
Pewnego razu podczas bitwy na śnieżki Książka 2
Autorzy
Lektury
212K
Rozdziały
36
Rozdział 1
CHARLOTTE
Książka 2: Odległe serca
Po raz pierwszy wyjeżdżałam z rodzinnego domu i łapałam się na tym, że pragnę zawrócić. Moja mama, zwykle taka twarda, pokazała swoją łagodniejszą stronę. Czułam, że nosi w sobie mnóstwo bólu z przeszłości, którym nigdy się ze mną nie podzieliła.
Tata zasugerował, żebym dała jej czas. Droga powrotna do miasta zajęła mi pięć godzin, dłużej niż zwykle z powodu śniegu. Zmęczona i wykończona, w końcu dotarłam do mieszkania Claire, gdzie planowałam tymczasowo zamieszkać.
Claire, która pracowała na recepcji, uprzejmie zaproponowała mi miejsce u siebie, dopóki nie znajdę czegoś na stałe. Wciągnęłam przez drzwi swoją walizkę, wciąż spiętą dwoma gumowymi paskami od Jacksona, i dwie torby.
„Bardzo ci dziękuję, Claire. Przepraszam, że to było tak na ostatnią chwilę.”
„Mnie też jest przykro. Myślałam, że Scott to dobry facet?”
Powiedziałam Claire tylko w skrócie, dlaczego odeszłam od Scotta i dlaczego tak pilnie potrzebowałam dachu nad głową.
„Nie jest taki, na jakiego wygląda. Zależy mu tylko na pozorach. Ma tyle długów, że nie wiem, jak ogarnia swoje obecne mieszkanie,” powiedziałam, łapiąc oddech, gdy usiadłam.
Claire przygryzła dolną wargę z nieswoją miną. „Słyszałam, że poprosił Tamzin, żeby się do niego wprowadziła w nowym roku,” powiedziała, spuszczając wzrok.
Zatkało mnie. „No to szybko poszło. Sypiał z nią za moimi plecami,” powiedziałam, kręcąc głową.
Claire wyglądała na zszokowaną. „O mój Boże, to okropne. Tak mi przykro, nie miałam pojęcia,” powiedziała, zasłaniając usta dłonią.
„Tak, Scott ma talent do zdobywania tego, czego chce, bez względu na to, jak bardzo jest to nieetyczne,” powiedziałam.
Opowiedziałam Claire o wszystkim, co wydarzyło się podczas świąt Bożego Narodzenia, łącznie z moim związkiem z Jacksonem. Powiedziałam jej, jak niesamowicie było z nim być i jak bardzo się w nim zakochałam.
Na samą myśl o nim zakręciły mi się łzy w oczach. Zadzwonił do mnie na chwilę, zanim wyruszył na misję. Kiedy wspomniałam o marines i ich specjalnej jednostce, The Recons, oczy Claire rozbłysły zainteresowaniem.
Otworzyła butelkę wina, chcąc usłyszeć więcej. Zapomniałam, jaką pożeraczką mężczyzn była Claire, z tym swoim uwodzicielskim urokiem i nienasyconym apetytem.
JACKSON
Napięcie rosło, gdy zapinałem spadochron, gotowy do skoku z samolotu razem z moim zespołem. Nasz cel poznawaliśmy dopiero w momencie ogłoszenia misji.
Tym razem mieliśmy za zadanie wyciągnąć kaprala, który został schwytany podczas próby przekroczenia peruwiańskiej granicy. Nasz wywiad potwierdził, że jest przetrzymywany w pobliżu wybrzeża, nad rzeką Laramarca niedaleko Chimbote.
Dotknąłem naszyjnika i pierścionka, które dała mi Charlotte, schowanych pod mundurem. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie jej twarz. Głos mojego partnera wyrwał mnie z zamyślenia.
„Jackson, jesteś gotowy?”
Szło nas sześciu. W blasku księżyca rozpoczęliśmy naszą tajną misję. Kiedy skinąłem głową, drzwi samolotu się otworzyły i wszyscy skoczyliśmy.
Z goglami noktowizyjnymi wylądowaliśmy razem w pobliżu rzeki, na otwartym terenie, gdzie mogliśmy się przegrupować. Starannie zebraliśmy wszystkie spadochrony i spakowaliśmy je, nie zostawiając żadnych śladów.
Jeśli się da, planowaliśmy zabrać je przy wyjściu. Kapral Steve Walker nakazał nam trzymać się brzegu rzeki. Komunikowaliśmy się wyłącznie sygnałami ręcznymi, poruszając się w ciszy.
Walker i ja prowadziliśmy zespół. Zauważyłem ruch przed nami i dałem znak, żeby wszyscy się zatrzymali. Gestem poleciłem im przykucnąć i ukryć się w krzakach.
