
Cykl Prawdziwa Północ Książka 1: Prawdziwa Północ
Autorzy
Lektury
364K
Rozdziały
34
Nysander
UNKNOWN
Znowu była blisko.
Czułem ją – słabo i nagle – jak łaskotanie w naszej więzi.
Tylko przebłysk. Ledwie wyczuwalny. Ale to była ona, a ta chwila minęła zbyt szybko.
Nasza więź się napięła, aż bolała z tęsknoty za nią.
„No dalej” – warknąłem w ciemność. – „Przyjdź i mnie znajdź”.
Więź biła we mnie jak drugie serce – odległa. Uśpiona. Zdesperowana.
Nie była jeszcze gotowa, coś nadal kotwiczyło ją po drugiej stronie. Jednak za każdym razem, gdy ją czułem, była coraz bliżej, więc to już nie potrwa długo.
SERIN
„Stawaj tylko tam, gdzie ja” – ostrzegłam cichym głosem. – „Bez wyjątków”.
„Wiem” – sapnął Nysander. – „To nie jest mój pierwszy...”
Trzask.
Ostry trzask rozszedł się echem po lesie, a po nim nastąpiło głuche uderzenie i głośny krzyk.
Szybko się odwróciłam i zobaczyłam mojego brata leżącego twarzą do piaszczystej leśnej ściółki, a na jego otartych dłoniach już perliła się krew.
„O rany, Nys” – syknęłam, szturchając stopą jego jęczące ciało. – „Mówiłam ci, żebyś...”
„Słuchałem!” – zaprotestował Nysander. – „Po prostu potknąłem się o... coś?”. Zmarszczył brwi, skanując wzrokiem ziemię za sobą, a ja podążyłam za jego spojrzeniem. Z ziemi nie wystawały żadne korzenie, nie było nisko wiszących gałęzi ani zagłębień.
„Czułem, jakby coś pociągnęło mnie za stopę” – jęknął Nysander, skupiając uwagę na swoich krwawiących dłoniach.
„Tylko ty nie zaczynaj” – mruknęłam, kucając obok niego. – „W tych lasach nie ma niczego oprócz nas i zwierzyny, którą właśnie spłoszyłeś”.
Chwyciłam go za łokieć, podrywając go na nogi. „No chodź, musimy cię opatrzyć”.
Trzymałam Nysa blisko siebie, gdy ostrożnie ruszyliśmy w stronę leśnego stawu, gdzie umyłam mu ręce i wyjęłam drzazgi wbite w skórę.
Staw był całkiem dobrze ukryty głęboko w gęstym lesie, w otoczeniu drzew o szerokich liściach. Często odwiedzały go dzikie zwierzęta, bo był to świetny wodopój, co czyniło z niego również doskonałe miejsce do polowań.
Żadni inni mieszkańcy wioski nie zapuszczali się tak daleko, ponieważ krążyły plotki o nieziemskich stworzeniach ukrywających się w głębi lasu. Ja jednak brałam je za to, czym naprawdę były – za zwykły folklor i miejskie legendy, na które należało patrzeć z przymrużeniem oka.
Chodziłam do lasu prawie codziennie, a najbardziej niebezpieczną rzeczą, jaką do tej pory spotkałam, był dzik – który, swoją drogą, smakował wyśmienicie po upieczeniu na rożnie.
„Nie ruszaj się” – powiedziałam Nysowi, który wciąż przeklinał pod nosem.
Krótki spacer wokół stawu wystarczył, abym znalazła wszystko, czego potrzebowałam – trochę niebieskiego gwiezdnego pnącza, kilka dużych liści i garść wysokiej trawy.
Uklękłam obok mojego brata, kładąc wszystko na płaskim głazie obok niego. „Żuj” – rozkazałam, wkładając mu do ust trochę gwiezdnego pnącza.
Nysander usłuchał, ale po dwóch ugryzieniach miał odruch wymiotny. „To obrzydliwe” – sapnął, jednak położyłam dłoń na jego ustach, powstrzymując go przed wypluciem.
„Potrzebuję z tego papki” – ostrzegłam go.
Niechętnie żuł dalej, aż w końcu wypluł papkę na dłonie. „Smakuje jak śmierć” – wychrypiał, wycierając usta wierzchem ramienia.
„Ale działa rewelacyjnie” – odpowiedziałam, rozsmarowując papkę na jego ranach i dociskając ją własnymi dłońmi.
„To piecze” – poskarżył się Nys, a ja przewróciłam oczami.
„Jesteś na to za stary, Nys” – powiedziałam, przykrywając papkę szerokim liściem i przywiązując ją trawą. – „Pomyśl o tym, co musi znosić Tophyn”.
To bardzo szybko go uciszyło.
Złapałam moją torbę i sprawdziłam zawartość. „To powinno wystarczyć” – mruknęłam, licząc martwe wiewiórki w środku. – „Zbierzmy jeszcze trochę roślin i wracajmy do domu”.
Las za naszym małym domem krył wiele tajemnic, ale żadna z nich nie była nadnaturalna. Rosło w nim mnóstwo leczniczych ziół i roślin, których można było użyć w dobrym lub złym celu, w zależności od sposobu ich przygotowania.
