
W rękach alfy: Zimowy ślub
Autorzy
Lektury
339K
Rozdziały
7
Zaręczyny
Derik
„Jesteś pewien, że tak to powinno wyglądać?” – zapytał Brax z powątpiewaniem.
Skinąłem głową i zapukałem knykciami w drewniane drzwi chatki Pearl.
„A ona w ogóle tego chce?” – mruknął Kai, ciągnąc za koszulę, którą kazałem mu założyć.
Przerażał go sam pomysł odświętnego ubrania, ale byłem zdecydowany, żeby wszystko było idealne dla naszej partnerki.
Mając to na uwadze, pozostali niechętnie się zgodzili.
Pearl otworzyła drzwi i uniosła brwi, patrząc na nas.
„No, no, nieźle się wystroiliście. Chcecie herbaty?” – zapytała, rzucając nam ostatnie spojrzenie, po czym weszła do środka.
Wszedłem pierwszy. „Tak, poproszę” – powiedziałem, a za mną weszli Nikolai i Braxton.
Usiadłem przy stole, a Pearl zdjęła fartuch i powiesiła go na haku. Chwyciła czajnik i zaczęła parzyć herbatę, podczas gdy tamci dwaj stali z tyłu.
Zdenerwowanie zaczęło we mnie narastać i wodziłem palcem po kwiatach namalowanych na obrusie.
Lorelai wspominała, że jej matka maluje, ale nigdy nie widziałem zbyt wielu jej prac. Była w tym naprawdę dobra.
Panowała napięta cisza, podczas gdy Pearl krzątała się po kuchni.
Podała herbatę, a potem usiadła naprzeciwko mnie.
„Musi być jakiś powód, dla którego zasłużyłam sobie na wizytę trzech elegancko ubranych Alf, którzy zwykle chodzą bez koszul i błocą mi podłogi bosymi stopami” – zażartowała Pearl, a kąciki jej ust uniosły się w delikatnym uśmiechu.
„Jest” – powiedziałem.
Teraz, gdy już tu siedziałem, nie byłem pewien, jak mam zrobić to, po co przyszedłem.
Czytałem pergamin za pergaminem, studiowałem ludzkie zwyczaje, wypytywałem ludzi, mając nadzieję, że uda mi się wszystko przygotować idealnie dla naszej Luny.
Ale co, jeśli nie będzie idealnie?
Kai odchrząknął i wystąpił do przodu, wyciągając przed siebie małe pudełeczko, które zrobiliśmy z kory mojego rodzinnego drzewa.
„Mała Luna uszanowała każdą z naszych tradycji. Stała się częścią naszego sposobu życia i zrobiła wszystko, czego wymaga bycie Luną. Pomyśleliśmy, że może pora, żebyśmy i my uczcili tradycje jej ludu” – powiedział Kai, po czym położył pudełeczko na stole przed Pearl.
Przełknąłem ciężko, a serce waliło mi jak szalone, gdy łzy napłynęły Pearl do oczu.
„Rozumiemy, że zwykle ta tradycja małżeństwa odbywa się przez ceremonię wyboru, ale dowiedzieliśmy się, że częścią tego jest uzyskanie zgody rodziców” – powiedziałem, gdy Pearl otwierała pudełeczko.
Przyłożyła dłoń do piersi i głośno wciągnęła powietrze.
Gdyby Lorelai zareagowała choćby w połowie tak, byłbym szczęśliwy.
Miałem tylko nadzieję, że tak będzie, bo nie powiedzieliśmy jej, co planujemy.
„Zamierzamy poprosić Lorelai o rękę, Pearl. Liczyliśmy na twoje błogosławieństwo” – powiedział Brax.
Łzy Pearl popłynęły po jej jasnych policzkach.
Wsunęła blond kosmyk za ucho i pociągnęła lekko nosem, po czym zamknęła pudełeczko i oddała je.
„Jest moją córką. Chcę dla niej wszelkiego szczęścia. Chociaż bardzo się o nią bałam, kiedy zabraliście ją ze sobą, teraz widzę, że nie było jej dane mieć tego, co inni. Od zawsze była stworzona do czegoś więcej. I wierzę, że wy jesteście tym 'więcej'” – Pearl uśmiechnęła się przez łzy.
