
Przyłapani na telebimie
Autorzy
Lektury
251K
Rozdziały
12
Kłopoty
Niektóre kobiety się złoszczą. Niektóre się mszczą. Ona zdobyła gwiazdę rocka
ELLIE
Oficjalne oświadczenie Eleanor Brighton, żony dyrektora generalnego, Dereka Brightona:
Dowiedziałam się o tym ja i cały internet. Mój mąż, Derek Brighton, upublicznił swój romans na koncercie zespołu Goldray. Na wielkim ekranie. Wyrażę się jasno. Nie płaczę przez żałosnych facetów. Nie wybaczę mu. Nie będę wyrozumiała. Odbuduję jednak swoje życie. Nie litujcie się nade mną, litujcie się nad nim. Kiedy on stacza się na dno, ja pnę się w górę.
Biorę to, co moje. Po prostu poczekajcie i patrzcie, jak idę na szczyt.
48 godzin wcześniej…
Gdzie do cholery jest Derek? Obiecał, że zjemy dziś razem lunch. Szczerze mówiąc, lunch to nie jest właściwe słowo.
Derek założył NFNLYF. To firma AI, która ma wydłużać ludzkie życie. Od tamtej pory pije tylko zblendowane warzywa. Nazywa to „drugim posiłkiem”.
Idę marmurowym korytarzem. Zaglądam do sal konferencyjnych z wielkimi oknami od podłogi do sufitu. Biuro NFNLYF w Dolinie Krzemowej jest dla mnie zbyt surowe. Ale Derek nie dba o moje zdanie.
Po drugiej stronie korytarza widzę asystentkę Dereka, Jenny. Jest młoda, mądra i bardzo chce się wykazać. Uśmiecham się, gdy do niej podchodzę.
„Cześć, Jenny! Widziałaś Dereka?”
Brwi Jenny wędrują wysoko do góry. „Eleanor! Yyy, cześć. Czy Derek się ciebie spodziewał?”
Ściska mnie w żołądku. „Powinien. Jesteśmy umówieni na lunch”.
Jenny unosi długi, smukły palec z idealnym manikiurem. „Chwileczkę. Sprawdzę jego kalendarz”.
Derek odniósł już ogromny sukces zawodowy. Miałam nadzieję, że przestanie tak dużo pracować. Myślałam, że spędzi więcej czasu ze mną. Nasze dzieci wyfrunęły już z gniazda, a my wciąż jesteśmy młodzi.
Zrezygnowałam z własnej kariery, żeby wychować nasze dzieci. W tym czasie Derek spełniał swoje marzenia. Teraz jego startup jest wart miliardy.
Mieliśmy na nowo się do siebie zbliżyć. Mieliśmy chodzić na randki, podróżować za granicę i przeżywać przygody. Albo chociaż jeść razem lunch.
Mamy dopiero czterdzieści pięć lat. Przecież jeszcze żyjemy.
Ale to jest część problemu. Derek chce uniknąć śmierci dzięki „biohackingowi” swojego ciała. To oznacza zero alkoholu, pizzy, telewizji i seksu.
Dwadzieścia lat temu mieliśmy świetne życie seksualne. Ale gdzieś między suplementami a „postem dopaminowym”, straciłam mężczyznę, którego kochałam.
„Jest na sesji krioterapii” – odpowiada Jenny. „Jeśli chcesz poczekać, to zajmie mu jeszcze kilka…”
Ignoruję ją i schodzę po marmurowych schodach. Idę do ciemnego pokoju z komorą do krioterapii, którą zainstalował Derek.
Mam dość czekania na niego. Jestem jego żoną. Może ze mną teraz porozmawiać.
Kiedy podchodzę, maszyna buczy jak silnik odrzutowca. Biorę głęboki oddech i otwieram drzwi komory. Potem krzyczę, gdy uderza we mnie podmuch ciekłego azotu.
„Kurwa, ale zimno!”
Derek tam stoi. Jest nagi, a jego skóra aż lśni. Jest nienaturalnie gładka, jak błyszcząca guma. Patrzy na mnie z wściekłością.
„Niech to szlag, Ellie! Nigdy nie pokonam Bryana Johnsona w Olimpiadzie Odmładzania, jeśli będziesz tak psuć mój algorytm!”
Powstrzymuję się przed przewróceniem oczami. „Możesz wyjść, proszę? Tu jest lodowato!”
„Nie. Przerwałaś zwężanie moich naczyń krwionośnych. Będę musiał zacząć od nowa”.
Moje ramiona opadają. Znowu zaczęłam marzyć. Nie o innych mężczyznach, ale o Dereku. O tym, jaki był, zanim zaczął przejmować się tymi bzdurami.
Paradoks polega na tym, że on wygląda dobrze. Jest cholernie dobrze zbudowany. Ale nie pozwala mi się dotknąć. Wolałabym faceta z brzuszkiem niż tę zimną, medyczną wersję mojego męża.
