Galatea Logo
ListyPomoc
Wilkołaki i zmiennokształtni
Mafia
Romans z miliarderem
Romans z dręczycielem
Powolnie rozwijający się romans
Od wrogów do kochanków
Romans paranormalny
Przeznaczeni sobie partnerzy
Historie sportowe
Powieści dziejące się na uniwersytecie
Historie o drugiej szansie
Zobacz wszystkie kategorie
Ocena 4,6 w App Store
Regulamin korzystania z usługiPrywatnośćPrawo do odstąpienia od umowyNota prawna
Galatea on FacebookGalatea on InstagramGalatea on TikTok
Cover image for Okrucieństwo nauki tom 1: Bez litości

Okrucieństwo nauki tom 1: Bez litości

Autorzy
Ziggy Silver
Lektury
17.7K
Rozdziały
40
Autorzy
Ziggy Silver
Lektury
17.7K
Rozdziały
40
🧶BDSM🖤Mroczne👱🏽‍♀️Nastolatki🔒Wymuszona bliskość👩🏽‍🎓Studenci🏙️Współczesne💰Miliarderzy💪🏻Samce alfa💪SIlne kobiety🤑Miliarderzy🎓Nowy dorosły i studia

Stypendium. Kontrakt. Rok służby u Rafe’a Ashforda. Jest piękny. Niebezpieczny. I posiada ją na własność. Kit przetrwa upokorzenie. Okrucieństwo. Ale nie przetrwa tego, jak się czuje, gdy on staje się delikatny. Nienawidzi go. Pragnie go. Oba te stwierdzenia są prawdziwe.

