
Seria Opowieść Przed Dwoma Alfami
Autorzy
Alex Fox
Lektury
404K
Rozdziały
21
Prolog: Hades
Księga 1: Czarny Dwór
Wierzę, że każda religia kryje w sobie cząstkę prawdy.
- James Van Der Beck
Hades spoglądał w dół na jałową, rozpadającą się krainę. Trzymając w dłoni podarty, pożółkły kawałek papieru z wiadomością od Mojr, rozpamiętywał swoje powierzone mu i konsekwentnie ignorowane zadanie, starając się ze wszystkich sił nie zwracać uwagi na tajemniczą kpinę, przesłaną we właściwym czasie.
Nowa zniewaga pojawiała się co pięćset lat.
To staje się nudne. Ta myśl była szybka i pełna złości.
Hades nie taką umowę miał na myśli, kiedy to miejsce powstawało. Wiedział, że po tym wszystkim już nigdy więcej nie da się wykiwać przy żadnym układzie. Choć, oczywiście, ten kiepski pakt spełnił swoje zadanie.
Jego brat mógł o tym jeszcze nie wiedzieć, ale z biegiem lat los się odwrócił i zasady uległy zmianie; to była gra o władzę, którą Zeus teraz przegrywał bez względu na to, jak bardzo się starał.
Tam, gdzie niegdyś krył się gniew, pozostała już tylko pustka. Pragnienie zemsty na bracie i wielu innych za wszystkie okropności popełnione na rasie ludzkiej ustało. Konieczność ciągłego sprzątania ich bałaganu pod tak wielkimi tytułami jak Władca Zaświatów, Król Płomieni i Dymu, Ojciec Ciemności czy Król Białych Piasków, zimnych jak śnieg i bardziej jałowych niż jakiekolwiek pustkowie... odeszła w niepamięć.
A teraz?
Teraz każda dusza i każda śmierć dostarczała jedynie więcej energii dla jego dworu, podczas gdy on sam żył z dnia na dzień, rozwiązując problemy. Jego królestwo mieściło w sobie coś więcej niż tylko dusze zmarłych, a chociaż w Zaświatach nic tak naprawdę nie żyło, nie były one już puste. Dusze nie stanowiły jego jedynego towarzystwa, tak jak życzyłby sobie tego jego brat w swoim przekleństwie.
Zabieranie ludzi do Zaświatów jeden po drugim i niepozwalanie im odejść było zaledwie pierwszym krokiem po zmianie zasad; czymś, co jego brat w nowym świecie uważał za całkowicie nieszkodliwe, jako że według Zeusa nikt nie przejmował się ludźmi po ich śmierci. Znajdowali się przecież po drugiej stronie.
To zawsze było problemem Zeusa – nigdy niczego nie przemyślał.
To stanowiło dar Hadesa – oraz jego przekleństwo przez cały czas, jaki spędził w królestwie śmierci. Miał absolutną władzę nad duszami wkraczającymi do jego domeny; nigdy nie mogły go opuścić, chyba że on sam poniósłby wielki koszt. Nadszedł czas na odebranie zapłaty za całą ciężką pracę.
Żadna kraina wróżek ani inne terytorium nie mogły się z tym równać, odkąd zasady uległy zmianie.
Niegdyś znany jako Hades, Władca Zaświatów, przez innych nazywany był imieniem, którego nikt w obawie nie odważył się wymawiać na głos w jego obecności: Elohim. Stwórca krainy Never Never, pan mrocznych światów. Udało mu się pokonać po kolei każdego powierzonego mu legendarnego tytana, rozbijając ich na perfekcyjne żywioły. Używając ich skóry, uformował mozaikową krainę z dala od ludzi, zmuszając bogów i wiele innych stworzeń z Olimpu do spędzenia swoich dni jeszcze dalej od rasy ludzkiej, o ile chcieli zachować lub wzmocnić swoją „boskość”.
Bez pomocy trzech Mojr nie byłoby to jednak możliwe; stanowiło to pierwszą z wielu umów w tej nowej krainie i komplikację, z którą zmuszony był mierzyć się po dziś dzień.
Minęło pięćset lat i ponownie nadszedł czas, by znalazł on żonę – taką, która żyła wśród ludzi. Taką, w której piersi tkwiła prawdziwa dusza.