„Czy nasz lunch jest nadal aktualny? To znaczy… yyy… drugi posiłek?”
Trzęsę się teraz, chociaż jestem w pełni ubrana. Lodowate powietrze wieje mi prosto w twarz. Ciekły azot zbiera się w chmurę przy moich stopach.
„Przepraszam” – mówi Derek zwykłym tonem. „Jenny musiała podwójnie zapisać mi spotkania. Mam spotkanie z moją dyrektorką HR, Candi”.
Derek zawsze stawia pracę na pierwszym miejscu. Candi zaczęła pracę niecały rok temu. Jest w moim wieku, ale wygładziła twarz botoksem. Powiększyła też usta kwasem, żeby były świeże i pełne.
Myślę, że toksyny nie mają znaczenia, kiedy cofają czas.
„Nie możesz tego przenieść?”
„Niestety nie”.
Wzdycham. „Okej. To może zjemy razem kolację? Możemy zamówić jedzenie na wynos i obejrzeć Sukcesję”.
Derek wychodzi z maszyny do krioterapii i wyciera się ręcznikiem.
„Nie zafunduję sobie cyfrowej demencji. I na pewno nie zjem niczego z tłuszczami wielonienasyconymi. Ale nie, nie mogę. Zabieram dzisiaj zespół na koncert Goldray w SAP Center”.
Czuję ukłucie zazdrości. „Goldray? Mogę pójść z wami?”
Kłamałam, kiedy mówiłam, że nie marzę o innych mężczyznach. Jest tylko jeden facet, o którym marzę. To Leo Voss, wokalista Goldray.
Ma w sobie coś, co sprawia, że nie można mu się oprzeć. To połączenie jego brytyjskiego akcentu, tatuaży i surowej urody. Zresztą zauroczenie gwiazdami się nie liczy.
„Nie” – mówi stanowczo Derek, rzucając ręcznik. „To tylko dla członków zespołu NFNLYF”.
Stoi tam, całkowicie nagi i patrzy na mnie ze złością.
„Dobrze” – mówię. „Zamówię jedzenie tylko dla siebie”.
„Uwodornione oleje cię zabiją!” – woła za mną Derek, gdy odwracam się i odchodzę.
Przed budynkiem mam właśnie wsiąść do samochodu. Nagle przez podwójne drzwi wybiega Jenny. Jej karta dostępu kołysze się na szyi.
„Eleanor! Zaczekaj!”
Przez chwilę panikuję. Zastanawiam się, czy w imieniu Dereka będzie mi robić kazanie. Może o szkodliwości niebieskiego światła i cyfrowej demencji.
Zatrzymuję się z kluczykami w dłoni. „Wszystko w porządku?”
„Tak!” – mówi z zadyszką. Potem szybko mruga i odchrząkuje. Nigdy wcześniej nie widziałam jej tak zdenerwowanej.
„Jesteś pewna?”
„Ja… yyy” – Jenny przerywa, żeby zakaszleć. „Bierze mnie przeziębienie. I nie mogę iść dzisiaj z zespołem na koncert Goldray. Miałam nadzieję, że weźmiesz mój bilet”.
„Naprawdę?” Na mojej twarzy pojawia się uśmiech. „Przykro mi, że źle się czujesz. Szczerze mówiąc, bardzo bym chciała. Ale Derek powiedział, że to spotkanie integracyjne. Nie chce, żebym tam była”.
Śmieje się krótko i piskliwie. „Nie! Koniecznie powinnaś przyjść. On… zmienił zdanie. Po prostu spotkaj się z Derekiem i zespołem w SAP Center. Ja zajmę się całą resztą. Baw się dobrze”.
Jenny wciska mi w dłoń bilet na Goldray. Potem odwraca się, macha mi krótko i truchtem wraca do budynku.
Hmm. To było dziwne.
Ale nie mam czasu za dużo o tym myśleć. Nie widziałam Goldray na żywo od wydania ich ostatniej płyty, trzy lata temu.
Mówią, że ta nowa nie jest już tak dobra. Ale kogo to obchodzi?
Przechodzi mnie dreszcz ekscytacji. Myślę o tym, jak będę patrzeć na Leo Vossa i słuchać jego pięknego głosu. I może, tylko może, Derek pozwoli sobie dzisiaj być człowiekiem. Może będziemy się razem kołysać w świetle reflektorów i przypomnimy sobie, jacy kiedyś byliśmy.
***
Stadion jest pełen ludzi. Sprawdzam jeszcze raz numer miejsca na moim bilecie. Dziwne, to miejsce na samej górze. A przecież Dereka stać na lożę VIP dla całego zespołu.
Jestem spóźniona. Do moich uszu docierają piękne dźwięki znajomej melodii. Tłum zaczyna wiwatować.
Leo Voss zaczyna grać jedną z moich ulubionych piosenek, Midnight Requiem. Patrzę na wielki ekran i uśmiecham się. Podziwiam go. Ma pełne usta, przenikliwe zielone oczy i idealnie zburzone włosy. Ma tatuaże na całych rękach i aurę, która aż krzyczy „seksapil”.
