
Pstryk Książka 5
Autorzy
Lektury
98,2K
Rozdziały
93
Prolog
Księga 5: Stream
Isla i Parker przyjaźnili się przez całe życie, a każde z nich potajemnie podkochiwało się w tym drugim. Kiedy podczas letnich praktyk w Nowym Jorku zostają współlokatorami, temperatura w ich relacji w końcu rośnie... ale czy ich uczucia zrujnują przyjaźń między nimi?
SOPHIE
Rozlega się dzwonek do drzwi, ale kiedy patrzę przez wizjer, nikogo tam nie ma.
„Mamusiu! Ktoś jest na dworze!” – krzyczy Parker. Zasłona porusza się w przód i w tył, gdy próbuje wspiąć się na parapet. Pozostawia na widoku tylko małe, wierzgające nóżki.
Moja bostońska natura podpowiada mi, by zignorować kolejne dzwonki do drzwi. Czuję, że jeśli nie widzę, kto stoi przed domem, to na pewno jakiś zbir ukrywa się w krzakach, gotów zabić mnie i moją rodzinę.
Logiczna część mojego mózgu, która wciąż przyzwyczaja się do spokojnych przedmieść New Jersey, każe mojemu przerażonemu, miastowemu umysłowi się zamknąć. Biorę głęboki oddech i otwieram drzwi, by sprawdzić, kto tam jest.
„Dzień dobly!”
Mała blond główka ledwie sięga mi do biodra. Dziewczynka kiwa się na stopach w przód i w tył, uśmiechając się do mnie szeroko. Mordercy rzadko bywają tak uroczy i nigdy nie są tak młodzi, więc chyba jestem bezpieczna.
„Cześć!” – wykrzykuję. „A kim ty jesteś?”
„Isla Marie Talbot” – odpowiada z dumą.
To wspaniałe imię. Kładę dłoń na piersi. „Ja też mam na drugie imię Marie” – mówię jej.
Isla Marie wzdycha z zachwytu. „Jesteś ładna”.
Bardzo lubię to dziecko. „Dziękuję, Isla. Ty też jesteś bardzo ładna”.
„Mieszkam tam” – mówi, wskazując na dom obok naszego. „Czy są tu jakieś dzieci?”
O tak, są tu dzieci. Spoglądam na Parkera, ale on wciąż wisi na parapecie, obserwując nas z bardzo niewygodnego miejsca.
„Parker i James to moje dzieci, a ich tatuś, Evan, jest jak duże dziecko” – mówię jej.
Isla chichocze w swoją pulchną rączkę.
„Czy twoja mamusia albo tatuś wiedzą, że tu jesteś?” – pytam.
Chociaż bardzo chciałabym zaprosić ją do środka i przedstawić chłopcom, wolałabym unikać kłopotów z policją.
Przypadkowe porwanie nie wpłynie dobrze na wizerunek naszej rodziny w nowej okolicy.
„Yyy, nie wiem. Może”. Podnosi rączki i ramiona w uroczy, przesadzony sposób.
„A co powiesz na to, żebym odprowadziła cię do domu i poznała twoją mamusię i tatusia?”
„Okej”. Isla marszczy usta i robi smutną minę.
Jej reakcja wzbudza mój niepokój. Wciąż jestem przewrażliwiona po tym wszystkim, co przeszłam, zanim wyszłam za mąż i zmieniłam nazwisko na Flaherty. „Chcesz iść do domu?” – pytam.
Isla kręci głową.
W takim razie nie mogę odesłać tego dziecka do domu. „A może pobawisz się z Parkerem i Jamesem na dworze, a ja w tym czasie poznam twoją mamusię i tatusia?” – proponuję.
Zasłony poruszają się gwałtownie, gdy Parker słyszy swoje imię i słowo „pobawisz”.
Isla dorównuje mu entuzjazmem i piszczy: „Tak, proszę!”
„Evan!” – wołam męża.
Z poślizgiem zatrzymuje się w przedpokoju. Prawie nadeptuje na zabawkową tarczę Kapitana Ameryki, którą Parker porzucił, gdy usłyszał dzwonek. „Cześć!” – woła do Isli.
„Dzień dobly!”
„Isla mieszka w domu obok, ale nie chce wracać. Pójdę tam i powiem jej rodzicom, że tu jest. Możesz poczekać z nią na zewnątrz?” – pytam Eva.
„Jasne” – odpowiada. „PJ! James! Chodźcie poznać sąsiadkę!”
Dwaj pełni energii chłopcy o mało na siebie nie wpadają. Parker zeskakuje z parapetu, a James biegnie korytarzem.
