Galatea Logo
ListyPomoc
Wilkołaki i zmiennokształtni
Mafia
Romans z miliarderem
Romans z dręczycielem
Powolnie rozwijający się romans
Od wrogów do kochanków
Romans paranormalny
Przeznaczeni sobie partnerzy
Historie sportowe
Powieści dziejące się na uniwersytecie
Historie o drugiej szansie
Zobacz wszystkie kategorie
Ocena 4,6 w App Store
Warunki korzystania z usługiPrywatnośćImprint
Galatea on FacebookGalatea on InstagramGalatea on TikTok
Cover image for Łotry z Blackwood 3: Beau

Łotry z Blackwood 3: Beau

Autorzy
Amber Kuhlman
Lektury
22,0K
Rozdziały
28
Autorzy
Amber Kuhlman
Lektury
22,0K
Rozdziały
28
🕵️‍♂️Tajemnica i suspens👯‍♂️Odwrócony harem😱Suspens👩🏽‍🎓Studenci💪🏻Obrońca🔺Trójkąty

Po pożarze grupa Rogues rozpada się pod ciężarem sekretów, których Blackwood nie zamierza pogrzebać. Wizje Keane'a wyostrzają się, przeradzając się w coś niebezpiecznego, wybuchy gniewu Teague'a wymykają się spod kontroli, a kompulsywne zachowania Beau przybierają na sile, gdy wspólnie odkrywają, co tak naprawdę dzieje się w podziemiach akademii — nielegalne sesje terapeutyczne, ukrywani pacjenci i dowody na to, że wpływy Granta wciąż są żywe. Podczas gdy Eve walczy z własnym strachem i kłamstwami, którymi karmi ją Sodder, trzej chłopcy zwierają wokół niej szyki, połączeni obsesją, miłością i wspólną przysięgą, by chronić to, czym są razem. Jednak im głębiej zapuszczają się w piwnice Blackwood, tym bardziej staje się to jasne: ktoś wciąż ich obserwuje… i chce odzyskać Eve.