Wstrzymaliśmy oddech, słysząc zbliżające się kroki. W świetle księżyca widać było tylko nasze oczy, gdy czekaliśmy. Miałem przeczucie, że jesteśmy blisko.
Kiedy dwóch mężczyzn przeszło obok nas, Walker i ja natychmiast przeszliśmy do akcji. Zakryliśmy im usta i pchnęliśmy nożem w szyję, nie dając im wydać żadnego dźwięku.
Odciągnęliśmy ciała na bok i sprawdziliśmy, czy mają przy sobie radia albo klucze. Walker dał sygnał, żebyśmy ruszyli dalej wzdłuż rzeki.
Zbliżaliśmy się do bunkrów, w których przetrzymywano kaprala. Na zewnątrz stało trzech strażników. W pobliżu drzwi bunkra nie było krzaków, które mogłyby nas osłonić. Ciemność była naszą jedyną tarczą.
Zespół zatoczył szerokie koło, podchodząc od tyłu, by zdjąć trzech strażników w szybkim, precyzyjnym ruchu. Nie wiedząc, co czeka nas w środku bunkra, wyciągnąłem broń i wziąłem głęboki oddech.
Powoli nacisnąłem klamkę i uchyliłem drzwi na tyle, żeby zajrzeć do środka. Korytarz był słabo oświetlony, ze schodami prowadzącymi w dół do szerszego przejścia.
Walker i dwóch innych zeszło za mną, a pozostałych dwóch zostało na górze. Korytarz rozdzielał się w dwóch kierunkach. Nasłuchiwałem przy jednym korytarzu, potem pokręciłem głową.
Walker zrobił to samo przy drugim. Słysząc ciche głosy, przyłożył dłoń do ucha i wskazał w głąb korytarza. Dotarliśmy do otwartego przejścia, przyciskając się plecami do ścian.
Walker podniósł rękę, dając znak, żebyśmy czekali, i użył lusterka, by zajrzeć za róg. Pokazał dwa palce, oznaczając dwóch mężczyzn, a potem wskazał na kolejne zamknięte drzwi.
Przygotowaliśmy się. Walker podniósł trzy palce i odliczał. Na jeden ruszyliśmy. Walker i ja zdjęliśmy dwóch mężczyzn, a reszta podążyła za nami, gotowa na każdego, kto mógłby wejść przez drzwi.
Poderżnęliśmy im gardła, zanim zdążyli podnieść alarm. Wciąż w trybie pełnej ciszy Walker nasłuchiwał przy kolejnych drzwiach. Nie słysząc nic, spróbował klamki.
Serce waliło mu jak młotem, gdy powoli otwierał drzwi. Za nimi okazał się kolejny pokój. Kule świsnęły mu koło głowy i wszyscy przylgnęliśmy do ścian.
Walker szarpnął drzwi na oścież i seria kul poleciała w naszą stronę, zanim drzwi z hukiem się zamknęły. Cholera, właśnie zdradziliśmy naszą pozycję.
Walker i ja zajęliśmy stanowiska po obu stronach drzwi, gotowi na kolejny ruch. Padłem na podłogę, napinając się, gdy Walker szykował się do ponownego otwarcia drzwi.
To nie był moment na panikę ani na myśli o Charlotte, ale cholera, jej twarz wciąż stawała mi przed oczami. Złożyłem jej obietnicę — że wrócę.
Kiedy strzelanina wybuchła ponownie, wyciągnąłem małe lusterko, żeby policzyć przeciwników. Według mojej oceny w pokoju było co najmniej trzech uzbrojonych ludzi, gotowych nas załatwić.
Walker cały czas oddawał ogień w głąb korytarza. W końcu namierzyłem trzech mężczyzn i pokazałem ich liczbę na palcach. Dzięki lusterku zdołałem ustalić ich dokładne pozycje.
Walker i ja byliśmy w takiej sytuacji już wiele razy i znaliśmy wzajemne sygnały jak własną kieszeń.
Błyskawicznie zneutralizowaliśmy całą trójkę i szybko ruszyliśmy dalej korytarzem. Nierówna, chropowata powierzchnia ciągnęła się przed nami, tworząc surowe, poszarpane przejście. Ciężar chwili wisiał w powietrzu, gdy zbliżaliśmy się do kolejnych drzwi.
Ogarnęło mnie przerażenie, gdy otworzyłem je i powitała mnie cisza. Kiedy weszliśmy do pomieszczenia, atmosfera zgęstniała od złowieszczego przeczucia.
Przed nami leżał kapral, bez życia. Nie mogłem stwierdzić, czy jest martwy, czy jeszcze ledwo żyje.
Czas się kończył i wiedzieliśmy, że musimy się stamtąd wydostać, zanim będzie za późno.

















































