
Szukając Amelii: Opowieści Amerykańskiej Wiedźmy
Autorzy
Lektury
124K
Rozdziały
36
Rozdział 1
ALEXANDER
Urodziłem się na Łotwie w 1736 roku jako Aleksandrs Jansons. Moja matka była wiedźmą, a ojciec człowiekiem.
Mój ojciec nie miał pojęcia o zdolnościach matki. Dowiedział się o nich dopiero wtedy, gdy po moim groźnym wypadku musiała użyć swojej mocy, by mnie uleczyć.
Od tamtej pory nasze życie zamieniło się w koszmar. Wysłano za nami pościg, by nas złapać i powiesić za czary. Miałem dwanaście lat, kiedy razem z matką uciekliśmy. Musieliśmy opuścić nasz dom i błąkać się po świecie. W tamtym czasie w Europie i Ameryce oskarżenia o czary zdarzały się wyjątkowo często.
Zmieniłem nazwisko na Alexander Jacobs, aby wtopić się w tłum.
Rok 1764, amerykańska kolonia Massachusetts. Miałem dwadzieścia osiem lat, kiedy moje moce w pełni się przebudziły. Od tamtej pory przestałem się starzeć.
W amerykańskiej kolonii w Nowej Anglii wciąż panował wielki strach przed czarownicami. Często dochodziło tam do procesów, rzucania oskarżeń i egzekucji. Ja i moja matka przybyliśmy tam kilka miesięcy wcześniej. Zamieszkaliśmy w małym miasteczku o nazwie Salem.
Salem miało mroczną przeszłość związaną z czarownicami pod koniec siedemnastego wieku. My jednak czuliśmy się bezpiecznie, bo Ameryka leżała daleko od naszych prześladowców. Pracowałem w mieście jako handlarz. Sprzedawałem miejscowym towary, takie jak bawełna, przędza, jęczmień, tytoń, a także przyprawy i herbaty.
Matka nadal zajmowała się leczeniem. Mieszała zioła i przygotowywała leki na różne dolegliwości. Ja natomiast każdego dnia sprzedawałem towary na głównym rynku w mieście.
Mieszkańcy byli dla nas przyjaźni, a mój biznes szedł całkiem nieźle. W mieście nie było już widać śladów dawnej paniki związanej z czarownicami.
Spacerowałem brukowanymi ulicami Salem. Wydawało się, że kryją w sobie dawne tajemnice. Tajemnice o prawdziwej, magicznej przeszłości tego miejsca.
Każda stara cegła na ruchliwej ścieżce wydawała się pełna historii. Chociaż miasto z czasem się rozrosło, ludzie wciąż wstrzymywali oddech, gdy powietrze gęstniało. Nadal żegnali się znakiem krzyża, gdy jakaś kobieta szła samotnie z ziołami w torbie. Traktowali ją tak, jakby była samym wcieleniem zła.
Sami przeżyliśmy koszmar dawnych procesów i ledwo uszliśmy z życiem. Moja matka z natury była bardzo ostrożna. Rzadko opuszczała nasz mały dom, który znajdował się na obrzeżach miasta, tuż obok lasu.
Nasz dom stał tuż przy linii drzew. Las był tam bardzo gęsty, a powietrze wydawało się ciężkie. Zwierzęta często tam milkły, zwłaszcza w okolicach północy. Matka zawsze powtarzała, że drzewa potrafią słuchać. W miejscu takim jak Salem to ostrzeżenie należało brać na poważnie.
Z własnej woli poszedłem na rynek, aby uczciwie pracować jako handlarz. Mimo to nigdy nie traciłem czujności. Zawsze byłem ostrożny. Doskonale wiedziałem, czym grozi brak rozwagi.
Ciągły strach przed zdemaskowaniem nie odstępował mnie na krok. Towarzyszył mi nawet wtedy, gdy sprzedawałem towary i spokojnie rozmawiałem z ludźmi. Wielu mieszkańców nadal traktowało uzdrowicieli z nieufnością. Szczególnie tych, którzy mieszkali z dala od centrum i prowadzili życie inne niż oni.
Jedno dziwne spojrzenie lub nietypowe lekarstwo mogło wywołać niepotrzebne pytania. Woleliśmy na nie nie odpowiadać. Ludzie po prostu bali się nieznanego.
Była dziesiąta rano w połowie czerwca. Rynek tętnił życiem i był pełen klientów. Tego dnia sprzedałem już sporo bawełny oraz popularnych ziół. Nagle do mojego stoiska podeszła szczupła kobieta. Miała bardzo jasną cerę, różowe policzki, kasztanowe włosy i niezwykłe, ciemnoniebieskie oczy.
Kojarzyłem ją z widzenia, chociaż zawsze z daleka. Była piękna i bardzo zadbana, jakby pochodziła z zamożnej i ważnej rodziny. Wyciągnęła jasną dłoń po suszone przyprawy. Pozwoliła, by przesypały się jej przez palce, a następnie powąchała je z bliska.
„Cudowne”. Uśmiechnęła się w moją stronę, a nasze spojrzenia się spotkały.
„To najlepsza szałwia w mieście” – powiedziałem, przyglądając jej się uważnie. Miałem wrażenie, jakbym skądś ją znał.
Ponownie przyjrzała się przyprawie. Przesunęła dłonią po suszonej szałwii, po czym znów na mnie spojrzała. „Od jak dawna jesteś w mieście?”
„Przyjechałem tu z matką kilka miesięcy temu z Europy” – odpowiedziałem.
„Cóż, to przyjemne miasto, a histeria związana z czarownicami to już tylko przeszłość. Rozumiem więc powody waszej przeprowadzki. Słyszałam, że Europa oszalała teraz ze strachu przed magią”. Przyglądała się mojej twarzy swoim niezwykłym, hipnotyzującym spojrzeniem.
„A jak pani godność?”
„Amelia. Amelia Gipson”. Uśmiechnęła się łagodnie i wyciągnęła do mnie dłoń.
Delikatnie pocałowałem ją w wierzch dłoni. Kiedy nasze ręce się zetknęły, od razu poczułem niezwykłą więź.
Ona również miała w sobie magię. Była czarownicą.
Miała w sobie coś niesamowitego. To było coś więcej niż magia i uroda. Przyciągała mnie do siebie tak, jakby nasze dusze były ze sobą na zawsze połączone.
Łączyło nas niezwykłe porozumienie, gdy tylko patrzyliśmy na siebie i dotykaliśmy się dłońmi. Nigdy wcześniej nie czułem czegoś podobnego.
Ciągnęło mnie do niej i do tej nagłej, potężnej więzi. Zazwyczaj bywałem bardzo ostrożny, cichy i czasem dość niepewny.
Ale Amelia…
Ona wydawała się zupełnie inna.
Poruszała się po Salem jak jasny płomień we mgle. Była delikatna, pełna blasku i nieuchwytna. Jednak pod tą łagodnością kryła się twarda siła. Wyczułem to natychmiast.
To, że mówiła tak otwarcie o szaleństwie w Europie, i to z tak mądrym spojrzeniem, dało mi do myślenia. Wiedziałem, że nie zadaje pytań tylko ze zwykłej ciekawości. Ona celowo mnie sprawdzała.
A ja, naiwny albo po prostu oczarowany, bardzo się z tego cieszyłem.
Jej obecność obudziła we mnie coś, co do tej pory mocno spało. I wcale nie chodziło tu tylko o magię.
Chodziło o coś znacznie głębszego. Coś pradawnego.
Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułem. To była zaledwie mała iskra, ale mogła rozpalić we mnie potężny ogień.













