Rozdział 1: Blackthorne College

Taksówka kosztuje pięćdziesiąt dwa funty. Patrzę, jak kwota na taksometrze rośnie, gdy krążymy wąskimi drogami. Po obu stronach ciągną się żywopłoty, tak idealne, jakby ktoś przycinał je nożyczkami do paznokci.
To prawie trzy zmiany w smażalni ryb. To jedzenie na cały tydzień, jeśli potrafisz oszczędzać. To różnica między jedzeniem a byciem głodnym, gdy opuszczasz system opieki z niczym.
Ale tych pieniędzy już nie ma. Zostały wydane.
Stypendium pokrywa czesne i zakwaterowanie. Ale dojazd tutaj? Za to muszę zapłacić sama.
Na koncie zostało mi pięć funtów, a w gotówce mam kolejne czterdzieści dwa. Mam łącznie czterdzieści siedem funtów na najbliższe dwa tygodnie, zanim przyjdzie wypłata stypendium.
Przeżywałam już za mniej.
Żywopłoty ustępują miejsca kamiennym murom. I nagle się pojawia. Blackthorne College.
„Jasna cholera” – mruczy taksówkarz. Nie myli się.
Słowo „gotyk” to za mało. Budynek wyrasta z zadbanych trawników, jakby wymyślił go ktoś, kto ma więcej pieniędzy niż rozumu. Wszędzie widać szary kamień, ostre łuki i okna tak wysokie, że do ich mycia potrzebna jest drabina. Bluszcz pnie się po ścianach w eleganckie wzory.
Nawet rośliny znają tu swoje miejsce.
Cztery oddzielne budynki otaczają główny dziedziniec. Każdy z nich wygląda inaczej. Rozpoznaję je ze zdjęć na stronie internetowej. Blackthorne House na północy, Ashford House na wschodzie, Thornfield na zachodzie i Ravenswood na południu. To cztery rodziny założycielskie. Ich nazwiska są wyryte w kamieniu nad każdym wejściem wielkimi literami.
Dziedzictwo w czystej postaci.
„Do którego, kochana?”
„Blackthorne House”. Ten główny. Należy do najstarszej rodziny założycielskiej.
To tu Kit Webb z Sunderland, studentka pierwszego pokolenia z czterdziestoma siedmioma funtami w kieszeni i całym dobytkiem w jednej zniszczonej walizce, ma spędzić kolejne trzy lata. Udało mi się.
Ta myśl mnie zaskakuje. Naprawdę mi się udało.
Wyrwałam się z opieki społecznej i z pokoju, który pachniał wilgocią i rozczarowaniem. Wyjechałam z Sunderland na dobre. Jestem tutaj, gdzie przycinanie żywopłotów kosztuje pewnie więcej, niż zarobiłam przez cały rok.
Taksówkarz podjeżdża pod główne wejście. Wokół kręci się kilku studentów. To głównie starsi, którzy przyjechali wcześnie, tak jak ja. Ich ubrania nie krzyczą o bogactwie. One o nim szepczą.
Mają kaszmirowe swetry i markowe dżinsy, które jakimś cudem wyglądają na zwyczajne. Do tego buty, które kosztują pewnie tyle, ile wynosił mój miesięczny czynsz.
Odliczam opłatę w banknotach i monetach. Dodaję dwa funty napiwku, bo matka dobrze mnie wychowała, chociaż nie wychowywała mnie długo. Kierowca patrzy na pieniądze, jakby miały go ugryźć.
„Jesteś pewna, kochana?”
„Wszystko się zgadza”.
„Miałem na myśli… jesteś pewna, że powinnaś tu być?”
Spoglądam mu w oczy. Ma bardzo miłe oczy. Pewnie myśli, że robi mi przysługę. Chce mi pokazać, że popełniłam błąd, zanim będzie za późno.
„Mam pełne stypendium” – mówię. – „Stypendium Ashfordów”.
Coś przemknęło przez jego twarz. Może było to zaskoczenie.
„W takim razie życzę powodzenia”.
Biorę z bagażnika walizkę, w której mam wszystko, co posiadam. Ruszam w stronę wejścia. Kamienne schody są wytarte na środku. Przez dwieście lat ludzie chodzili tą samą drogą.
To ścieżki dziedzictwa. Ścieżki rodzin założycielskich.
Teraz chodzą po nich także moje stopy.
Hol wejściowy zapiera mi dech w piersiach. Są tu wysokie sklepienia. I ciemna drewniana boazeria.
Na żelaznych łańcuchach wisi tu nawet żyrandol wielkości mojego dawnego pokoju. Na ścianach wiszą ogromne portrety. Kobiety i mężczyźni w historycznych strojach patrzą na mnie z góry. Ich miny są surowe, a czasami lekko rozczarowane. Podłoga z czarno-białego marmuru wygląda jak szachownica. Nagle przychodzi mi do głowy szalona myśl, że jestem tylko pionkiem ustawianym na planszy.
Podchodzi do mnie kobieta po pięćdziesiątce z podkładką w ręku. Uśmiecha się profesjonalnie, ale ciepło. „Witamy w Blackthorne. Nazwisko?”
„Katherine Webb. Jestem…”
