
Porwanie jej marzeń
Autorzy
Introvertvert
Lektury
130K
Rozdziały
26
Rozdział 1: Lucid Dream
Mindy
. . . . Silne szarpnięcie wstrząsa moim łóżkiem.
Siadam gwałtownie. Serce wali mi jak młotem. Płuca mam tak ściśnięte, że ledwo łapię oddech. Mój pokój jest zalany złotym światłem wpadającym przez oba okna.
Przymykam oczy przed oślepiającym blaskiem. Mrugam mocno. Wszystko wygląda miękko i dziwnie, jakby krawędzie były rozmyte. Jak we śnie.
„Znowu to samo?” – szepczę.
Ostatnio sny robią się coraz intensywniejsze. Wyraźniejsze i bardziej realne. Jakby ktoś podkręcił głośność w moim umyśle. Śnię sny, w których wiem, że śnię, odkąd pamiętam. Ale to? To coś nowego. To jak oglądanie filmu.
„Mindy Hulton” – woła czyjś głos. Brzmi niewyraźnie, jakby zakłócony szumem. Odbija się w dziwny sposób, jakby dochodził zewsząd naraz. „Proszę podejść do okna.”
Unoszę brwi. Znają moje imię. Zwykle sny nie operują takimi szczegółami, chyba że śpię bardzo głęboko. Może zasnęłam wcześniej, niż myślałam.
Podskakuję, patrząc na okna. Powietrze jakby wibruje mi pod skórą.
Ginnie musi to słyszeć albo widzieć z dołu. Moja współlokatorka nie jest cicha. Kiedyś przegoniła szopa z naszego ganku szpatułką i przekleństwami, których nigdy wcześniej nie słyszałam. Lada moment powinna tu wpaść z miotłą, patelnią, a może tym sztucznym mieczem, który trzyma przy pralni.
Ale nic. Żadnych krzyków. Żadnych kroków. Żadnych zwariowanych dźwięków Ginnie.
Tylko kolejny dowód, że to musi być sen.
Patrzę na telefon na nocnym stoliku. Martwy. To ma sens.
„Nie chcielibyśmy cię przestraszyć, wchodząc z naszą zaawansowaną technologią. Czy mogłabyś otworzyć okno, żebyśmy mogli z tobą porozmawiać, Mindy Hulton?”
Wpatruję się w okno. Światło za nim porusza się delikatnie, niemal jakby oddychało.
„Śnię” – mówię na głos. Wypowiedzenie tego zawsze pomaga mi poczuć się pewniej. „To tylko kolejny sen.”
Mimo to nie ruszam się z miejsca. Słucham.
Dudnienie sprzed chwili zmieniło się w niski, miarowy szum, który bardziej czuję, niż słyszę. Wibruje mi pod skórą, jakby ściany były żywe. Powietrze smakuje ciepłem. Jak metal.
„Przyjdziemy do ciebie, Mindy. Proszę, nie bój się. Przychodzimy w pokoju.”
To wywołuje u mnie śmiech. Cichy. Tylko krótki dźwięk niedowierzania. Przychodzimy w pokoju. Serio?
Dziwny dźwięk wypełnia pokój, jakby powietrze było wciągane do środka. Nagle przestrzeń przede mną faluje jak woda. Owalny kształt wyrasta od podłogi do sufitu, otwierając się jak drzwi zrobione z płynnego, złotego światła.
I ktoś przez nie przechodzi.
Patrząc na wysoką postać przede mną, od razu wiem, że nie jest jak żaden mężczyzna, którego kiedykolwiek widziałam. Dziwna część mnie zaczyna myśleć – może to prawda?
Jego skóra jest tak brązowa, że niemal świeci w świetle mojego pokoju. Oczy ma głębokie, jaskrawofioletowe, które zdają się zaglądać w moją duszę, gdy studiuje mnie z takim samym silnym zainteresowaniem.
Dwa małe, zakrzywione rogi wyrastają z obu stron jego głowy. Są białe z lekko opalonymi końcami. Brwi ma gęste i czarne. Włosy takie same – długie i ciemne, opadające tuż poniżej szerokich, nagich ramion. Zbroja, którą nosi, wygląda jak biały podkoszulek, choć grubszy w niektórych miejscach. Świetnie eksponuje jego wielkie mięśnie. Twarz ma tak boleśnie przystojną, że nawet nie łapię, co mówi za pierwszym razem. Jestem zbyt zajęta przyglądaniem się ostrym liniom i harmonii jego rysów, żeby usłyszeć choć słowo.
Jak wymyśliłam sobie takiego przystojniaka, to dla mnie zagadka.
