
Nowe początki
Autorzy
Lektury
520K
Rozdziały
20
Rozdział 1
CHELSEA
Budzę się na dźwięk budzika, z ekscytacji prawie wyskakując z łóżka. Jestem bardziej niż gotowa na pierwszy dzień w nowej pracy. Kocham to, co robię. To był naprawdę trudny rok, ale to jest wreszcie mój nowy początek.
Kiedy kilka miesięcy temu po tragicznym rozdziale mojego życia w Miami opadł kurz, spakowałam się i wyruszyłam w podróż po kraju bez konkretnego planu.
Nie byłam do końca pewna, czego szukałam, ale podczas zwiedzania okolic Chicago natknęłam się na wspaniały dom w stylu kolonialnym na przedmieściach Evanston, blisko jeziora. Był idealny.
Znalazłam więc pracę w okolicy, złożyłam ofertę kupna domu i sześć tygodni później się wprowadziłam!
Wchodzę do łazienki, czując się jak rozemocjonowana nastolatka, żeby zrobić makijaż. Zawsze lubiłam styl glamour, ale dziś stawiam na bardziej naturalny wygląd, jedynie podkreślając moje rysy.
Szykując się, uważnie przyglądam się sobie w lustrze. Moje łagodne, brązowe oczy otaczają długie, gęste rzęsy. Moje usta są pełne, a wysokie kości policzkowe idealnie pasują do wąskiej szczęki.
Moje blond włosy sięgają połowy pleców, opadając w miękkich falach. Wyglądam dobrze. Zawsze lubiłam emanować aurą szefowej i obecnie wychodzi mi to perfekcyjnie.
Na pierwszy dzień wybrałam białą, prążkowaną, dopasowaną sukienkę ze złotymi guzikami, w zestawie z ulubionymi cielistymi czółenkami. Na szczęście jest wiosenna pogoda, więc nie będę dziś potrzebować płaszcza. Zdecydowanie nie uśmiecha mi się wizja mojej pierwszej prawdziwej chicagowskiej zimy.
Szybko schodząc na dół, chwytam kubek termiczny z kawą, a także moją dużą torbę od Tory Burch, której używam do pracy, z laptopem i portfolio w środku. Wskakując do srebrnego Mercedesa GLE, spoglądam jeszcze raz na dom i uśmiecham się.
Nic dziwnego, że zakochałam się w tym miejscu: to dwupiętrowy, biały dom w stylu kolonialnym z ciemnoniebieskimi okiennicami i drzwiami wejściowymi. Jest duży, ma znacznie więcej miejsca, niż tak naprawdę potrzebuję, ale mam nadzieję, że pewnego dnia znów będę mieć rodzinę.
Z pięcioma sypialniami, domowym biurem, małą biblioteką/czytelnią i dużą, zupełnie nową kuchnią, to miejsce wręcz krzyczy „rodzina”.
Wyjeżdżam tyłem z podjazdu i ruszam do miasta do pracy. Jestem najnowszą agentką w Lockwood Real Estate, obiecującej butikowej agencji nieruchomości. Prowadzi ją Anne Lockwood, kobieta o niesamowitej sile.
Po rozwodzie dziesięć lat temu Anne nie miała absolutnie niczego, więc zdobyła licencję agentki nieruchomości i założyła własną firmę.
W pierwszym roku pracowała tylko ona, ale teraz ma piętnaście agentek nieruchomości i pięć asystentek, pracujących z nieruchomościami w całym mieście. Aha, no i zatrudnia tylko kobiety. Jest dla mnie prawdziwą inspiracją!
Byłam już kilka razy w biurze Lockwood, poznałam wszystkich tutaj pracujących, a nawet przydzielono mi gabinet, więc nie jest aż tak strasznie. „Hej, Kelly” – witam się z recepcjonistką, wychodząc z windy.
„Hej, kochana!” – mówi, promiennie się uśmiechając. Kelly jest drobną blondynką i nosi pasteloworóżowy bliźniak, jakby to wciąż były lata pięćdziesiąte. „Gotowa na pierwszy dzień?”
„Zawsze gotowa” – odpowiadam i pokazuję jej kiczowaty kciuk w górę, w duchu robiąc facepalma w tej samej chwili.
Przestrzeń jest duża i otwarta, z gabinetami po obu stronach i kilkoma salami konferencyjnymi pomiędzy nimi. Pośrodku znajduje się wolna przestrzeń z biurkami dla asystentek.