„Stypendystką Ashfordów, oczywiście”. Jej uśmiech staje się szerszy. „Moje gratulacje, Katherine. To stypendium niezwykle trudno zdobyć. Musisz być bardzo utalentowana”.
Raczej bardzo zdesperowana. Ale słowo utalentowana też mi pasuje.
„Dziękuję”.
Kobieta zerka na podkładkę. „Jesteś w Blackthorne House na trzecim piętrze. Pokój 3C. Ktoś zaraz zaprowadzi cię na górę. A na razie może dołączysz do reszty w świetlicy?” Wskazuje drzwi po lewej stronie. „O czwartej zbieramy wszystkich studentów pierwszego roku na spotkanie organizacyjne. W międzyczasie zapraszamy na herbatę i ciastka”.
Świetlica jest ogromna. Ma wysoki sufit i duże okna z widokiem na uczelnię. Meble wyglądają na stare, ale i tak wydają się wygodne.
W środku jest już kilkunastu studentów zebranych w małe grupy. Od razu dostrzegam relacje między nimi. Widzę, kto czuje się swobodnie, a kto jest zdenerwowany. Widzę też, kto udaje luz, a tak naprawdę się stresuje.
Większość wygląda bardzo swobodnie.
Idę w stronę stolika z herbatą. Naprawdę chce mi się pić, a poza tym to daje zajęcie moim rękom. Ciastka są porządne i drogie. To czekoladowe ciastka marki Leibniz.
Zjadam trzy i w ogóle się tego nie wstydzę.
„Stypendystka?”
Odwracam się. Widzę wysokiego chłopaka. Ma może dziewiętnaście lat, szczery uśmiech i ubrania, które szepczą o dawnym bogactwie. Ma ciemne włosy i ciepłe brązowe oczy. To twarz, która pewnie często ratowała go z kłopotów w szkole.
„To aż tak oczywiste?” Marszczę brwi. Wcale mnie to nie dziwi. Nie da się udawać pokoleniowego bogactwa.
„Jako jedyna naprawdę jesz te ciastka”. Jego uśmiech się poszerza. „Marcus Ravenswood. Drugi rok”.
Ravenswood. Jedna z rodzin założycielskich. Oczywiście.
„Kit Webb”.
„Stypendium Ashfordów, wspaniale. Gratuluję” – mówi chłopak. Brzmi, jakby naprawdę tak uważał, a nie jak tamten taksówkarz. „Jak ci się na razie podoba?”
„Jest wielkie” – mówię szczerze. – „I wygląda na drogie”.
Chłopak się śmieje. „Słuszna ocena. Zrobi się mniej strasznie, gdy już dowiesz się, gdzie co jest. Skoro o tym mowa, studiujesz inżynierię czy biznes?”
„Inżynierię. Systemy zrównoważonej energii”.
„Doskonały wybór. Profesor Whitmore jest niesamowita, na pewno ją polubisz”. Milknie na chwilę i zerka w stronę drzwi. „Ostrzegam z góry, dzisiejsze spotkanie kończy się kolacją. Bardzo elegancką. Więc jeśli masz w tej walizce coś odpowiedniego…”
Mam jeden porządny strój. Czarne spodnie z Primarka i białą bluzkę z lumpeksu. Wyprasowałam ją starannie przed spakowaniem. Będzie musiało wystarczyć.
„Dzięki za ostrzeżenie”.
„Nie ma sprawy. Och, Kit?” Chłopak się waha. „Są tutaj oficjalne zasady i są te, które pokazują, jak to wszystko działa naprawdę. A to nie jest to samo”.
Zanim zdążę zapytać, co ma na myśli, obok niego pojawia się dziewczyna z blond włosami. Jej głos mógłby ciąć szkło.
„Marcus, kochanie, przestań chować stypendystkę tylko dla siebie. Wszyscy chcemy ją poznać”.
Jest piękna w ten swobodny sposób, który wynika z bogactwa i dobrych genów. Pewnie jej kremy kosztują więcej, niż wynosi mój tygodniowy budżet na jedzenie. Jej uśmiech nie sięga jednak oczu.
„Georgiana Thornfield” – mówi dziewczyna. Wyciąga rękę, jakby wyświadczała mi przysługę. „Bardzo mi miło. Stypendium Ashfordów, jakże to z ich strony hojne. Musisz być bardzo wdzięczna”.
A więc tak to będzie wyglądać.
„Bardzo wdzięczna” – odpowiadam i uśmiecham się sztucznie w podobny sposób. – „Miło cię poznać”.
„Skąd mówiłaś, że jesteś?”
„Z Sunderland”.
„Och”. Jej wyraz twarzy się zmienia. To coś pomiędzy współczuciem a satysfakcją. „Jakie to… z północy. Cóż, jestem pewna, że w końcu się wpasujesz. Jeśli będziesz potrzebować pomocy, jak się ubrać czy zachować, daj mi znać. Zawsze chętnie pomagam tym, którzy mieli mniej szczęścia”.
Marcus zaciska szczęki. „Georgiana”.
„Co? Po prostu jestem miła”. Odwraca się z powrotem do mnie – same ostre krawędzie owinięte w kaszmir. „Do zobaczenia na kolacji, Katherine”.
Dziewczyna odchodzi, zostawiając za sobą zapach drogich perfum. Dociera do mnie, że wcale nie zdradziłam jej swojego imienia. Wygląda na to, że plotki krążą tu już od jakiegoś czasu.
