
Patrzą na nas Książka 4
Autorzy
Lektury
66,6K
Rozdziały
30
Rozdział 1
Księga czwarta: Ujrzeć światło
Pokochaliście historię Willow i Grady'ego? Czytajcie dalej — oto kolejna opowieść osadzona w świecie Eyes on Us, z zupełnie nową obsadą bohaterów, gorącym romansem i niebezpiecznymi tajemnicami...
Kieran O'Callaghan ma za sobą ciężkie chwile: jego najlepszy przyjaciel, którego kochał od lat, żeni się z innym mężczyzną; jego bliska przyjaciółka zmarła po przedawkowaniu, które sam ledwo przeżył; a teraz tkwi w domu, podczas gdy jego zespół jest w trasie bez niego.
Rosie De Paz obwinia Kierana za przedawkowanie swojej siostry i nie jest zachwycona, gdy pojawia się na izbie przyjęć, gdzie pracuje jako pielęgniarka na nocnej zmianie. Ale po kilku śniadaniach w barze, podczas których szczerze porozmawiają, oboje zdają sobie sprawę, jak bardzo są samotni.
Kiedy Kieran wraca w trasę, wszystko zaczyna się walić z powodu groźby nawrotu. Rosie nie może patrzeć, jak kolejna osoba, na której jej zależy, niszczy się sama, więc Kieran musi podjąć decyzję — zanim będzie za późno.
KIERAN
Znacie to uczucie, kiedy nie możecie wyrzucić piosenki z głowy i po prostu gra wam w kółko? Tak właśnie miałem teraz, tyle że to nie była piosenka z radia — to była piosenka, którą sam pisałem.
Ta cholerna melodia nie dawała mi spokoju. Od trzech dni zasypiałem, myśląc o niej, i budziłem się z nią w głowie.
Szarpnąłem struny gitary. Obok leżał otwarty notatnik z niedokończonymi tekstami. Chciałem je wreszcie skończyć. Zżerała mnie też potrzeba, żeby się stąd wyrwać i wrócić do normalnego życia.
Usłyszałem kroki jednego z pracowników, zanim jeszcze wszedł do pokoju. Mój pokój był ostatni na korytarzu. W tym ośrodku odwykowym jest tylko jedenastu innych mieszkańców, a ze mną dwunastu.
Każdy z nas miał własny pokój. Nie chcieli, żeby to wyglądało jak ośrodek odwykowy, ale nie bardzo wiedzieli, jak to osiągnąć. Nigdy nie budzę się i nie zapominam, gdzie jestem.
Uwierzcie mi, przytomny czy nie, doskonale wiem, gdzie jestem.
Chyba mój pokój jest jednym z najbardziej pustych. Kiedy zapytali mnie, co chcę zabrać z domu, poprosiłem tylko o gitarę i notatnik z tekstami. Oczywiście mój brat wrzucił jeszcze zdjęcie siebie i swojej mamy, mojej macochy.
Byłem zaskoczony, widząc, kto dziś po mnie przyszedł. To była recepcjonistka, Melinda. Starsza kobieta, która traktowała mnie jak własne dziecko. Ale zwykle po mnie nie przychodziła — zwykle posyłała kogoś z doradców.
Melinda przypomina mi babcię ze strony ojca, Deirdre. Nie wyglądem. Melinda jest niska, a moja babcia wysoka. Melinda jest blondynką, a moja babcia ma bardzo ciemne włosy.
Ale ich charaktery są zadziwiająco podobne — obie są twardymi, silnymi kobietami, które nie tolerują wymówek.
„Ciągle siedzisz nad tą piosenką?” – zapytała. Oprócz terapeuty była jedyną osobą, z którą lubiłem rozmawiać. Jej syn zmarł z przedawkowania, a teraz pracuje w ośrodku odwykowym, do którego chciała go kiedyś wysłać.
Naprawdę wierzy w ten ośrodek. Opowiadała mi niezliczone historie ludzi, którym się udało, żeby zmotywować mnie do wyzdrowienia.
„Tak, ta jedna nie chce ze mnie wyjść tak jak reszta. Myślę, że ta piosenka jest jakoś wyjątkowa.”
Zazwyczaj pisałem dla zespołu razem z Erikiem. Większość hitów napisałem ja. Niewielu ludzi o tym wiedziało, bo dzieliliśmy się zasługami za teksty. Ale mi to nie przeszkadzało — zależało mi tylko na tym, żeby ludzie słyszeli moją muzykę.