Uśmiechnąłem się szeroko, czując, jak ustępuje ścisk w sercu.
Wstałem i objąłem ją serdecznie.
Była drobna jak jej córka, a my górowaliśmy nad nią, biorąc ją po kolei w ramiona i dziękując za to, że dała nam Lorelai.
„Nie ukrywała jednak, że nie chce wychodzić za mąż, więc możecie mieć z nią ciężko” – przyznała Pearl, wracając do herbaty i ocierając łzy z policzków.
„To kolejny sposób, żeby nas oznaczyć jako swoich. Myślę, że się zgodzi” – uśmiechnął się Kai z pewnością siebie.
Zawsze taki zarozumiały. Ja nie byłem tak przekonany.
Miałem nadzieję, że spodoba jej się to, co próbowaliśmy zrobić, ale nasza partnerka nigdy nie reagowała tak, jak się spodziewałem.
Ciągle mnie zaskakiwała.
Nie mogłem się doczekać, żeby dla odmiany to ją zaskoczyć. Wsunąłem pudełeczko z pierścionkiem do kieszeni i spojrzałem na Pearl.
„Na pewno dowiesz się, jak poszło, tak czy inaczej” – powiedziałem, po czym dopiłem herbatę.
Nie siedzieliśmy długo u Pearl po tym. Wyszliśmy, żeby znaleźć Lorelai.
Byłem kłębkiem nerwów, ale bardzo się starałem to ukryć.
Wiedziałem, czego chcę. Wiedziałem, że ona chce nas.
Ale Pearl miała rację — Lorelai otwarcie wyrażała niechęć do ludzkich tradycji.
A my prosiliśmy ją, żeby wzięła udział w jednej z nich.
Poszliśmy do lasu, zimowy śnieg chrzęścił pod naszymi stopami. Szykowaliśmy się do biegu z powrotem do miasta, kiedy pokręciłem głową. „Nie, to się nie uda. Będzie wściekła, że w ogóle o tym pomyśleliśmy. Nie chce wychodzić za mąż” – powiedziałem, przeczesując włosy palcami.
Brax złapał mnie i przytrzymał, patrząc mi prosto w oczy. „Jest nasza. To tylko powie jej ludziom to samo. To nic innego jak ceremonia połączenia w innej formie. Damy radę. Możemy jej to dać” – próbował mnie uspokoić.
„No i pokażemy tym wszystkim, którzy mówili jej, że nigdy nie wyjdzie za mąż z powodu swojej klątwy, że jest lepsza od nich wszystkich” – uśmiechnął się Kai.
Uśmiechnąłem się mimo wątpliwości. Kai miał swój dziwny sposób myślenia i może właśnie to pomoże naszej Lunie się zgodzić.
Brax też.
„Jest lepsza od nich wszystkich” – szepnąłem.
„Dlatego właśnie to pokocha” – powiedział Brax, a ja nie byłem pewien, czy to prawda, ale już się na to zdecydowaliśmy.
Musieliśmy to doprowadzić do końca. To był mój pomysł, więc nie mogłem się wycofać. I nie chciałem.
Miałem tylko nadzieję, że nasza partnerka też tego chce.
Jakby ktoś chciał mnie podrażnić, jej zapach wypełnił moje ciało, a jej obecność zawisła w powietrzu.
Zmarszczałem brwi i popatrzyłem na ścieżkę prowadzącą do miasta.
Zbliżał się do nas powóz i skrzywiłem się. Jechał szybko, co znaczyło, że Lorelai celowo go poganiała. To nie był dobry znak.
„No to zaczynamy” – uśmiechnął się Kai, gdy powóz się zatrzymał.
Drzwi otworzyły się z hukiem i nasza partnerka wyskoczyła z powozu ze złością wymalowaną na delikatnej twarzy, gdy jej oczy nas odnalazły.
„Piękna...” Chciałem do niej podejść, ale ruszyła w naszą stronę, trzymając sukienkę w garści, żeby nie ciągnęła się po śniegu.
„Nie 'Piękna' mi tu. Zniknęliście i odcięliście mnie od łącza. Nawet nie powiedzieliście, gdzie jesteście. Musiałam wysłać cienie, żeby was znaleźć. Jak to jest w porządku? Wszyscy śmierdzicie niepokojem, nie miałam pojęcia dlaczego. Tak się martwiłam” – zbeształa nas.