„Nie przejmuj się nią” – odzywa się cicho Marcus. – „Ona tak traktuje każdego”.
„Wcale nie”. Patrzę mu prosto w oczy. „Traktuje tak stypendystów z północy, którzy tutaj nie pasują. Rozumiem to. W porządku”.
„To wcale nie jest w porządku”.
„Da się to przeżyć”. Wypijam resztę herbaty. „Dzięki za ostrzeżenie, Marcus”.
Przez następną godzinę rozpakowuję się w pokoju. Jest mały, ale czysty. Mam jedno łóżko, biurko, szafę i okno z widokiem na dziedziniec.
Jest większy niż mój stary pokój. I dużo cichszy. Chowam ubrania i ustawiam na biurku mój elegancki nowy laptop, który dostałam w ramach stypendium. Na szafce nocnej kładę zdjęcie mojej matki.
Emma Webb w wieku dwudziestu trzech lat uśmiecha się do aparatu. Trzyma mnie na biodrze. Miałam wtedy może z cztery lata, zanim wszystko się popsuło. Zanim zaczęły się narkotyki i przedawkowanie.
„Udało mi się, mamo” – szepczę do zdjęcia. – „Dostałam się na prawdziwy uniwersytet”.
Ona nie odpowiada. Nigdy tego nie robi.
O czwartej zaczyna się spotkanie. Dziekan, doktor Sebastian Aldridge, wygłasza przemówienie. Mówi o doskonałości, dziedzictwie i zaszczycie, jakim jest nauka w Blackthorne. Ślizga się po mnie wzrokiem, kiedy wspomina o „hojnym programie stypendialnym, który pozwala utalentowanym studentom z każdego środowiska dołączyć do naszej społeczności”.
Potem wspomina o „wyjątkowym programie mentorskim”. Program dobiera w pary studentów pierwszego i drugiego roku z rodzin założycielskich. Nazywa to „nieocenioną okazją do nawiązania kontaktów”. Mówi, że to „szansa, by uczyć się zachowania Blackthorne bezpośrednio od osób, które uosabiają nasze tradycje”.
Sposób, w jaki to mówi, przyprawia mnie o gęsią skórkę. Ale pewnie mam tylko paranoję.
O szóstej zostajemy zaprowadzeni do jadalni na oficjalną kolację powitalną. Sala wygląda jak z filmu.
Długie drewniane stoły ciągną się przez całą długość pomieszczenia. Z wysokich sufitów zwisają drewniane belki, a na ścianach wisi więcej portretów surowych postaci. Na samym końcu, na podwyższeniu, znajduje się specjalny stół. Tam siedzi kadra nauczycielska.
Znajduję miejsce blisko środka sali i patrzę, jak pomieszczenie się zapełnia. Studenci są ubrani w eleganckie stroje, a ich rozmowy odbijają się od kamiennych ścian. Czuję absurdalną wdzięczność za moje spodnie z Primarka i bluzkę z lumpeksu, chociaż to pewnie najtańsze rzeczy w całej sali.
A potem go zauważam.
Stoi na drugim końcu sali i rozmawia z jakimś profesorem. Zwracam na niego uwagę tak samo, jak zwraca się uwagę na alarm pożarowy. Natychmiast i bez możliwości zignorowania. Jest wysoki. Jego ciemne włosy delikatnie opadają na oczy, jakby nie chciało mu się ich porządnie obciąć.
Ma ostre rysy twarzy. Z pewnością świetnie wychodzi na zdjęciach. Nosi drogie ubrania z wielką swobodą. Jest niebezpiecznie przystojny, jak coś dzikiego, co nauczyło się nosić garnitur.
Nagle podnosi głowę, a ja widzę jego oczy. Są szaro-niebieskie i zimne jak woda w Morzu Północnym. To oczy, które cię oceniają i uznają, że czegoś ci brakuje.
To oczy, które widzą wszystko i niczym się nie przejmują. Chłopak jest znudzony. Całkowicie i kompletnie znudzony.
Patrzy na salę, jakby już to wszystko widział i uważał za nic niewarte. Leniwie omiata wzrokiem studentów, a potem patrzy na mnie.
Coś się zmienia w jego wyrazie twarzy. Nie staje się cieplejsza. Może to po prostu zainteresowanie.
Teraz mnie ocenia. Widzi, że ja widzę jego. Jeden kącik jego ust lekko unosi się do góry. Potem odwraca wzrok i znów jest znudzony.
Moje serce bije bardzo szybko, a ja nie mam pojęcia dlaczego. To pewnie instynkt przetrwania. Przez to spojrzenie poczułam się jak ofiara obserwowana przez drapieżnika. Zastanawiał się, czy jestem warta pościgu.
„To Raphael Ashford” – szepcze ktoś obok mnie. To ciemnoskóra dziewczyna o ciepłych oczach, która wcześniej przedstawiła się jako Amara. „Drugi rok studiów magisterskich. Jego rodzina ma w zasadzie połowę Londynu. Kojarzysz bankierów Ashfordów?”
W ogóle ich nie kojarzę, ale i tak kiwam głową.