„Śnię” – powtarzam cicho, nie odrywając wzroku.
„Halo? Mindy? Słyszysz mój głos?”
Mrugam, zanim odpowiadam znacznie wyższym głosem, niż zamierzałam.
„Och! Tak! Eee... co ty, do cholery, robisz w moim pokoju? I to w środku nocy?”
Dziwne, ale jestem spokojna. Powinnam wpadać w panikę, skoro ten ogromny facet stojący przede mną wygląda, jakby mógł zmiażdżyć samochód gołą ręką. Jest coś w sposobie, w jaki stoi – pewny siebie, potężny – co powinno mnie zmusić do ucieczki. Ale zamiast tego stoję i mrugam na niego.
„Zostałem tu wysłany, między innymi miejsca, żeby zebrać wszystkie Yuai Mates, jakie uda nam się znaleźć, używając naszej nowo zatwierdzonej technologii” – mówi. Jego głos jest głęboki i dziwnie uspokajający. „Jesteś pierwszą, którą przeskanowaliśmy i której DNA idealnie pasuje. Mam polecenie zabrać cię z powrotem na planetę Nulamore, gdzie zostaniesz dopasowana do swojego Yuai Mate. Jestem Jukar i to dla mnie zaszczyt.”
Krzyżuje ramię na piersi, jakby mi salutował. Potem milknie, tylko patrzy. Czeka.
Śmieję się i przecieram oczy. Nawet nie próbuję tego ukryć. To szaleństwo. Za chwilę się obudzę, ubiore i wrócę do swojego ekscytującego życia jako kierowniczka Taco Bell za dnia i królowa karaoke nocą.
„Cieszę się, że perspektywa cię cieszy” – mówi. „Ruszamy?”
Wzruszam ramionami i biorę dłoń wyciągniętą przez kosmitę przede mną.
„Tak, jasne. A czemu, do cholery, nie? Zobaczmy, dokąd to prowadzi.”
Śnię wyraźne, realistyczne sny, w których wiem, że śnię, odkąd pamiętam. Moja matka, kiedy byłam mała, ignorowała je i zrzucała na moją bujną wyobraźnię. Była zbyt zajęta własnymi sprawami, żeby zajmować się moimi.
Postanowiłam się na to dziś zgodzić. A czemu nie? To lepsze niż śnienie, że spóźniam się na zmianę albo znowu przychodzę do pracy bez ubrania.
„Wspaniale!” – mówi. Jego głos drży z podniecenia. „Poczujesz lekkie mrowienie w całym ciele, gdy wejdziesz w światło. Nie martw się, to tylko transporter wykonuje swoją pracę. Bardzo bezpieczny.”
Sposób, w jaki mówi „bardzo bezpieczny”, brzmi wcale nie bezpiecznie. Ale zanim zdążę wymyślić dobrą sarkastyczną odpowiedź, jestem wciągana w światło.
Mrowienie zaczyna się od razu, jak wtedy, gdy stopa budzi się po całkowitym zdrętwienieniu. Nie jest przyjemne, ale też nie okropne. Tylko dziwne. Ściskam mocniej dłoń kosmity, gdy przemieszczamy się przez cokolwiek to jest. Jego silna, szorstka dłoń to jedyna rzecz, która trzyma mnie w pionie. Jakoś wydaje się solidna. Prawdziwa.
Wychodzimy z portalu i uderza mnie zbyt wiele naraz. Wszystko wokół jest kompletnie obce. Kosmiczne. Ściany, oświetlenie, powietrze – nic nie przypomina Ziemi.
Zanim zdążę o tym pomyśleć, pięć ogromnych istot zaczyna się zbierać wokół mnie i mojego brązowego przewodnika ze snu. Wyglądają podobnie do niego. Ta sama złotobrązowa skóra, bardzo wysocy i dziwna, królewska prezencja. Jedyne różnice, jakie widzę, to ich rogi. Niektóre są małe, inne dłuższe, a jeden facet w ogóle ich nie ma. Oczy też mają różne. Różne odcienie fioletu obserwują mnie z intensywnością, która sprawia, że skóra mnie swędzi.
„Zgodziła się wrócić z nami” – ogłasza dumnie mój przewodnik, Jukar.
Z grupy dobiega okrzyk, głośny i trochę przerażający, jakby właśnie wygrali nagrodę, co do której nie byli pewni. Stoję tam, ściskając jego dłoń trochę mocniej.
Tylko sen.
Prawda?
Włóczę się dookoła, śmiało dotykając wszystkiego. Świateł, gadżetów, dziwnych paneli. Wchłaniam całą dziwną technologię wokół mnie na statku. Serio muszę zacząć to zapisywać. Może zrobię z tego książkę.