Była taka słodka, kiedy się złościła. Policzki jej płonęły, tak jak wtedy, gdy sprawialiśmy jej przyjemność.
„Wabiliśmy cię tutaj, Mała Luno” – wtrącił się Kai.
Już miała znowu wybuchnąć, ale cała złość uleciała z niej razem z wydechem, gdy przyjrzała się nam podejrzliwie.
„Po co?” – prychnęła, krzyżując ramiona.
Jej piersi uniosły się ponad dekolt sukni, a ja oblizałem usta.
„Mamy niespodziankę, chodź” – uśmiechnął się Brax i wyciągnął do niej rękę.
Spojrzała na nią z nieufnością. Śnieg zaczął lekko padać i zadrżała.
Zdjąłem płaszcz i narzuciłem go na jej ramiona, delikatnie popychając ją do przodu.
Westchnęła i ujęła dłoń Braxa, przytrzymując płaszcz drugą ręką.
„Księżyc zaraz wzejdzie” – szepnąłem jej do ucha. Spojrzała w niebo, gdzie księżyc zaczynał się wspinać.
Planowaliśmy oświadczyć się jej w rezydencji, w naszym apartamencie, może w jadalni, ale zamiast tego pociągnęliśmy ją przez las.
Kai prowadził, Brax trzymał jedną z jej dłoni, a ja szedłem po jej drugiej stronie.
Była spięta, zdenerwowana, zerkała na drzewa, a śnieg utrudniał widoczność między pniami.
Ale wiedziałem, dokąd zmierzamy.
Na polanę wśród drzew, którą w pełnię zalewało światło księżyca.
Była piękna, tak jak ona.
„To w ogóle nie wygląda podejrzanie” – rzuciła Luna sarkastycznym tonem.
Pocałowałem ją w skroń, gdy szliśmy, uśmiechając się na jej docinki.
„Cierpliwości, Piękna.”
Powiedziałem to spokojnie, choć wcale tak się nie czułem.
Byliśmy coraz bliżej.
Kiedy dotarliśmy na polanę, śnieg przestał padać, wiatr ucichł. Noc zamarła, a księżyc oświetlił polanę dokładnie tak, jak miałem nadzieję.
Śnieg wyglądał, jakby się pod nim iskrzył.
Luna wypuściła powietrze i rozejrzała się.
„Wow, wygląda jak magia” – szepnęła.
Kai stanął pośrodku, Brax obok niego. Luna zatrzymała się przed nimi, a ja zająłem miejsce u ich boku, twarzą do niej.
Las wokół nas tonął w ciemności, ale ta polana była oświetlona w sposób, który sprawiał, że Luna wyglądała nierealnie. Jak sen. Taki, który mieliśmy szczęście zobaczyć spełnionym.
„Mała Luno” – powiedział Kai swoim głębokim, ochrypłym głosem. Uśmiechnął się, gdy zadrżała na jego dźwięk, a my wszyscy poczuliśmy falę pożądania, która przez nią przeszła.
„Czy to jest ta część, w której mówicie mi, że będziemy się pieprzyć na śniegu? Bo jeśli po to tu jesteśmy, to zostaję w płaszczu” – uśmiechnęła się.
Kai uśmiechnął się, mrużąc oczy.
Byłem gotowy wskoczyć między nich, gdyby trzeba było. Kai wyglądał, jakby był o sekundy od zrobienia dokładnie tego, co powiedziała.
„Potem” – odparł.
„Po czym?” – zmarszczyła brwi.
„Po tym, po co tu przyszliśmy” – powiedziałem, a potem skinąłem na Braxa i Kaia.
Przeczytałem, że ugięcie kolana jest bardzo ważne, dlatego wszyscy trzej uklękliśmy przed nią na jedno kolano.
Nie byłem pewien, dlaczego to ma takie znaczenie, ale najwyraźniej miało, bo aż cofnęła się z zaskoczenia.
Uśmiechnąłem się, gdy sięgnąłem przez łącze po jej uczucia i poczułem ciepło, które ją wypełniało. Miłość. A podekscytowanie sprawiło, że moje nerwy wreszcie się uspokoiły.
„Mała Luno, akceptujesz to, kim jesteśmy, kochasz nas mimo wszystko i nigdy nie każesz nam przepraszać za to, czym jesteśmy” – zaczął Kai.