„Podobno to straszny dupek” – mówi dalej Amara. – „Ale jest tak przystojny i bogaty, że uchodzi mu to na sucho”.
Patrzę, jak chłopak siada przy głównym stole. Oczywiście, że tam siedzi. W mojej klatce piersiowej pojawia się chłód. To nie jest dokładnie strach. Raczej rozpoznanie zagrożenia.
Wiem, jak wygląda niebezpieczeństwo. Wychowałam się z nim, chociaż miało różne formy. A Raphael Ashford, który jest przystojny, znudzony i patrzy na świat, jakby wszyscy byli mu coś winni, jest bardzo niebezpieczny.
Dziekan wstaje, by wygłosić kolejne przemówienie. Powinnam posłuchać, ale wciąż myślę o szaro-niebieskich oczach i tym oceniającym spojrzeniu.
„A teraz” – mówi dziekan. – „Szczególne powitanie dla naszej stypendystki, która dołącza do nas dzięki hojności rodzin założycielskich. Tegoroczna laureatka Stypendium Ashfordów, Katherine Webb, przynosi ze sobą wyjątkowe osiągnięcia z…” Robi krótką przerwę. „Akademii Sunderland”.
W sali słychać kilka śmiechów. Akademia Sunderland to publiczna szkoła. Jest finansowana przez państwo i znajduje się w jednej z najbiedniejszych części regionu.
Moja twarz niczego nie wyraża. Jebać ich.
„Katherine będzie studiować inżynierię i jesteśmy zaszczyceni, że jest z nami”.
Rozlegają się uprzejme oklaski. Kilka osób posyła mi ciekawe spojrzenia. Georgiana siedzi po drugiej stronie stołu i szeroko się uśmiecha.
Ze stołu głównego obserwuje mnie Raphael Ashford. Patrzy zimnymi oczami. Wciąż jest znudzony i wciąż mnie ocenia. Odpowiadam mu spojrzeniem. Nie odwracam wzroku. Po chwili to on odwraca wzrok i paskudnie się uśmiecha. Bierze do ręki kieliszek wina, pije i patrzy w bok. Zachowuje się, jakbym nie była warta jego czasu ani uwagi.
Dobrze. To mi pasuje. Jest w zasadzie idealnie.
Nie jestem tu dla niego, dla Georgiany ani dla nikogo innego. Jestem tutaj, żeby zdobyć dyplom i perspektywy na dobrą pracę. Chcę mieć życie, które może mi kupić edukacja. Za trzy lata będę wolna. Czekają mnie trzy lata siedzenia cicho i ciężkiej pracy. Udowodnię, że tutaj pasuję, nawet jeśli oni uważają inaczej.
Trzy lata. Przez trzy lata mogę znieść wszystko.
Kolacja strasznie się ciągnie. Podają kolejne dania. Słychać mnóstwo przemówień i toastów. Uśmiecham się grzecznie. Ostrożnie i bardzo ogólnie odpowiadam na pytania o moje pochodzenie. Unikam tematów i kieruję rozmowę na inne tory. Tego nauczyłam się w domach dziecka. I tak nikogo to nie obchodzi. Jestem stypendystką z północy. Pełnię rolę dowodu na to, że uczelnia dba o różnorodność. Jestem wzruszającą historią o tym, że każdy ma okazję odnieść sukces.
O dziesiątej wieczorem jestem wykończona. Nie samym dniem, ale ciągłym udawaniem. Zmianą zachowania i ostrożnym pływaniem po nowych sytuacjach społecznych, których prawie nie rozumiem. Wymykam się cicho, podczas gdy inni wciąż piją i się śmieją. Wracam do mojego pokoju w Blackthorne House.
Mój laptop leży na biurku. Powinnam rozpakować ostatnie rzeczy, powiesić kurtkę i przygotować się do jutrzejszych zajęć. Zamiast tego siadam na łóżku i wpatruję się w zdjęcie mojej mamy.
„Jestem tu” – mówię jej. A tak naprawdę mówię to do siebie. – „Pierwszy dzień za mną. Zaszłam aż tak daleko”.
Te trzy lata wydają się strasznie długie. Ale chyba uda mi się je przeżyć.
Przebieram się w piżamę i idę umyć zęby we wspólnej łazience na korytarzu. Gdy wracam, na biurku nadal leżą dokumenty stypendialne. To dwieście stron zasad i warunków. Podpisałam je bez dokładnego czytania. Bo kto czyta uważnie umowy stypendialne, kiedy jest zdesperowany, pełen wdzięczności i sam nie może uwierzyć w swoje szczęście?
Powinnam je teraz przeczytać. Powinnam przejrzeć je dokładnie i zrozumieć, na co się zgodziłam.
Zrobię to jutro, mówię sobie. Jutro przeczytam je porządnie.
Dziś jestem po prostu zbyt zmęczona.
Gaszę światło i leżę w ciemnościach. Słyszę kroki na korytarzu i odległe śmiechy. To odgłosy bogatych studentów, którzy układają sobie bogate życie na bogatej uczelni.
Zastanawiam się nad zimnymi szaro-niebieskimi oczami, które na mnie patrzyły. Patrzyły, jakbym była interesująca.
Jakbym była warta zauważenia.