Nikt nie ma tutaj prywatnej asystentki; kiedy potrzebujemy pomocy, mamy po prostu poprosić tę, która akurat jest wolna. Myślę, że to będzie wymagało trochę przyzwyczajenia. W firmie w Miami miałam świetne relacje ze swoją asystentką.
Znajduje się tu również przestronna strefa wypoczynkowa z dużymi, wygodnymi kanapami. Za recepcją mieści się kuchnia z, dzięki Bogu, najnowocześniejszym ekspresem do kawy. Opróżniam mój kubek termiczny i idę prosto po dolewkę. Jestem miłośniczką kawy, widać?
Wchodzę do swojego gabinetu, odkładam torbę i daję sobie chwilę, by nacieszyć się przestrzenią. Wszystkie biura mają duże okna z widokiem na miasto i szklane ściany wychodzące na wspólną przestrzeń, więc wszędzie dookoła jest jasno. Absolutnie to uwielbiam.
Biorąc mojego iPada i Apple Pencil, ruszam do sali konferencyjnej, gotowa na moje pierwsze poniedziałkowe spotkanie. Kiedy rozglądam się po wszystkich twardych babkach wchodzących do pokoju, wyczuwam w atmosferze prawdziwą siłę.
Znajduję puste miejsce, podziwiając piękną, superwygodną białą skórę krzesła, na którym się rozsiadam. Następnie wchodzi Anne Lockwood i szmer cichych rozmów milknie. Jak mówiłam, Anne to potężna kobieta.
„Dzień dobry, panie” – wita się. Zaczyna od omówienia nowych nieruchomości, które trafią na sprzedaż, a inne agentki przekazują krótkie informacje o projektach zdobytych w zeszłym tygodniu lub sfinalizowanych transakcjach.
Każdy jest tu na bieżąco ze wszystkim. Uwielbiam tę koleżeńską atmosferę.
„A na koniec chciałabym powitać w zespole nasz nowy nabytek, Chelsea Tanner” – kończy Anne, po czym wszystkie biją brawo. „Chelsea, chciałabyś powiedzieć kilka słów?”
„Ja…” Anne posyła mi zachęcający uśmiech. „Chciałam tylko powiedzieć…” Nie jestem gotowa na bycie w centrum uwagi. Znam te kobiety i jak dotąd wszystkie były bardzo wspierające, ale naprawdę nie jestem typem mówcy.
„Lockwood Real Estate już teraz przypomina mi dom. Chicago również wydaje się domem. Naprawdę mam nadzieję, że zdołam udowodnić, że jestem warta zgotowanego mi przez was powitania” – mówię.
Wszystkie znów biją brawo, a potem jedna z agentek – chyba ma na imię Rochelle – krzyczy: „Koniec z tymi czułościami. Chodźmy zarabiać pieniądze!”
„Dokładnie!” – mówi Anne. Ogłasza zamknięcie spotkania i przywołuje mnie gestem, bym dołączyła do niej w jej gabinecie.
Siadając w jej dużym, nienagannie urządzonym gabinecie, czuję się niemal mała. Jestem dobra w tym, co robię, i absolutnie to uwielbiam. Jednak w Miami pracowałam w firmie mojego ojca, gdzie byłam jedną z czworga pracowników w przytulnym, małym biurze.
Radziliśmy sobie dobrze i obsługiwaliśmy mnóstwo klientów, zarówno dużych, jak i małych, ale to było coś nieco innego.
„Przepraszam, jeśli poczułaś się zakłopotana” – mówi Anne, opierając się wygodnie na krześle. „Cieszę się jednak, że powiedziałaś, że czujesz się tu jak w domu. Tego właśnie dla ciebie chcę”.
Uśmiecham się do niej. „Planuję być twoją najlepszą pracownicą”.
„Świetnie” – mówi Anne, odwzajemniając uśmiech. „Wiem, że nie zbudowałaś tu jeszcze własnego portfolio nieruchomości, i pomyślałam, że pomogę ci zacząć z dużym rozmachem”.
„Jest nowy deweloper, z którym chcemy podpisać umowę. Rodzinna firma, Oberlin Enterprises. Wybudowali połowę wieżowców na Manhattanie, a teraz syn przyjechał do Chicago, by wybudować kilka nowych wieżowców, zarówno komercyjnych, jak i mieszkalnych”.
„Chciałabym, żebyś się z nim spotkała. Jeśli uda ci się pozyskać Oberlina jako klienta, od pierwszego dnia wyrobisz sobie w tym mieście reputację”.