Słyszę ich wysokie, radosne głosy, kiedy się przedstawiają, a ja tymczasem idę przez trawnik do sąsiedniego domu.
Pod odpryskami czerwonej farby widać pożółkłe deski. Okiennice są bardzo krzywe. Wysokie chwasty rosną na cementowych schodach prowadzących do brudnobiałych drzwi wejściowych.
W żołądku czuję niepokój. Chcę wierzyć, że to przez zaniedbany wygląd tego domu. Jednak w głębi duszy wiem, że to coś znacznie gorszego.
Smutny wyraz twarzy Isli, kiedy zaproponowałam, że odprowadzę ją do domu, mówił sam za siebie.
Drzwi otwierają się po trzecim puknięciu. Mężczyzna z dużym brzuchem, rzednącymi, ale ułożonymi na żel włosami i żółtymi zębami uważnie mi się przygląda. Jego oczy są małe i złe. „W czymś pomóc?” – pyta bez wyrazu.
„Cześć. Jestem Sophie Flaherty. Właśnie wprowadziliśmy się obok”. Posyłam mu miły uśmiech, którego on nie odwzajemnia. „Czy pan jest tatą Isli?”
„Taa. Dlaczego pytasz?”
„Po prostu wpadła, żeby się przywitać. Chciałam tylko dać znać” – wyjaśniam łagodnym, matczynym tonem.
„Okej?”
„Może u nas posiedzieć, chyba że jest w domu do czegoś potrzebna. Mamy bliźniaki, które…”
„Taa. Po prostu ją przyprowadź”.
Drzwi zatrzaskują mi się przed nosem. Pieprzony dupek.
Kręcąc głową, wracam szybkim krokiem do naszego domu w stylu Cape Cod.
Ev i ja chcieliśmy wychować naszą rodzinę w mieście. Jednak nasze mieszkanie wydawało się coraz mniejsze z każdym centymetrem, o jaki rośli chłopcy.
Zanim skończyli cztery lata, nasze mieszkanie z dwiema sypialniami przypominało małą kawalerkę.
Nasze marzenia o miejskich przygodach zmieniły się w pragnienie posiadania własnego podwórka. Stało się tak, gdy Parker próbował wykąpać się w fontannie w parku. Z kolei James wdał się w bójkę z bezpańskim kotem i musiał przyjąć serię zastrzyków na wściekliznę.
Isla, Evan i chłopcy siedzą w kółku pod wielkim klonem. Wszyscy śmieją się do łez.
Ciepłe uczucie rozlewa się w mojej piersi. Brakuje mi energii miasta, ale to jedna z tych uroczych, rodzinnych chwil jak z obrazka. Dzięki niej trochę mniej tęsknię za Hoboken i Nowym Jorkiem.
„Mamo! Isla ma pięć lat!” – krzyczy radośnie James.
„Zupełnie jak wy!” – wykrzykuję, siadając na trawie między Evem a Parkerem.
Isla wyciąga rączkę i rozkłada dłoń, pokazując pięć paluszków. James i Parker kopiują jej ruch jak dwa klony.
Szeroki, łobuzerski uśmiech pojawia się na piegowatej twarzy Parkera. Chłopiec podskakuje, szturcha Islę w ramię i oznajmia: „Berek! Gonisz”.
Isla wybucha radosnym śmiechem. Chrumka i piszczy, biegając za chłopcami.
Mając jedno oko na trójkę dzieciaków ganiających się po podwórku, a drugie na męża, opowiadam Evowi o moim dziwnym spotkaniu u sąsiadów.
On całuje mnie delikatnie w policzek. Wie, jak bardzo boli mnie widok obojętnych rodziców. „Zostawimy dla niej otwarte drzwi” – mówi cicho.
„Kocham…” – zaczynam i wzdycham.
„Isla! Do domu!” – ryczy szorstki głos.
Zanim podnoszę głowę z ramienia Evana, drzwi już zamykają się z trzaskiem za tatą Isli.
„Muszę iść” – mówi dziewczynka. „Pa, pa”.
Machamy na pożegnanie. James wskakuje do domu, a zaraz za nim Ev. Parker zostaje na podwórku i wpatruje się we mnie.
„Mamusiu, czy mogę wziąć ślub?” – pyta poważnym tonem.
„Kiedyś na pewno” – odpowiadam.
„Chcę wziąć ślub z Islą” – oznajmia mi.
O rany. „Jeśli Isla też będzie chciała wziąć z tobą ślub, będziecie mogli to kiedyś zrobić” – mówię mu.
A ja martwiłam się, że nasze nowe życie na przedmieściach będzie nudne.















