Odkryj Galateę

Seria Pierwsi ratownicyZostawiłeś mnie: FinałErotyczny One Shot: Powrót z przeszłościDziewczyny chcą się tylko bawićPerfekcyjne przyłożenie

Najnowsze publikacje

Niebezpieczny związek. Tom 2Zakochana w braciach mafii Księga 3Zakochana w braciach mafii Księga 2Druga szansaSeria Stado Ridge Mountain, tom 5: Przepowiednia

Listy książek

Wyświetl wszystko

Sięgnij do kolekcji romansów przygotowanych przez naszych czytelników

Aktualne

autor: Magdalena gajewska

liczba książek: 276

Ksiązki które czytam

autor: Magdalena gajewska

liczba książek: 358

Vivienne Wren

autor: goshka

liczba książek: 9

Zakończona

autor: Hinatka118

liczba książek: 156

Najlepsze

autor: IwonaT

liczba książek: 63

Jen Cooper

autor: goshka

liczba książek: 12

Annie Wipple UpP

autor: Izabela28

liczba książek: 4

Evelyn Miller

autor: goshka

liczba książek: 6

Całe

autor: Aassiiaa

liczba książek: 68

Brak zakończenia

autor: Hinatka118

liczba książek: 79

Czytam

autor: Iwonna

liczba książek: 9

Bestsellery

autor: Agnieszka

liczba książek: 15

Fajne

autor: soft_melon_300

liczba książek: 84

Fajne

autor: Aleksandra W

liczba książek: 37

Gotowe

autor: Marlena R

liczba książek: 19