Mam pustkę w głowie. Nigdy wcześniej mi tak nie dokuczał. Szczerze mówiąc, chyba nigdy nie użył słowa kutas ani innych seksualnych określeń w mojej obecności. Szczególnie pod czujnym okiem mojego nadopiekuńczego brata.
Uniesienie jego brwi daje mi do zrozumienia, że czeka na odpowiedź. Chcę odpowiedzieć mu czymś uroczym i dowcipnym. Jednak doktor Collins wchodzi do kliniki, zanim mam ku temu okazję. Żywy uśmieszek na twarzy Reeda słabnie. Mężczyzna robi krok do tyłu, a ja przenoszę uwagę na mojego szefa.
„Jak minął lunch, doktorze Collins?”
„Już o tym rozmawialiśmy, Avery. Proszę, mów mi Matt”.
Zatrzymuje się przy wieszaku koło drzwi, aby wsunąć na siebie fartuch laboratoryjny. Wkłada długopis do kieszeni na piersi.
„Racja, przepraszam. Chyba nie masz dzisiaj czasu, żeby wcisnąć tego szczeniaka w grafik, prawda?” pytam z nadzieją. Posyłam mu jeden z moich najlepszych uśmiechów, aby poprzeć moją prośbę.
Znam jego harmonogram. Wiem, że jest zajęty aż do samego zamknięcia kliniki. Chcę jednak móc pomóc Reedowi.
Doktor Collins patrzy na mnie, potem na Reeda, po czym znów skupia wzrok na mnie.
„Pełnego badania zdecydowanie nie można nazwać »wciskaniem« w grafik”, odpowiada. Podchodzi bliżej, aby podrapać szczeniaka między uszami.
Wiem o tym. To jednak nie zmienia faktu, jak bardzo pragnę dać Reedowi to, o co prosił.
Reed wzrusza ramionami. „Nic nie szkodzi. Mogę wrócić w poniedziałek, jeśli znajdzie się wolny termin”.
Puszcza do mnie figlarnie oczko. W tym czasie ja przeglądam harmonogram i znajduję wolne miejsce na poniedziałkowy poranek.
„Mamy wolny termin o dziewiątej trzydzieści”.
„Idealnie. Zapisz nas”.
Ruszam w jego stronę, aby oddać mu szczeniaka. Kiedy podchodzi blisko, wyciągając ręce po wiercącego się Champa, jego woda kolońska otacza mnie odurzającą mgiełką.
„Naprawdę miło było cię znowu zobaczyć, Avery”.
Stoję nieruchomo, gdy ociera się o mnie, przejmując psa z moich rąk. „Tak, ciebie również, Reed”.
Macha mi na pożegnanie, wychodząc przez drzwi. Moje serce zamiera, gdy znika mi z oczu. Chcę go zawrócić, ponieważ minęło zbyt wiele czasu, odkąd widzieliśmy się po raz ostatni. Chcę zapytać go, co robił przez ostatnie sześć lat.
Chcę posłuchać, jak opowiada o walkach MMA. Albo zapytać, czy w końcu kupił Mustanga, o którym zawsze marzył. Albo dowiedzieć się, czy z kimś się spotyka. Chcę zadać mu milion pytań. Niestety, znika, zanim mam ku temu okazję.
To strasznie banalne, że dorastając, byłam zapatrzona w najlepszego przyjaciela mojego brata. Ale tak właśnie było. Zawsze kręcił się wokół Josha. Im więcej czasu spędzał w moim domu, tym częściej moje myśli błądziły w kierunkach, w których nie powinny.
Każdej nocy marzyłam o tym, by go pocałować i poczuć jego mięśnie pod moimi palcami. Wyobrażałam sobie, jak by to było, gdyby to on był moim pierwszym. Kręciłam się w pobliżu drzwi mojego pokoju tylko po to, by rzucić okiem, jak wychodzi z łazienki po treningu piłki nożnej. Miał wtedy ręcznik owinięty wokół bioder, a jego ciało wciąż było mokre po prysznicu.
Opieram się na krześle. Jestem zbyt rozkojarzona nagłym powrotem Reeda, żeby się na czymkolwiek skupić. Nawet nie zauważam, że nadszedł czas wyjścia. Orientuję się dopiero, kiedy doktor Collins puka w górną krawędź mojego monitora.
„Do zobaczenia w poniedziałek, Avery”.
Mrugam kilka razy, aby uwolnić umysł od myśli o Reedzie. Zmuszam się do słabego uśmiechu.
„Do zobaczenia w poniedziałek, doktorze Collins”.














































