
Seria Prawdziwa Północ, Księga 2: Onyksowa Krew
Autorzy
Lektury
161K
Rozdziały
39
Wycofanie
Księga 2: Onyksowa Krew
Leżałam zwinięta na boku, ściskając wilgotną szmatkę, którą Phaedra dała mi kilka godzin temu. Śmierdziała ostrym olejkiem – mocnymi ziołami i gorzkimi korzeniami, które aż kręciły w nosie. Ale ten ostry zapach jako jedyny powstrzymywał mnie przed zwymiotowaniem tego, co zostało w moim żołądku.
Moje ciało płonęło. Trzęsłam się, oblana gorączkowym potem, i bolał mnie każdy centymetr ciała.
Czułam się tak od kilku dni i z każdą godziną traciłam siły. Phaedra ostrzegała mnie, że tak to będzie wyglądać. Mówiła, że moje ciało będzie się niszczyć, żeby przetrwać odrzucenie. Że spróbuje pozbyć się resztek krwi Thoridora z mojego organizmu i będzie gotowe zniszczyć się aż do kości, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Jego krew nie płynęła już tylko w moich żyłach. Wypełniała całą mnie. Wniknęła w moje tkanki, w każdą najmniejszą komórkę.
Jego cząstka krążyła w moich żyłach, aż zagnieździła się w kościach. A teraz, kiedy go odrzuciłam, gniła we mnie jak trucizna.
Żadna magia krwi nie mogła tego zmienić. Nie mogłam się go pozbyć. Mogłam tylko to znosić, podczas gdy moje ciało wypalało go z organizmu, cząsteczka po cząsteczce.
Fala mdłości skręciła mi żołądek tak mocno, że z mojego gardła wyrwał się jęk. Przełknęłam żółć, a po skroniach popłynęły mi gorące, piekące łzy.
Nienawidziłam go za to. Nienawidziłam tego, co mi zrobił, jak mnie zniszczył. A jednak... wspomnienie o nim nie dawało mi spokoju. Prześladowało mnie.
Zwłaszcza teraz, gdy byłam na samym dnie, wciąż tkwił w mojej głowie. Jego twarz. Jego głos. Jego dłonie. Wmawiałam sobie, że to tylko gorączka łamie moją wolę, ale w głębi duszy znałam prawdę.
Nocami śniłam o nim. Za dnia wciąż go słyszałam – widma słów, które wypowiedział. Echa bólu na jego twarzy, kiedy przepraszał, że zniszczył mi całe życie.
Phaedra przysięgała, że Thoridor cierpiał tak samo. Że odrzucenie zniszczyło go od środka równie mocno co mnie, o ile nie bardziej.
Wierzyłam jej. On tego nie chciał. Myśl o tym, że dobrowolnie go odrzuciłam – że wybrałam to piekło tylko po to, żeby z nim nie być – musiała boleć go psychicznie równie mocno, jak bolała fizycznie.
I dobrze. Niech się tym udławi.
Moje cierpienie było łatwiejsze do zniesienia, kiedy wyobrażałam sobie, że jego też bardzo boli.
Najgorsze w tym bólu było to, że nawet najdrobniejsze wspomnienie o Thoridorze łagodziło moją chorobę. Jego imię, słaby zapach skóry i dymu na szatach Phaedry, jej szepty z Warrianem, gdy myśleli, że śpię – to wszystko koiło mnie bardziej niż jakikolwiek uwarzony przez nią eliksir.
Te krótkie, ukradkowe chwile ulgi były moją jedyną pociechą.
Warrian prawie mnie nie odstępował. Phaedra pojawiała się i znikała. Kursowała między mną a Thoridorem, między Ziemskim a Wodnym Ardanisem. Jej torby były pełne lekarstw.
Myślała, że się z tym kryje, ale ja wiedziałam, kiedy u niego była. Przesiąkła nim, nieważne jak mocno się szorowała i ile razy zmieniała ubranie.
Raz przyszła w butach, które miała na sobie podczas wizyty u niego. Z desperacji prawie zdarłam je z jej stóp.
Pozwoliła mi je zatrzymać. Przez krótką godzinę tuliłam je do piersi i wdychałam jego zapach. Gorączka spadła, mój umysł się rozjaśnił, a ja pomyślałam, że może jednak przeżyję.
Potem zapach zaczął znikać, a zniszczona skóra stała się raczej kpiną niż pocieszeniem.