Niegdyś rozpocząłby poszukiwania, a następnie starałby się zdobyć serce kobiety, napawając się tym, że nie musi być już sam. Cieszyłby się z towarzystwa innej osoby i słodkiego zapachu ziemi, gdy pozwolono mu po niej stąpać, z nadzieją na marzenie o lepszym i jaśniejszym jutrze przy zawieraniu pierwszego paktu.
Teraz jednak... bez względu na to, jak mało radości czuł na początku...
Każda kobieta usychała, słabła i w ostateczności umierała. Dokładnie tak samo, jak ich ciała.
Wszystkie obwiniały go o swój marny los. Jego imię stawało się przekleństwem na ich ustach aż do ostatniego tchnienia, co w pewien sposób czyniło tę sytuację jeszcze okrutniejszą. Winą nie był jednak brak żywego towarzystwa czy pożywnego jedzenia, ale to, że wszystko było spowodowane po prostu przebywaniem w tym konkretnym miejscu.
Ono dosłownie wysysało życie ze wszystkiego, w tym z każdej poślubionej mu kobiety, a powierzchnia Never Never w Czarnym Dworze zdawała się równie głodna, jak sama śmierć; działała jak powolna, zabójcza trucizna dla wszystkich śmiertelników stawiających w niej swoje stopy, czy w tym jakichkolwiek innych stworzeń przesadnie przepełnionych życiem.
Musiał poślubić śmiertelniczkę, nie mając w tej sprawie wielkiego wyboru. Kimś, komu spoglądając w oczy, mógłby dostrzec duszę stanowiącą część paktu.
Był to okrutny los i zło konieczne dla każdej z jego wybranek, a zarazem puste przypomnienie jego wieloletniej samotności. W przeciwieństwie do przeszłości, teraz wybierał je tylko i wyłącznie na podstawie ich śpiewu czy ładnych włosów; raz jego uwagę zdobyła nawet kobieta z wyjątkowym, błyszczącym naszyjnikiem. Starał się ze wszystkich sił czerpać to, co tylko mógł z ich przelotnych żyć – nawet jeśli w grę wchodził jedynie posiadany przez nie przedmiot – nie angażując przy tym uczuć.
Z biegiem czasu jednak nawet ostatni z naszyjników utracił swój blask, pomimo przetrwania z trzema różnymi żonami. Po tak dużej ilości zawartych małżeństw, wielu głosiło, że jego serce zrobione jest z lodu, a nawet, że być może nigdy tak naprawdę nie istniało – co było stwierdzeniem, które bardzo mu odpowiadało.
Lepiej było pozostać wolnym od przywiązań; w końcu wszyscy znali swój zgubny los, na wypadek gdyby mieli pomyśleć, że on kiedykolwiek zmieni zdanie. O wiele bardziej odpowiadało mu bycie nienawidzonym bądź obawianym przez swoje otoczenie.
„Ponownie nadszedł czas twoich poszukiwań, Hadesie” – zagrzmiał z oddali męski głos.
Nawet nie drgnął ani się nie poruszył, podczas gdy jego wzrok przeniósł się z niegdyś pełnych dusz piasków na mały skrawek lądu, po którym swobodnie mogli stąpać żywi – echo tego, czym jego królestwo było na dole. Teraz kwitło tak samo obiecująco co Zaświaty; jedynym piaskiem, jaki pozostał, był ten plażowy, swoim wyglądem o wiele bardziej przypominający zlepek drobnych kamyków jako ostatnie przypomnienie. Jego dom stanowił przestrzeń pomiędzy obydwoma obszarami, nad którymi z łatwością panował, przepływając niczym gęsty dym z jednej płaszczyzny egzystencji do drugiej, skąd też dobiegł go ów męski głos.
„Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co muszę zrobić, Apollo” – odparł aksamitnym, a jednocześnie lodowatym tonem głosu, podczas gdy jego powierzchowność obok jego rozmówcy zaczęła stopniowo przybierać stałą formę. Obaj stanęli w półmroku na ułożonym z szarego kamienia balkonie.