Rozdział 1

BEAU

Klif wciąż pachniał dymem. Minęły trzy tygodnie, a ziemia zdawała się o tym nie zapominać. Wiatr znad wody smakował solą i popiołem, a kiedy brałem wdech, czułem się tak, jakbym wdychał wspomnienia: spalone włosy, zwęgloną farbę i dźwięk jej głosu, wykrzykującej moje imię.
Ocean w dole uderzał o skały, kłębiąc się, szary i bezkresny, a gdzieś pod tym całym hałasem mógłbym przysiąc, że wciąż słyszę syreny. Mimowolnie liczyłem fale. Raz. Dwa. Trzy. Potem zaczynałem od nowa, gdy rytm się łamał.
Moja szczęka zaciskała się przy niewłaściwym liczeniu, niewłaściwym uderzeniu, niewłaściwej ciszy między dźwiękami. Próbowałem to zignorować, ale ten rytm wwiercał mi się pod skórę, domagając się porządku tam, gdzie go nie było.
Grant Warrick powinien być martwy. Ogień powinien był go wymazać. Właśnie to wciąż sobie powtarzałem, przedzierając się przez poczerniałą ziemię, a moje buty chrzęściły na kawałkach szkła, które błyszczały jak umierające gwiazdy.
Każdy kawałek starego budynku był teraz nagrobkiem: zwęglone cegły, wykręcony metal, kości tego, co kiedyś było bezpieczeństwem.
Eve myślała, że przychodziłem tu, by znaleźć spokój. Ale tym, czego tak naprawdę szukałem, był dowód. Dowód na to, że Grant Warrick odszedł. Dowód na to, że świat przestał dawać jej powody do wzdrygania się. Dowód na to, że potwór, który odcisnął piętno na jej życiu, w końcu spłonął ze wszystkim innym.
Kucnąłem w miejscu, gdzie fundament opadał ku klifowi. Zapach ropy unosił się w powietrzu – ciężki, gęsty, lepki, jakby duch ognia wciąż sączył się ze szczelin. Wyciągnąłem rękę i przycisnąłem dwa palce do pokrytej sadzą skały. Nie całą dłoń. Tylko dwa palce. Zawsze dwa.
Wmawiałem sobie, że to dlatego, iż reszta mojej dłoni była zimna, ale prawda była znacznie brzydsza, zakorzeniona gdzieś głęboko do szpiku kości i nieugięta.
Kamień był lodowaty. Był to ten rodzaj zimna, który przenikał prosto do szpiku kości. Cofnąłem dłoń, a potem bez zastanowienia ponownie przycisnąłem te same dwa palce dokładnie w to samo miejsce. Tym razem mocniej. Dopasowując siłę ucisku. Wyrównując.
Mój puls przyspieszył, gdy kąt wydał mi się nieodpowiedni, więc poprawiłem go i nacisnąłem ponownie. I znów. Jeszcze raz. Ostatni. Trzy. Zawsze trzy. Dopiero wtedy opuściłem dłoń.
Szmer ruchu przemknął za moimi plecami.
„Beau”. Głos Teague'a był niski i szorstki od zbyt wielu nieprzespanych nocy. Nie podszedł bliżej. Żaden z nas już tego nie robił. Od czasu pożaru krążyliśmy wokół siebie jak duchy, które pamiętały, że kiedyś żyły. „Nie powinieneś tu być”.
„Nic mi nie jest”. Kłamstwo. Moje gardło zacisnęło się w chwili, gdy tylko wypowiedziałem te słowa. Przełknąłem ślinę dwukrotnie, raz, a potem jeszcze raz, wyrównując to i napięcie w mojej szczęce rozluźniło się na tyle, bym mógł oddychać.
Teague nie protestował. Właśnie po tym poznałem, że z nim też nie było dobrze. Wbiłem wzrok w kamień przed sobą, śledząc poszarpaną krawędź klifu, aż mgła zatarła ją w nicość.
Fala uderzyła wystarczająco mocno, by opryskać mi twarz, a zimna woda przecięła dym, wciąż uwięziony w powietrzu. Przez chwilę wyobrażałem sobie we mgle jakiś kształt: wysoki, nieruchomy, obserwujący. A potem zniknął.
Może postradałem zmysły. Może wszyscy je postradaliśmy. Akademia była w połowie zamknięta od czasu pożaru. „Śledztwo” doktor Sodder było tylko kolejnym przedstawieniem. Wiedzieliśmy, że boi się tak samo jak reszta. Personel szeptał, jakbyśmy to my zapalili tę zapałkę.
Inni pacjenci trzymali się na dystans, żegnając się znakiem krzyża, gdy obok nich przechodziliśmy.
Keane poddał się temu. Zawsze lubił być potworem w ich opowieściach. Ale teraz nawet on był cichszy. Ostrzejszy. Jakby oszczędzał głos na coś gorszego. I Eve... Boże, Eve. Uśmiechała się, ale ten uśmiech nigdy nie docierał do jej oczu. Śniła i krzyczała na jednym wdechu.
W niektóre noce zwijała się przy mnie w kłębek i drżała aż do świtu. W inne noce nie przychodziła do żadnego z nas.
We trzech krążyliśmy wokół niej jak wilki strzegące przygasającego płomienia. Przesunąłem dłonią po skale, rozmazując sadzę na palcach. Natychmiast mnie to zirytowało. Smuga była nierówna, rozmazana po lewej stronie, jaśniejsza po prawej. Źle.
Potarłem kciukiem o przeciwną stronę, żeby to wyrównać. Za bardzo. Wytarłem jeszcze raz, lżej. Niewystarczająco. Wstrzymałem oddech.
Zacisnąłem dłoń w pięść tak mocno, że aż strzeliły mi knykcie. Pragnienie, by to naprawić, zrównoważyć, drapało mnie w gardle jak krzyk. Ale zanim pękłem, zanim się poddałem, wiatr zmienił kierunek. I właśnie wtedy to zobaczyłem.
Słowo wyryte głęboko w kamieniu: MOJA. Litery były nierówne, postrzępione, wycięte czymś ostrym. Sadza wypełniała żłobienia, a kiedy wcisnąłem palce w jedną z linii, wciąż była ciepła. Ciepła.
Moje serce zamarło. A potem zaczęło walić. Zbyt szybko. Zbyt mocno. Cztery uderzenia z rzędu, które do siebie nie pasowały. Zacisnąłem zęby i zacząłem stukać kciukiem o udo. Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Znowu. Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Nic to nie dało. Panika pozostała.
Teague stanął tuż za mną. „Co to jest?” – zapytał.
Nie odpowiedziałem. Nie mogłem. Moje gardło się zacisnęło, klatka piersiowa była zbyt napięta. Po prostu wskazałem.
Zapatrzył się na ten znak, jego oczy się zwęziły, a ramiona zesztywniały. „Nie” – mruknął. „Nie, to… On jest…”
„Martwy?” – dokończyłem. Mój głos brzmiał obco, jak przeciągnięty po żwirze. „Powiedz mi to jeszcze raz. Powiedz mi, że nie żyje”.
Teague tego nie zrobił. Obaj wiedzieliśmy, co oznaczało to ciepło. Ktoś tu był. Niedawno. To słowo wisiało między nami jak bicie serca. MOJA. Cztery litery, które nie powinny nic znaczyć, a jednak cięły głębiej niż jakiekolwiek ostrze.
Moje palce nie przestawały drżeć. Ukryłem je w kieszeniach, zanim Teague to zauważył.
Zmusiłem się do wstania. Moje kolana trzasnęły. Dłonie trzęsły mi się tak gwałtownie, że nie mogłem określić, czy to ze strachu, czy z wściekłości. Albo z powodu naglącej, natrętnej potrzeby, by wrócić i odtworzyć każdą literę, by równomiernie wcisnąć kciuk w każdy rowek.
Odwróciłem się w stronę ruin budynku, wpatrując się w sczerniałą skorupę, która niegdyś była Akademią Blackwood. Mewa krzyknęła nad głową, a jej wrzask na wietrze przeradzał się w coś niemal ludzkiego.
„Bawi się z nami” – powiedziałem. „Chce, żebyśmy wiedzieli, że żyje”.
Teague przeklął pod nosem, cofając się i przeczesując dłonią włosy. „Keane'owi się to nie spodoba” – powiedział.
„Nie” – mruknąłem. „On to pokocha”.
Ponieważ Keane czekał na jakiś powód. Wszyscy czekaliśmy. Otarłem ręce o dżinsy, ale sadza rozprzestrzeniła się, ciemniejsza na prawej nogawce niż na lewej. Nierównomiernie. Nie tak, jak trzeba. Szorowałem mocniej, dopóki obie nogawki nie wyglądały tak samo. Przestałem dopiero wtedy, gdy plamy do siebie pasowały.
Wiadomość Granta utkwiła mi pod powiekami niczym wypalone piętno. MOJA.
Jeśli wciąż żył, to wszystko, co zrobiliśmy, wszystko, co zbudowaliśmy od tamtej nocy, nic nie znaczyło. Było to jedynie chwilą przerwy przed kolejnym ciosem.
„Idź” – powiedziałem cicho do Teague'a. „Wracaj, zanim ktoś zauważy, że nas nie ma”.
„A ty?”
„Zaraz dołączę”.
Zawahal się, skinął raz głową i zniknął we mgle. Kiedy znów zostałem sam, kucnąłem obok wyrytego słowa. Moje odbicie migotało w wilgotnym kamieniu: oczy zbyt zapadnięte, twarz zbyt stara.
Wyciągnąłem rękę i śledziłem kontur ostatniej litery krawędzią kciuka, aż wpiła się w skórę. Rozcięcie zakwitło czerwienią na tle czarnej sadzy, będąc idealnym odzwierciedleniem tego, co ten skurwiel po sobie zostawił.
„Zrobiłeś błąd wracając” – wyszeptałem.
Wiatr odpowiedział, niosąc zapach dymu i soli, zapach czegoś prastarego i wściekłego. Rytm oceanu uległ zmianie. Znowu był zły. Opóźniony o jedno uderzenie. Mój puls rwał się, próbując się do niego dostosować. Zamknąłem oczy, oddychając przez ten chaos.
Kiedy je otworzyłem, mgła zgęstniała. Ale dostrzegłem przez nią migotliwy ruch na linii drzew, nad klifem.
Sylwetka. Wysoka. Nieruchoma. Obserwująca.
Zanim zdołałem mrugnąć, już jej nie było. Zostałem tam, dopóki moje palce nie zdrętwiały, a przypływ nie podpełzł bliżej, pochłaniając skały.
Wtedy odwróciłem się w stronę ścieżki powrotnej do Blackwood, a moje buty zostawiały w popiele czarne ślady.
Akademia wznosiła się przede mną, majacząc jak duch: okna zabite deskami, ściany pokryte bliznami, wciąż pachnące dymem i lekarstwami. Gdzieś w środku spała Eve, śniąc o spokoju, którego nie miała. Nigdy nie zobaczy tego znaku. Dopilnuję tego.
Bo jeśli Grant znów zapragnie rościć do niej prawa, jeśli odważy się dotknąć tego, co było nasze, najpierw będzie musiał przejść przeze mnie. A tym razem nie poprzestanę na krwi.

