
Seria A Tale Before Two Alphas, Tom 2
Autorzy
Lektury
81,8K
Rozdziały
39
Dzień trzydziesty czwarty
Księga druga: Królowa Podziemi
Minęły prawie dwa tygodnie, odkąd spotkałam Mojry, czyli trzy zmiennokształtne kobiety z rasy Faerie. Przebywanie blisko niej przypominało uczucie tuż przed burzą, naturalny szum elektryczności, przez który każdy nerw jest napięty do granic możliwości.
Oglądanie jej kolejnych twarzy powinno budzić niepokój, jednak było w niej coś, co całkowicie mnie przyciągało, do tego stopnia, że kiedy pozwoliła mi zadać jedno pytanie – przywilej, za który w naszych opowieściach ludzie i Faerie oddawali życie – z moich ust padło tylko pytanie zakochanej śmiertelniczki, z góry skazane na rozczarowanie.
Głupio miałam nadzieję, że to ja będę żoną, która przerwie ten cykl i będzie żyć długo i szczęśliwie z Hadesem, ale zamiast tego usłyszałam zupełnie inne imię. Może to było szaleństwo, że pozwoliłam sobie zakochać się w Faerie, a zwłaszcza w kimś tak chłodnym jak Hades, jednak mimo jego zimnego zachowania udało mi się zdobyć kawałek jego serca.
Spędzałam z nim coraz więcej czasu, chociaż znałam imię jego prawdziwej miłości. Poczucie winy towarzyszyło każdemu pocałunkowi, każdemu dotykowi i każdej romantycznej chwili, bo wiedziałam, że tak naprawdę do mnie nie należy. Nigdy nie będzie mój, ale przez te dwa tygodnie od wizyty Mojr tylko poczucie winy ciążyło na moim sumieniu, gdy jego zaloty nie ustawały.
Pocałunek tu, dotyk tam, nasze splecione ciała. Obejmował mnie, gdy leżeliśmy na moim drzewie, wpatrując się w gwiazdy, podczas gdy ja opowiadałam mu o moim dawnym życiu w domu. Rozumiałam koncepcję bliskości, ale nigdy wcześniej nie doświadczyłam jej na własnej skórze.
Nie tylko dowiedziałam się od Mojry, że nie jestem jego przeznaczoną miłością, ale Hades nie wydawał się nawet zainteresowany tym, co mi przekazała. Wolał zignorować prawdę, która mogła przynieść mu szczęście, preferując życie w niewiedzy, co sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, kiedy nadejdzie odpowiedni moment, by znów poruszyć ten temat.
Gdy nie spędzałam czasu z Hadesem, nie snułam opowieści ze swojego życia ani nie badałam roślin, zajmowałam się ogrodem, w którym dawniej nic nie rosło. Jego sekrety odkryłam w przypływie wściekłości, kopiąc przypadkowe dziury, co odrywało moje myśli od zbliżającej się rzeczywistości, w której już wkrótce miałam przestać istnieć.
Klucz do żyznej gleby okazał się zaskakujący. Krew była jedynym wspólnym mianownikiem, jaki przyszedł mi do głowy; jedynym, co zrobiłam inaczej. Nawet teraz łatwo było mi ożywić małe fragmenty ogrodu, które po wymianie ziemi wciąż wyglądały na martwe, dodając zaledwie małą kroplę krwi.
Ogród mógłby dalej się rozwijać po moim odejściu, teraz gdy został już założony, gdybym tylko ubłagała o jakąś magiczną pomoc, ale to nie było moim głównym celem. Nie miało dla niego sensu posiadanie ogrodu bez roślin z tej krainy, ograniczając się jedynie do tych, którymi mógł zajmować się tylko człowiek.
Wątpiłam też, żeby on lub jego przyszła żona chcieli zatrzymać ogród pełen ludzkich roślin, nie wspominając już o tym, że byłam tylko zwykłym człowiekiem. Skoro moje dni były policzone, mój czas na ogrodnictwo również dobiegał końca. Ogród nie zostanie ukończony, co pozostawiało mnie z myślą, czy może to ona dokończy go za niego.
W tej myśli kryło się odrobinę pocieszenia. Dzisiaj jednak nie mogłam nawet patrzeć na ten ogród. Znowu ogarnęło mnie przeczucie, że nigdy nie zostanie on tak naprawdę ukończony, dokładnie tak samo jak w dniu, w którym odwiedziła mnie Mojra. Drzewo i wszystkie puste połacie ziemi wyglądały tak okropnie, że wycofałam się do innej oazy podarowanej mi przez Hadesa – na Plażę Zgubionych Rzeczy.
Plaża była pełna kamyków i głazów zamiast piasku, jednak pod stopami w ogóle się tego nie czuło. Na brzeg trafiały ogromne stosy zgubionych rzeczy ze świata ludzi. Chociaż określenie „trafiały na brzeg” wydawało się tu dziwne, jako że woda nigdy nie podnosiła się ani nie opadała, przedmioty i tak po prostu się pojawiały i znikały.