Odrobina koloru i życia pojawiała się tylko podczas wschodu i zachodu słońca; w innych porach jego kraina zawsze wydawała się skąpana w odcieniach szarości. Dla Apolla wyglądało to w ten sposób, jakby Hades jakimś cudem wyłonił się z gęstego dymu i cieni, nie unosząc przy tym nawet stopy. Położywszy rękę na barierce, w mgnieniu oka przeniósł na niego swój wzrok.
Podczas gdy Hades swoją samą obecnością zdawał się uosabiać całkowity brak światła, Apollo zdawał się nim po prostu promieniować, sprawiając, że niewielka ilość koloru na horyzoncie była przy nim zaledwie bladym porównaniem. Obaj mężczyźni byli nadzwyczaj wysocy, smukli i niebezpieczni – na tym jednak kończyły się ich podobieństwa.
Bujne, złote włosy Apolla spływały kaskadami na ramiona i do połowy pleców w odcieniach, których blasku z pewnością mogłaby mu pozazdrościć niejedna kobieta. Jego skóra o złoto-oliwkowym odcieniu zdawała się tylko potęgować zieleń jego oczu i łagodzić skądinąd ostre rysy twarzy: wyrazisty nos z czubkiem nieznacznie zadartym ku górze, zdecydowaną szczękę akcentującą wysokie kości policzkowe oraz stale goszczący na jego ustach lekki uśmiech. Gdyby tylko odsłonił zęby, z lśniłyby one tak jasno jak świeży śnieg skąpany w promieniach słońca, a jedyną oznaką jego postępującego wieku była niewielka zmarszczka na czole i to, w jaki sposób jego spojrzenie zaczynało już tracić swój dawny blask.
Hades był o niemalże stopę wyższy, a jego sylwetka, choć smuklejsza od budowy Apolla, w jakiś sposób budziła większe przerażenie. Jego trupio-sina skóra zdawała się pochłaniać otaczające go światło, mimo to w niewyjaśniony sposób lśniąc i sprawiając wrażenie zdrowej. Jego rysy były ostre, płaszczyzny jego twarzy wydawały się tonąć w cieniach podkreślających każdy jej najmniejszy kąt, a z jego oczu bił upiorny, niemalże żółty blask piekielnego ognia. To było jedyne światło, jakie emitował – nawet jego włosy zdawały się pochłaniać jasność, gdy wiły się wokół jego spiczastych uszu niczym gęsty dym, poruszając się i kręcąc z całkowicie z własnej woli.
„A jednak czekasz, aż dzień prawie dobije końca, by w ogóle wejść do ludzkiego świata. Jeśli złamiesz porozumienie...”
„Dobrze pamiętam o naszej umowie” – odparł oschle Hades, ucinając swoim tonem wszelkie dalsze próby powrotu do dyskusji.
Apollo, rzecz jasna, zignorował grobowy nastrój brata. „A jednak zwlekasz, dopóki niemal każda nieskalana niewiasta nie będzie bezpieczna w swoim domu i własnym łóżku. Niektórzy z nas lubią ten nowy świat i woleliby nie patrzeć, jak ulega on zniszczeniu”.
„Trudno to nazwać właściwym pochówkiem dla niewinnej dziewczyny” – mruknął mrocznie Hades, nie chcąc szukać sobie kolejnej dziewicy. Odbieranie życia komuś, kto w pełni nie dojrzał, zawsze budziło w nim narastający niesmak; jeszcze bardziej po okrutnych zawodzeniach i udręce jego piątej żony. Nigdy więcej nie chciał czuć w sobie znów aż tak wielkiego poczucia winy. „Znajdę taką, którą uznam za najbardziej odpowiednią”.
„Lepiej wyrusz już teraz, czas ci ucieka. Słońce w końcu zajdzie w ich świecie. Jaka jest ta zasada? Ach, no tak, nie będziesz już mógł swobodnie chodzić po krainie Never Never. Przemienisz się w jeden wielki popiół i na tym będzie koniec...”
Hades nawet nie raczył odpowiedzieć; irytacja na jego twarzy pojawiła się zaledwie na mały ułamek sekundy. Ze zmrużonymi, gniewnymi oczyma rozpłynął się w miejscu. Jego czarna sylwetka wydała się wręcz zapadać w samą siebie – dokładnie tak, jakby zrobił szybki krok w tył.














