Zapadałam w bardzo wyraźne sny, z których budziłam się z krzykiem. Moja klatka piersiowa ciężko unosiła się i opadała, a gardło było suche i drapało jak papier ścierny. Warrian za każdym razem brał mnie w ramiona i trzymał, dopóki drgawki nie ustały.
Leżał obok mnie przez cały ten czas. Jego ciało otulało mnie jak zbroja, chociaż noc w noc oboje tonęliśmy w pocie. Szeptał czułe słowa, gładził mnie po plecach i całował mokre włosy, odgarniając je z mojej twarzy.
I kochałam go za to. Naprawdę. Wybrałabym go tysiąc razy, gdyby to był mój wybór.
Z radością bym się z nim związała. Ale prawda dusiła mnie od środka, ostra i pewna. Nie był moim przeznaczonym. I oboje o tym wiedzieliśmy.
Z każdym dniem byłam coraz słabsza. Moje ciało całkowicie odrzucało jedzenie, nieważne jak ostrożnie Warrian próbował mnie nakarmić i jak lekkie były posiłki.
Ledwo mogłam utrzymać w sobie wodę, i to tylko z dodatkiem eliksirów Phaedry. Tylko dzięki nim moje serce wciąż biło w piersi.
Czasami, gdy gorączka była zbyt wysoka, myślałam o Tophynie. O jego małym ciele zniszczonym przez chorobę, o jego walce bez żadnej magicznej pomocy. Zastanawiałam się, czy leki i maści, w które tak bardzo wierzyłam, w ogóle miały jakieś znaczenie.
Może Thoridor miał rację. Może zwykłe masowanie pleców Tophyna pomogło mu bardziej niż wszystkie uwarzone przeze mnie mikstury.
Thoridor.
Na samo jego imię brakowało mi tchu. Moje serce biło szybciej na myśl o nim, jakby ciało wiedziało więcej ode mnie. Warrian to wyczuł. Zawsze wyczuwał.
Pogładził mnie po włosach i przyłożył kubek do moich ust.
„No dalej”, mruknął cicho, spokojnym i łagodnym głosem. „Napij się”.
Woda była letnia, ale z ulgą obmyła moje popękane usta. Udało mi się wziąć kilka łyków, po czym opadłam z powrotem na mokry materac.
Mój głos był ledwie szeptem. „Nie wiem, jak długo jeszcze to wytrzymam”.
„Już niedługo”, odpowiedział, delikatnie gładząc mnie po plecach. Jego dotyk był czuły, ale przypomniał mi tylko, że zostały ze mnie same kości.
Opłakiwałam swoje kiedyś silne ciało, z którego teraz został tylko kruchy szkielet.
Przycisnęłam czoło do jego czoła i wdychałam jego zapach. „Dziękuję, War. Za wszystko”.
Uśmiechnął się lekko i mocniej ścisnął moją dłoń. „Chciałbym zrobić coś więcej. Chciałbym zabrać od ciebie ten ból. Sam zerwać tę więź”.
Tylko kiwnęłam głową. Logiczna część mnie też tego pragnęła. Ale w głębi moja dusza krzyczała i szarpała się, nie zgadzając się na to kłamstwo.
Przecięcie więzi oznaczało zniszczenie samej siebie. Moje ciało o tym wiedziało. Moja krew o tym wiedziała. Każda komórka mojego ciała wołała o niego.
Thoridor.
Kiedy znów się obudziłam, usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Miałam zbyt zdarte gardło, żeby mówić, więc Warrian odezwał się za mnie.
„Kto tam?”
„To ja”, dobiegł nas głos Phaedry.
Nie czekała na zaproszenie. Weszła do środka i ruszyła prosto do mnie. Zabrała z mojej dłoni zniszczoną szmatkę i dała mi nową, mokrą i chłodną.
„Kogoś przyprowadziłam”, powiedziała cicho. Jej spojrzenie było ostrożne i pełne zrozumienia. „Kogoś, kto może pomóc”.
Przez jedną chwilę pozwoliłam sobie uwierzyć, że złamała obietnicę. Że sprowadziła go do mnie.
Poczułam w piersi mieszankę wielkiej nadziei i strachu.
Ale nie. Przysięgała mi, zanim tu przyszła. Nigdy by go nie przyprowadziła. Nie torturowałaby mnie w ten sposób.
„Kogo?” Mój głos załamał się na tym słowie.
Phaedra odwróciła się i podeszła do drzwi.
Otworzyła je szeroko, ale w progu wcale nie stał Thoridor.
To była Królowa.














