Mrugam, oniemiała. „Jesteś pewna, że chcesz, żebym to zrobiła?”
„Absolutnie. Jesteś nowa w mieście, Alec Oberlin też jest nowy w mieście, i do tego jest w twoim wieku. Przejrzałam portfolio projektów, którymi zarządzałaś w Miami, i naprawdę uważam, że jesteś idealną osobą do tego zadania, Chelsea”.
„Dziękuję, pani Lockwood” – odpowiadam z entuzjazmem. „Czuję się zaszczycona”.
„Proszę” – mówi – „mów mi Anne. Wyślę ci maila z danymi kontaktowymi do Aleca, żebyś mogła jak najszybciej umówić się na spotkanie”.
Z powrotem przy biurku, spieszę się, by otworzyć maila od Anne i wybrać numer do Aleca Oberlina, starszego wiceprezesa Oberlin Enterprises. Odbiera po trzecim dzwonku.
„Alec Oberlin”. Jego głos jest gładki i seksowny, z ledwo zauważalną nutką chrypki.
„Dzień dobry, panie Oberlin, nazywam się Chelsea Tanner. Pracuję dla Lockwood Real Estate”.
„Dzień dobry, pani Tanner. W czym mogę pomóc?” Coś w barwie jego głosu naprawdę mnie podnieca; to trochę rozpraszające, ale jestem kobietą z misją, więc biorę głęboki oddech i przechodzę do rzeczy.
„Pani Lockwood wspomniała, że rozwija pan nowe inwestycje tu w Chicago. Chciałabym umówić się z panem na spotkanie, aby omówić możliwość zajęcia się przez nas sprzedażą”.
Przez chwilę milczy, a ja boję się, że już go straciłam. Z pewnością po przyjeździe do miasta ma milion innych spraw na głowie.
„Cóż, pani Tanner” – mówi – „jestem zaintrygowany. Co powie pani na to, żebyśmy spotkali się dziś na lunchu? Zatrzymałem się w hotelu Marriott; proszę dołączyć do mnie we Florentine w samo południe”.
Tak! „W takim razie do zobaczenia” – odpowiadam, a on się rozłącza.
Zerkam na zegarek; jest 11:00. Otwieram wyszukiwarkę Google, planując szybki research, zanim będę musiała wyjść na lunch. Kiedy jednak znajduję zdjęcie Aleca Oberlina na stronie firmy, muszę się zatrzymać, by pozbierać szczękę z podłogi.
Na zdjęciu Alec uśmiecha się do obiektywu, jakby dokładnie wiedział, jak seksownie wygląda. Sprawia wrażenie wysokiego, wyjątkowo dobrze ubranego, z ciemnymi, starannie ułożonymi włosami i gładko ogoloną twarzą.
Jego rysy twarzy wyglądają, jakby zostały wyrzeźbione przez boga. Jak mam przetrwać lunch z tym zniewalająco atrakcyjnym mężczyzną, nie mówiąc już o długoterminowej współpracy z nim?
Wyszukiwarka obrazów Google pokazuje go na okładkach mnóstwa magazynów. Zawsze jest elegancko ubrany i zadbany, w ewidentnie drogich ubraniach. Jednak na niemal każdym zdjęciu ma u boku inną dziewczynę.
A więc Alec to playboy. To trochę ułatwia sprawę. Nie mam ochoty być tylko kolejnym trofeum w jego kolekcji.
Resztę godziny spędzam na sprawdzaniu inwestycji Oberlin Enterprises i tego, czym zazwyczaj się zajmują. Przeglądam też kilka miejsc, które mogłyby być odpowiednie na ten nowy projekt, i przygotowuję krótką prezentację.
Naprawdę bardzo chcę zdobyć ten projekt. Jeśli mi się to uda, będę miała potężne portfolio od samego początku i zbuduję sobie reputację u Anne oraz reszty dziewczyn.
Zbierając się na lunch, stanowczo powtarzam sobie, że motyle w brzuchu to tylko nerwy. To wszystko. Nerwy przed prezentacją sprzedażową, którą mam zamiar poprowadzić.
Nie mają nic wspólnego z seksownym głosem Aleca Oberlina, z tym, jak drogie garnitury leżą na jego szerokich ramionach, jego idealną twarzą modela ani faktem, że wkrótce zobaczę to wszystko na żywo.
Biorę głęboki oddech, próbując się uspokoić. Dam radę! Prawda?














