Odkryj Galateę

Bracia MorrettiKosmiczny przyrodni bratNiedźwiedź na ŚwiętaWalka o miłośćNiezapomniana podróż

Najnowsze publikacje

Luna de Verano Księga 1: Mate AlfyZwiązani krwią i przeznaczeniemNasza miłość jest jak rzucanie po omackuPrzygoda na jedną nocDobrzy, źli i upiorni

Listy książek

Wyświetl wszystko

Sięgnij do kolekcji romansów przygotowanych przez naszych czytelników

Silver Taurus

by Kricketlyn

liczba książek: 6

Rozczarowanie

by Panna Anna

liczba książek: 19

Thriller Romance Vibes

by julieannd0609

liczba książek: 10

Przeczytane-pozostałe

by Patunia

liczba książek: 24

Slow Burns Worth the Wait

by Galatea Sophie

liczba książek: 6

Lori told me to add these 🤷🏽‍♀️🫣😁

by MissGiggles18

liczba książek: 10

Aktualne

by Magdalena gajewska

liczba książek: 277

Reverse Harem Recommendations

by julieannd0609

liczba książek: 31

Deq~ua's

by Scarletthayer

liczba książek: 14

Finished, Recommend

by OnEarth

liczba książek: 19

Worth reading

by Dopey721616

liczba książek: 48

Big and beautiful series

by Alexbumgarner89

liczba książek: 13

BIG AND BEAUTIFUL

by Megan Woods

liczba książek: 13

Ksiązki które czytam

by Magdalena gajewska

liczba książek: 365

My List that I like

by Boo137

liczba książek: 52