Brax kontynuował: „Przyjęłaś nasze tradycje, zostałaś naszą partnerką, naszą Luną. Walczyłaś o nas, kochałaś nas i stałaś się częścią nas.”
Przyszła moja kolej: „Dałaś nam dzieci, swój umysł, ciało i duszę. Teraz prosimy o jeszcze jedną część ciebie, Piękna. Twoje serce.”
Wyciągnąłem pudełeczko z kieszeni i otworzyłem je przed nią.
Podałem pudełeczko Braxowi, żeby trzymał je między nami.
Znowu wciągnęła powietrze, a oczy zalśniły jej łzami. Ale to były dobre łzy. Czułem to przez łącze, które wypełniło się ciepłem i miłością tak głęboką, że ścisnęło mnie w sercu.
„O mój Boże” – szepnęła, a emocje sprawiły, że głos jej się załamał. Drżącą dłonią sięgnęła po pierścionek.
Była to złota obrączka, spleciona niczym wijące się pnącza, z małym szmaragdem na szczycie. Dwie fale spotykały się przy kamieniu, przytrzymując go. A wśród pnączy kryły się drobne kwiaty.
„Woda symbolizuje Braxa. Pnącza symbolizują Derika. A zieleń kamienia jest za moje oczy, bo wiem, że są twoje ulubione” – wyjaśnił Kai z diabelskim uśmiechem.
Przewróciłem oczami na jego słowa.
„Nikolai” – warknąłem.
Uśmiechnął się. „No dobra, może kwiaty miały symbolizować łąki i pastwiska, ale oboje wiemy, co zieleń dla ciebie znaczy”. Poruszył sugestywnie brwiami.
Roześmiała się przez łzy, które płynęły jej po policzkach.
„To jest... nawet nie wiem, co powiedzieć” – powiedziała, przyglądając się pierścionkowi.
„Może: tak, zostanę waszą żoną?” – podpowiedział Brax.
Uśmiechnęła się promiennie, a jej uśmiech rozjaśnił nas wszystkich bardziej niż księżyc odbity w śniegu.
Skinęła głową i wstaliśmy.
Przyciągnąłem ją do siebie, całując, gdy wsuwałem pierścionek na jej palec.
Pasował idealnie.
Ale to była zasługa Kaia. Był ekspertem we wszystkim, co dotyczyło Luny.
Nawet rozmiaru jej palca.
„Wziąłem za wzór, jak mocno ściska mojego kutasa” – zaśmiał się przez łącze, gdy Brax ją całował.
Chciałbym, żeby Kai żartował, ale znałem go na tyle dobrze, by wiedzieć, że pewnie mówił prawdę.
„Naprawdę to robimy? Chcecie się ze mną ożenić?” – zapytała, patrząc znów na pierścionek. Lśnił w świetle księżyca, jakby był do tego stworzony.
„A ty chcesz?” – zapytał Brax, a jego zdenerwowanie dało się wyczuć.
„Nigdy nie chciałam i myślałam, że łącząc się z wilkami, nigdy nie będę musiała. Ale tak, chyba chcę” – uśmiechnęła się.
„W takim razie tak, Piękna, bierzemy ślub” – uśmiechnąłem się. Pocałowała mnie, potem Braxa.
Chciała pocałować Kaia, ale on podniósł ją i przyciągnął do siebie, całując zachłannie.
„Ale najpierw pieprzymy się na śniegu” – uśmiechnął się przy jej ustach.
Lorelai roześmiała się, pozwalając mu opaść z nią na śnieg. Wcisnął ją w białą pokrywę, a potem zawisł nad nią.
„Nie mamy czasu” – zaśmiała się. – „Wiesz, ile jest do zaplanowania przy takich rzeczach? Moja mama będzie w swoim żywiole. Powinnam chyba dać jej znać...” Kai uciszył ją pocałunkiem.
„Ciii.” Dotknął palcem czubka jej nosa. „Potem.”
Tym razem nie protestowała.
Żadne z nas tego nie zrobiło, plamiąc czystość śniegu, gdy braliśmy naszą partnerkę, naszą narzeczoną.















