Kiedy spoglądam z powrotem na grupę kosmitów stojących razem, podskakuję. Jeden z nich wysuwa język i liże górny policzek najdłuższym, najbardziej niepokojącym wężowym językiem, jaki kiedykolwiek widziałam. Rozdzielony na pół, po prostu tam wisi, leniwie poruszając się po jego twarzy, jakby miał własną wolę.
Kolejne miłe przypomnienie: zdecydowanie nie ludzie.
„Mindy Hulton.”
Zamykam usta i odrywam wzrok od wędrującego języka. „Wystarczy Mindy.”
„Mindy” – mówi kosmita, całkowicie spokojny – „musimy wszyscy zostać umieszczeni w maszynach Kip przed rozpoczęciem podróży powrotnej do domu. Na podstawie technologii ziemskiej, którą studiowałem, wasz gatunek nie osiągnął jeszcze tego poziomu zaawansowania. Możesz więc uznać jej widok za stresujący.”
„Na pewno dam sobie radę.”
Gdyby to było prawdziwe życie, już dawno miałabym atak paniki. Ale pozwalam, by przejęło mnie poczucie przygody. Dawaj, mózgu.
„Jeśli mogłabyś pójść za mną” – mówi kosmita.
Ten ma jaśniejsze fioletowe oczy i nie ma rogów. Kiedy wyciąga rękę, biorę ją. Jego uścisk jest znacznie delikatniejszy niż tamtego faceta. Prowadzi mnie w stronę fragmentu ściany, która rozsuwa się na boki w momencie, gdy podchodzimy na kilka stóp.
Pomieszczenie za nią jest bardziej puste, ale wyłożone światłami i przewodami, które zwisają ze ścian i sufitu do ośmiu dziwnych kapsuł przypominających wanny, ustawionych w dwóch rzędach po cztery. Każda jest wypełniona gęstym, jasnoniebieskim żelem. Patrzę, jak niektórzy kosmici wchodzą do środka, zanurzając się. Nawet ich twarze znikają pod powierzchnią, gdy podłączają ramiona do przewodów pod żelem.
„Te maszyny chronią nas przed skutkami promieniowania podczas podróżowania na tak duże odległości w krótkim czasie” – wyjaśnia spokojnie.
„Jak prędkość nadświetlna?” – pytam, unosząc brew.
„Nie znam tej »prędkości nadświetlnej«” – odpowiada, przechylając lekko głowę – „ale to prędkość znacznie większa niż jakakolwiek zarejestrowana, czy nawet możliwa, przez człowieka.”
„Bardzo Star Trekowe z waszej strony.”
Zatrzymuje się. „Hmm... nie znam Star Trek. Ale jeśli to ci pomaga zrozumieć, to tak.”
Chichotam i podchodzę do najbliższej wanny wypełnionej galaretą, zanurzając w niej prawą rękę. Jest ciepła. Ani gorąca, ani zimna, po prostu dziwnie ciepła. Nie jestem pewna, które byłoby gorsze, szczerze mówiąc. Pomysł zanurzenia się w jednej lub drugiej temperaturze brzmi okropnie.
Mimo to logika snu wygrywa. Wspinam się do środka.
Żel wciska się między moje palce u nóg, gęsty i dziwnie gładki, jak zanurzanie się w ciepłej kałuży błota. Przykleja się do mnie, gdy się osadzam, owijając wokół nóg, talii, ramion. Jest cięższy, niż się spodziewałam, i kojący, jeśli nie myślę zbyt intensywnie o tym, jak to wszystko dziwne.
Trzymam głowę nad powierzchnią, obserwując, jak kosmita podchodzi bliżej z grubymi, czarnymi przewodami zakończonymi dużymi przyssawkami. Zaczyna je przyklejać do mojej skóry pod powierzchnią. Górne ramiona, łydki i boki, bez przerwy. Podskakuję raz, ale nic nie mówię.
„Wszystko gotowe, Mindy. Powinnaś zacząć czuć się senna bardzo...”
Nie łapię reszty. Jego głos zanika, gdy mój umysł się zamgla. Miękki szum zastępuje myśli. Fala przyjemności przebiega przez moje ciało, niespodziewana i silna, gdy żel trzyma mnie jak ciepłe ramiona ciągnące w dół.
Ostatnią rzeczą, którą czuję, jest żel poruszający się wokół mojej twarzy, a potem nic.















