Była tam również czysta woda do picia, spływająca prosto z alpejskiego lodowca na górze, która oddzielała naszą wioskę od sąsiednich miasteczek. Nie brakowało też zwierzyny – jeleni, królików, bażantów i okazjonalnych dzików.
Inni mieszkańcy wioski polowali w lasach po drugiej stronie pól, pozostawiając obfity wybór zwierzyny tylko dla mnie i moich braci.
Traktowaliśmy las i jego zwierzęta z szacunkiem, biorąc tylko to, czego potrzebowaliśmy, i w pełni wykorzystując każdą część naszych zdobyczy. Żywiliśmy się głównie owocami, warzywami, orzechami i mlekiem od naszych dwóch kóz.
Moja matka nauczyła mnie też robić jogurt i masło, ale to była żmudna praca, więc zostawiałam to na specjalne okazje. Nysander i ja chodziliśmy na polowanie kilka razy w miesiącu, w zależności od tego, co udało nam się złapać.
Jeden jeleń wystarczał naszej trójce na całe tygodnie, podczas gdy króliki oczywiście zjadało się o wiele szybciej.
Nasz mały brat, Tophyn, nie polował. Miał zaledwie osiem lat i był za młody – ale głównym powodem było to, że ciągle chorował.
Nie wiedzieliśmy, co wywołuje jego chorobę, a mi wciąż nie udało się go wyleczyć.
Kiedy nasza matka jeszcze żyła, szukaliśmy kiedyś porady medycznej w mieście, ale lekarze nas odprawili, bo nie mieliśmy waluty, której oczekiwali.
Nie chcieli przyjąć zwierzyny w zamian za opiekę, jak robiono to w naszej wiosce. Miasta miały swój własny system płatności, który nie opierał się na wymianie towarów lub usług, tak jak miało to miejsce u nas.
„To jest to, prawda?” – zapytał Nysander, unosząc garść bluszczu Mertin.
„Nie” – warknęłam, wytrącając roślinę z jego zabandażowanej dłoni. – „Taki błąd mógłby kosztować cię utratę ręki, a Tophyna jego życie. Nie możesz sobie pozwolić na takie pomyłki, Nys”.
Przeklęłam pod nosem, gdy szliśmy zarośniętą ścieżką, a ciernie zaczepiały się o gruby materiał naszych spodni. Próbowałam uczyć Nysandera niezliczoną ilość razy, ale on nadal nie potrafił rozróżnić roślin.
Na szczęście był całkiem dobrym myśliwym – szybkim i zwinnym – ale przy tym nieostrożnym. Miał w zwyczaju nie zwracać uwagi na otoczenie, przez co nie raz zgubił się w głębi lasu.
To był kolejny powód, dla którego wiedziałam, że nie mogę wyjść za mąż, czego oczekiwali ode mnie starsi wioski – moi bracia mnie potrzebowali i byliby beze mnie zgubieni.
Ziemisty zapach mokrego mchu unosił się w powietrzu, gdy przechodziliśmy przez gęstszą część lasu. Zawsze czułam się tu spokojna – nie wiedziałam dlaczego, może to zasługa tego, że nie było tu innych ludzi.
Kochałam ciszę, ale jeszcze bardziej to uczucie przynależności. Im głębiej wchodziłam w las, tym silniej to czułam.
Może to przez sny. Zawsze śniłam o tym samym – o lataniu po niebie niczym ptak i patrzeniu w dół na drzewa, jakich nigdy wcześniej nie widziałam.
Zawsze budziłam się z głęboką, pustą tęsknotą w klatce piersiowej, czując się tak, jakbym tęskniła za domem albo za kimś bliskim.
Wiedziałam, jak to jest za kimś tęsknić – oboje moi rodzice zmarli, kiedy byłam młoda – a jednak to uczucie było inne. Jakby brakowało mi kawałka samej siebie.
Jakby moja dusza została rozdarta na pół, a jedynym momentem, w którym w ogóle czułam istnienie tej drugiej połowy, były moje sny.
Wyszliśmy z lasu, schodząc trawiastym zboczem góry w stronę wioski. Nasz dom był położony u jej podnóża, z widokiem na dolinę.
To właśnie dla tego widoku postawiliśmy łóżko Tophyna na strychu, aby mógł obserwować plac, kiedy miał dość siły, by usiąść. Nie opuszczał tego łóżka od tygodni.
„Kiedy wrócimy” – zaczęłam, odwracając się do Nysandera – „pomożesz mi zdjąć skórę z wiewiórek, tym razem bez narzekania...”
Nie protestował. Nawet na mnie nie spojrzał.
Jego twarz zbladła, a niemrugające oczy były utkwione prosto przed siebie.
Podążyłam za jego spojrzeniem i poczułam ścisk w żołądku, kiedy to zobaczyłam.
Drzwi, które zamknęłam na klucz, kiedy wychodziliśmy.
Były szeroko otwarte.













