Moim nowym hobby stało się zbieranie małych, idealnie okrągłych czarnych lub perłowobiałych kamyczków, z jednoczesnym ignorowaniem prawie wszystkich innych zgubionych skarbów, które otaczały mnie na Plaży Zgubionych Rzeczy.
Oczywiście po drodze przygarnęłam kilka przydatnych, ludzkich rzeczy, jak na przykład zszytą z różnych materiałów torbę, którą codziennie ze sobą zabierałam. Dzisiejszy dzień był jednym z tych, w których ciepły, delikatny wiatr muskający mój kark wydawał się dziwnie znajomy i kojący.
Ta plaża nie targała włosów, a pachniała żelazem i kurzem. Z kieszeniami pełnymi kamieni powędrowałam wzdłuż brzegu dalej, niż kiedykolwiek wcześniej. Sterty śmieci piętrzyły się wokół mnie niczym labirynt z zaledwie kilkoma prześwitami, przez które wciąż było widać linię brzegu i odległy zamek.
Czułam się dzisiaj odważnie, wędrując dalej niż kiedykolwiek wcześniej w poszukiwaniu kolejnych kamieni, których w miarę oddalania się od zamku zdawało się być coraz mniej. Kiedy zagłębiłam się w ten labirynt, natknęłam się na duże łuki ze śmieci, przypominające formacje skalne ulepione z rzeczy, które zlepiała ze sobą dziwna, świecąca na zielono maź.
Kiedy wychodziłam spod jednego z łuków, coś zielonego błysnęło na jego dnie, przykuwając moją uwagę. Słońce padało na to idealnie, przez co z ciekawością przechyliłam głowę. Hades podarował mi wcześniej ochronny pierścień, który, co już sprawdziłam przy okazji oglądania śmieci, potrafił nieprzyjemnie wibrować w pobliżu pewnych obiektów. Działo się tak w zamku i podczas tutejszych wędrówek, co za każdym razem było jasnym ostrzeżeniem przed niebezpieczeństwem, zgodnie z obietnicą Hadesa.
Tym razem pierścień pozostał chłodny i spokojny na mojej skórze, gdy powoli zrobiłam krok do przodu, zaciekawiona błyskiem odróżniającym się od mazi. Mój wzrok przykuły kolor i wijące się pnącza z zielonego jadeitu, które otaczały ogromny szmaragd na czymś, co wyglądało jak grzebień z jednym brakującym zębem. Wpatrywałam się w niego przez dłuższą chwilę, obserwując, jak światło odbija się od kamienia, i nagle poczułam lekką tęsknotę za domem.
Czy moja matka wiedziała, gdzie jestem? Czy cokolwiek podejrzewała? I tak nie mogłaby nic zrobić... Choć czułam się uwięziona i kazano mi zwracać się do niej po imieniu, Tatiana wciąż była moją matką, więc trudno było jej nie kochać i w jakimś stopniu za nią nie tęsknić.
Ten grzebień przypominał mi o niej, choć z uwagi na swój kształt wyglądał raczej na dzieło rąk przedstawiciela rasy Faerie. Wszystko przez ten szmaragd; ona zawsze uwielbiała kolor moich oczu, które były bezpośrednim odbiciem jej własnych.
Nie mogłam się jednak przemóc, by go podnieść. Potrzeba posiadania czegoś, co mi o niej przypominało, nie była na tyle silna, bym chciała trzymać to blisko i pielęgnować. Stanowił on przypomnienie tego, co zostawiłam za sobą, a nie czegoś, do czego mogłabym kiedykolwiek naprawdę powrócić.
„Ładny drobiazg, ale myślę, że Faerie, do której należał, była tak samo zimna, jak kamień, z którego jest zrobiony”.
Te słowa sprawiły, że aż podskoczyłam, bo usłyszałam wyraźny męski głos, który zdecydowanie nie należał do Hadesa.
Rozejrzałam się, nie dostrzegając nikogo, dopóki nie odwróciłam się z powrotem w stronę grzebienia i mało nie upadłam ze strachu. Mężczyzna w porę złapał mnie za łokcie swoim ciepłym uściskiem, a na jego ustach błąkał się delikatny uśmiech, przerwany przez poszarpaną bliznę biegnącą wzdłuż jego skądinąd idealnej twarzy i odsłaniającą ostry, spiczasty ząb.
Kiedy Faerie się uśmiechnął, jego górna warga cofnęła się, tworząc mały trójkąt i ukazując dwa idealne, małe, białe kły, z których jeden był odrobinę dłuższy od drugiego. Te zęby, w połączeniu z dolną częścią brody pokrytą ciemnym pigmentem oraz nieziemskimi rysami twarzy, sprawiły, że przez chwilę wyglądał bardziej jak zwierzę niż istota humanoidalna.
„Ostrożnie. Hades urwałby któremuś z nas głowę, gdybyś zrobiła sobie krzywdę tylko przez zwykłe cześć”.














































