
Cienie i Zaklęcia
Autorzy
Rowan Hill
Lektury
1,5M
Rozdziały
39
Prolog
KELLY
Wzięłam głęboki wdech, krzywiąc się z bólu, gdy Klementyna opatrywała ranę na mojej nodze. Trzymała ją mocno, skupiona na swojej pracy.
Za nią Diana krążyła po pokoju, mamrocząc pod nosem. Co jakiś czas zerkała Klementynie przez ramię, sprawdzając postępy.
– Ta... wredna dziewucha! – burczała, po czym wracała do chodzenia.
W połowie opatrunku Klementyna zapytała: – Nie słyszałaś, jakie zaklęcie wypowiedziała?
Pokręciłam głową. – Nie, inni śmiali się zbyt głośno, kiedy to robiła.
– Ja jej... ja jej... ech! – Diana krzyknęła ze złością, zaciskając pięści przy oknie, za którym wiatr szalał.
Wymieniłyśmy z Klementyną smutne uśmiechy.
Diana była bezsilna. Jej własny test miał się odbyć dopiero za dwa miesiące, w jej dwunaste urodziny, i minie trochę czasu, zanim nauczy się czegoś, co mogłoby mi pomóc.
Nie, Diana była równie bezradna jak ja wobec tych złośliwych dzieciaków. Ale teraz to ja byłam ofiarą.
Klementyna cmoknęła z dezaprobatą. – Nie martw się, Didi. Zajmę się nimi.
Spojrzała na mnie. – Ale czemu nie powiedziałaś mi o tym wcześniej? Czemu dowiaduję się dopiero teraz?
Wzruszyłam ramionami, licząc pozostałe siniaki.
Sarah Goode może i nie była zbyt dobra, ale zostawiła sporo bolesnych śladów na mojej kostce swoją magią. Rozciągały się na prawie połowie kostki.
– Po tym, jak mnie oblali, a nikt nie zareagował, pomyślałam, że to normalne, wiesz? W każdej grupie musi być kozioł ofiarny, a ja potrafię tylko czasem sprawić, że coś małego... się wydarzy.
Klementyna mruknęła ze zrozumieniem i skupiła się bardziej na opatrunku niż na moich słowach.
Emilia weszła do pokoju z mokrym ręcznikiem i miską wody.
– Czy ona już poszła? – zapytałam najstarszą siostrę.
– Tak, jakieś dwadzieścia minut temu. – Obdarzyła mnie ciepłym uśmiechem. – Nie martw się, niczego nie zauważyli. Byli zbyt zajęci gadaniem o nadchodzącej wycieczce i przyjęciu z okazji dojrzewania przyszłego przywódcy po drugiej stronie rzeki.
Kiwnęłam głową. Typowa mama, zawsze przeoczająca drobne, ale ważne szczegóły. Czemu jej córka dziwnie chodzi?
– To nie ma znaczenia. I tak by im to uszło na sucho. To nie tak, że mogę chodzić na którekolwiek ze spotkań.
Emilia uklękła obok mnie. – Kel, to się więcej nie powtórzy. Obiecuję. Mała Kelly Jones nie będzie już kozłem ofiarnym. Jeśli spróbują, będą musieli zmierzyć się ze wszystkimi Wardwellami.
Diana wystąpiła do przodu i stanęła nad nami.
– A my nie bawimy się w ciuciubabkę.
Wszyscy zatrzymaliśmy się i spojrzeliśmy w górę na gniewną minę Diany na jej ładnej buzi, i wybuchnęliśmy śmiechem.
Wiatr uderzył gałęzią o okno i wszyscy spojrzeliśmy w tamtą stronę.
Moja najmłodsza kuzynka poszła sprawdzić nagłą zmianę pogody, podczas gdy Klementyna kończyła opatrywać ostatni siniak, a Emilia go czyściła.
– Co... co to jest? – zapytała Diana, odwracając się z powrotem.
Usłyszałyśmy, jak frontowe drzwi się zatrzaskują, po czym rodzinny samochód odpalił i szybko odjechał.
Emilia i Klementyna zmarszczyły brwi i podeszły do okna. Po chwili Emilia odwróciła się do mnie z szeroko otwartymi oczami i ustami.
Zdezorientowana, potrząsnęłam głową i wstałam, wciąż czując ból w kostce, i powoli podeszłam do okna razem z pozostałymi.
Na niebie za pobliskimi drzewami widać było jasnopomarańczową łunę i ja też zmarszczyłam brwi.
– To wygląda jak pożar, prawda? – Nagle dotarło do mnie. To był pożar, ogromny pożar. W kierunku mojego domu.
Zapominając o nodze i bólu, pobiegłam do drzwi i wybiegłam z domu, boso i bez kurtki, prosto w ciemny las.
Znając drogę na pamięć z wielu wcześniejszych wędrówek, pędziłam ścieżką łączącą nasze domy. Moje kuzynki biegły za mną, ich kroki były tak głośne jak szum krwi w moich uszach.
Zwykle zajmowało dwadzieścia minut, żeby przejść tę drogę pieszo, lub dziesięć minut biegnąc.
Ścieżka była usiana patykami i innymi przeszkodami, i dwa razy przewróciłam się o wystający korzeń.
Za każdym razem, gdy upadałam, ból przeszywał moje ciało jak prąd, zmuszając mnie do wstania i dalszego biegu.
Pomarańczowa łuna stawała się coraz jaśniejsza z każdym krokiem, las coraz bardziej rozświetlony. Mój dom stał w płomieniach.
Klementyna krzyczała, żebym zwolniła. Ale ona chyba nie rozumiała. Moi rodzice prawdopodobnie byli w środku, w tym płonącym domu.
Drzewa się skończyły i wybiegłam na polanę, gwałtownie się zatrzymując. Ogarnął mnie strach.
Nigdy nie widziałam czegoś tak przerażającego. To nie był zwykły pożar; to była istna pożoga. Płomienie sięgały nieba. Nic nie mogłoby powstrzymać tak wielkiego ognia, poza ulewą.
Klem wpadła na mnie od tyłu i chwyciła za ramiona. Spojrzałam w bok i zobaczyłam innych ludzi kawałek dalej.
Grupa magów kontrolujących naturę rzucała zaklęcia, a nowe chmury pojawiały się na niebie, co wyjaśniało nagły wiatr, ale zajęłoby im co najmniej kolejne pięć minut, zanim jakikolwiek deszcz spadłby z tych chmur.
Byłam bezsilna.
Błyszczący fragment pojazdu zamigotał w świetle ognia i zobaczyłam motocykl taty i samochód mamy z boku domu. Oboje byli w tym morzu płomieni.
Próbowałam ruszyć w stronę domu, ale ramiona Klem mocno mnie trzymały, przyciskając do siebie.
Ramiona Emilii i Diany dołączyły do jej w wielkim grupowym uścisku i razem usiadłyśmy na trawie, patrząc, jak moje życie dosłownie płonie.













