Nie uprawiałam seksu od ponad roku. Od czasu, gdy „retencja nasienia” stała się ważną częścią rytuałów biohackingowych Dereka.
Mijam stoisko z jedzeniem. Popcorn pachnie jak maślane niebo. Derek się nim ze mną nie podzieli. Ale może Candi to zrobi?
Może i wygląda jak lalka Barbie, ale wydaje się miła. Podchodzę do kasy i zamawiam duży popcorn.
Potem, w chwili buntu, zamawiam piwo. Zimna Corona będzie smakować wspaniale.
Przeciskam się przez tłum. Idę w górę w stronę moich miejsc, gdy Leo Voss zaczyna mówić.
„Wiem, że macie dość patrzenia na mnie. Dlatego pokażemy kilku z was na wielkim ekranie”.
Zerkam szybko na ekran i widzę rodzinę, która macha do kamery.
Leo się śmieje.
„Och, urocze. Spójrzcie na to. Mama, tata i małe dziecko. Ma różowe słuchawki! Czy jest wystarczająco duża, żeby tu być? A, jebać to, uczcie je od małego. Och, kurwa, nie powinienem przeklinać. Lecimy dalej”.
Czuję nostalgię. Pamiętam te zapracowane dni, kiedy moje dzieci były małe.
Teraz mam szczęście, jeśli zadzwonią do domu raz w tygodniu.
Skupiam się na schodach przede mną. Bardzo się staram nie rozlać piwa ani nie rozsypać popcornu. Leo mówi dalej.
„Pozdrowienia dla grupy chłopaków tam na dole! Dzięki za przybycie, kumple. Och, okej, oni… czy oni teraz twerkują? Nie jestem pewien, czy jesteście na dobrym koncercie. Sabrina Carpenter gra kawałek stąd”.
Kiedy docieram na górę stadionu, kręci mi się lekko w głowie. Nie mam zadyszki. Przy mężu takim jak Derek, ja też dbam o formę. Po prostu nie robię tego obsesyjnie.
Szukam rzędu C i go znajduję. Przepraszam innych ludzi na koncercie, przeciskając się do miejsca numer dwieście dziewiętnaście.
„Dobra” – mówi Leo ze swoim uroczym akcentem. „Kogo my tu jeszcze mamy? Aha, super, para w średnim wieku tutaj. Ty, w koszulce ze znakiem nieskończoności. I ty, blondynko z bransoletkami”.
Słowa „znak nieskończoności” przykuwają moją uwagę. To logo firmy Dereka.
Podnoszę wzrok i moje serce zamiera. Widzę Dereka na wielkim ekranie. Obejmuje czule Candi od tyłu. Jej dłonie leżą na jego dłoniach, a ich palce są splątane.
Candi bierze głośny wdech, zasłania twarz i odwraca się tyłem do kamery.
Derek mruga kilka razy. Jakby nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje. Potem próbuje zniknąć z kadru. Wygląda jak dziecko przyłapane ze włożoną ręką do słoika z ciastkami. Tylko że on został przyłapany, jak obmacywał wielkie silikonowe cycki Candi.
Przenoszę wzrok z wielkiego ekranu na koszmar, który rozgrywa się przede mną. Chyba zaraz zwymiotuję.
„Och, nie chcecie być w kamerze?” – mówi Leo. „Albo są bardzo nieśmiali, albo mają romans”.
Dźwięki stadionu cichną, gdy podchodzę do nich dwojga. Mój mąż i jego dyrektorka HR. Udają, że cały stadion właśnie nie widział, jak owija się wokół niej jak wąż boa.
Trzęsę się ze wściekłości. Brakuje mi słów.
Derek wciąż kuca na ziemi. Patrzę na jego czerwone policzki i spocone czoło. Potem patrzę na Candi, która otwiera szeroko usta na mój widok.
Derek patrzy na mnie, jak jeleń złapany w światła reflektorów. Unosi ręce w górę.
„Kochanie, mogę to wyjaśnić”.
„Czekajcie, a kto to jest?” – mówi Leo. „Szatynka w skórzanych spodniach i koszulce Goldray. Bardzo piękna, muszę dodać. O kurwa. Czy to jego żona?”
Wielki ekran nadal nas nagrywa. Patrzę przez cały stadion prosto w oczy Leo. W tym dziwnym, okropnym momencie, czuję, że on mnie wspiera.
Tak, jestem jego żoną przez dokładnie pięć kolejnych sekund… To chcę powiedzieć. Potem spoglądam na piwo w moich rękach.
Biorę zamach, podnosząc plastikowy kubek wysoko nad głowę. Patrzę prosto na Dereka.
„Ty. Dupku”.
A potem rzucam kubkiem przed siebie, chlustając piwem prosto w jego twarz.













