„A może zrób sobie przerwę? Twój brat i jego dziewczyna przyjechali cię odwiedzić.” Odłożyłem gitarę i skinąłem głową.
Zadzwoniłem do brata kilka dni temu i powiedziałem, że chcę z nim o czymś porozmawiać. Odpowiedział, że przyjedzie, jak tylko będzie mógł. Zajęło mu to trzy dni, ale przynajmniej w końcu był.
„Przywiózł Lux?” – zapytałem Melindę. Nie chciałem pytać go o to, o co musiałem, przy niej.
Lux. Willow. Sam nie wiem, jak ją nazywać. Kiedy ją poznaliśmy, miała na imię Willow, ale to było fałszywe imię, bo ukrywała się przed swoim agresywnym byłym mężem.
Nie wiedziałem nawet, że tak naprawdę ma inne imię, aż do kilku dni przed moim przedawkowaniem.
„Tak, przywiózł.” Wstałem i po prostu za nią poszedłem. „Nie lubisz jej?”
Nie mam problemu z Lux. „Lux to najlepsza rzecz, jaka kiedykolwiek przydarzyła się mojemu bratu. Nie mógłbym być szczęśliwszy, że ją ma. Po prostu szkoda, że ciągle jest wciągana z jednego bałaganu w drugi.”
Dopiero co przeżyła samobójstwo byłego męża, nie wspominając o przemocy, którą znosiła przez prawie trzy lata. A teraz musiała się jeszcze zajmować uzależnionym od narkotyków bratem swojego chłopaka.
„Już nie jesteś w rozsypce, pamiętaj o tym” – powiedziała do mnie Melinda, zanim otworzyła drzwi do pokoju rekreacyjnego swoją kartą. Pozwoliła mi wejść samemu.
Pokój rekreacyjny to miejsce, którego najbardziej tu nie znoszę. Jedyne, co możemy robić, to czytać albo rysować. Nikt tak naprawdę z niego nie korzysta, chyba że przyjdzie rodzina z wizytą. Jest tam miejsce dla kilku osób.
Lux przeglądała książki, a Grady po prostu siedział przy jednym ze stołów. Byliśmy tu sami. Kiedy wszedłem, Grady wstał, a Lux spojrzała na mnie — stała najbliżej.
„Hej” – powiedziałem.
Lux naprawdę mnie przytuliła. To był pierwszy raz, kiedy ją widziałem od prawie dziewięćdziesięciu dni.
Ostatni raz widziałem ją, kiedy przewozili mnie ze szpitala do ośrodka odwykowego, zaraz po detoksie. Musieli się tylko upewnić, że fizycznie jestem na tyle zdrowy, żeby jechać.
„Jak się czujesz?” – zapytała, odsuwając się.
Pamiętam pierwszy dzień, kiedy poznałem Lux — pomyślałem, że jest naprawdę gorąca. Ale też zrobiłem jej pierwszy dzień w pracy tak trudnym, jak to tylko możliwe.
Ma naprawdę piękne zielone oczy i wtedy była brunetką. Teraz jest blondynką i jest w świetnej formie. Ale prawie od razu wiedziałem, że jest zdecydowanie zbyt niewinna. Niewinność to nie moja bajka.
„Naprawdę dobrze. Fajnie was widzieć.” Lux uśmiechnęła się do mnie delikatnie. Szczerze. Ostatnio wszystkie uśmiechy, które dostawałem, były pełne litości.
Grady przytulił mnie jako następny. Właściwie widziałem go dość często, odkąd tu jestem. On i moi kuzyni zwykle przychodzą oddzielnie.
Nie mogłem mieć więcej niż dwóch odwiedzających naraz i dozwolona była tylko jedna wizyta na pięć dni.
Zasady są surowe, ale mają swój powód — żebyśmy się nie przytłoczyli i mieli kilka dni na oddech między wizytami.
„Przepraszam, że trochę mi zajęło, zanim przyjechałem.” Wzruszyłem ramionami.
„Spoko.” Usiedliśmy wszyscy przy stole. Nie mogłem się powstrzymać od stukania palcami w blat — byłem cholernie zdenerwowany.
Od dziecka ciągle stukałem palcami. Mój ojciec kiedyś złamał mi jednego, bo nie chciałem przestać. Nauczyłem się nigdy tego przy nim nie robić.
„Co mówią terapeuci?” – zapytał Grady. Wiedział, że niedługo wracam do normalnego świata. Byłem na osiemdziesiątym piątym dniu z dziewięćdziesięciu.
„Mówią, że jestem gotowy. Chcą się głównie upewnić, że trafię w bezpieczne miejsce, przynajmniej dopóki całkowicie nie przeprowadzę się do nowego mieszkania.”
Grady wyglądał na zdezorientowanego i to Lux wyciągnęła go z tego zamętu.
„Chcesz u nas zamieszkać?” Grady miał dwupoziomowy loft. Był jedynym w naszej rodzinie, kto nie był żonaty ani nie miał dzieci.
„Tylko na chwilę. Mój terapeuta uważa, że nadal powinienem mieć kogoś, kto trochę mnie pilnuje i wspiera. Nigdy więcej nie będę pił ani brał narkotyków, ale przydałoby mi się wsparcie, żeby mieć pewność, że tak pozostanie.”
Nigdy w życiu nie czułem się tak bezbronny. Chciałem się po prostu zapaść pod ziemię. Nienawidzę prosić o pomoc, a już szczególnie młodszego brata.
Czułem się jak ciężar dla niego, choć to mój brat i wiedziałem, że zrobiłby dla mnie wszystko.
„Teraz mamy próby przed trasą, więc i tak prawie nie bywam w domu.”
Lux nie dała Grady'emu dokończyć. Chwyciła go za rękę.
„Ja jestem w domu cały czas. Poza tym to tylko na chwilę, dopóki nie będziemy pewni, że jest gotowy na przeprowadzkę do nowego mieszkania. Mogę z nim spędzać czas, a jak będę musiała gdzieś pojechać, po prostu zabiorę go ze sobą.”
To nie jest to, czego chciałem. Już na pewno nie chciałem być ciężarem dla Lux.
„Nie musisz tego robić, Lux.” Uśmiechnęła się do mnie.
„Chcę to zrobić. Chcę, żebyś wygrał z nałogiem, i w tym mogę ci pomóc.” No widzicie? Mówi takie rzeczy — brakowało nam kogoś takiego w naszej grupie. Cieszę się, że Grady ją ma.
„Na pewno nie masz nic przeciwko?” – zapytał ją Grady.
„Nie mam. Wiesz, że większość czasu siedzę sama w domu. Trochę towarzystwa mi nie zaszkodzi.” Grady pocałował ją w policzek, a potem spojrzał na mnie.
„Dobra, masz gdzie mieszkać. Ale będą zasady, Kieran.”
Skinąłem głową. „I zamierzam ich przestrzegać.”
„Jeśli napijesz się albo weźmiesz narkotyki, wylatujesz. Z mieszkania i z zespołu. Wiem, że nie jedziesz z nami na pierwszą część trasy, ale chcę, żebyś był na tyle zdrowy, żeby nie opuścić jej całej.”
Kiedy tu trafiłem i powiedzieli mi, że nie pojadę w trasę w maju, muszę przyznać, że złamało mi to serce. Nigdy nie opuściłem koncertu. Ani jednego. Byłem całkowicie zdruzgotany.
Gram w trasie od prawie piętnastu lat. Odkąd miałem czternaście, a teraz mam prawie dwadzieścia dziewięć. Nawet nie wiem, jak funkcjonować bez zespołu. Jestem na przerwie z oczywistych powodów, dopóki wszystkiego nie poukładam.
„Okej” – powiedziałem, bo nie bardzo wiedziałem, co innego powiedzieć. „Dzięki, że pozwalacie mi u was zamieszkać.”
Weszła Melinda. „Przepraszam, czas się skończył.”
Czy wspominałem, że te wizyty są na czas? Naprawdę nienawidzę tego miejsca.
„Przyjedziemy po ciebie, jak będziesz gotowy. Widzimy się za kilka dni.” Grady przytulił mnie jeszcze raz, a Lux pomachała mi na pożegnanie.
Wyszli, a ja szedłem z powrotem do swojego pokoju. Drzwi wszystkich były otwarte — taka zasada obowiązuje w ciągu dnia. Nie znałem tu tak naprawdę nikogo. Wszyscy trzymali się ode mnie z daleka z powodu mojego statusu, ale niespecjalnie mnie to obchodziło.
Za kilka dni wyjdę z tego ośrodka. Wrócę do Nowego Jorku, mojego ulubionego miejsca na świecie, i będę pracował nad tym, żeby znów móc ruszać w trasę. Nie mogłem się doczekać.
















































