
Gdy zapadnie noc. Opowiadanie: Madame Miele
Autorzy
Lektury
39,9K
Rozdziały
11
Rozdział 1
Zafascynowanie: stan całkowitego pochłonięcia lub zaciekawienia czymś, często do tego stopnia, że nie można oderwać wzroku ani odwrócić uwagi.
MARIE ANTOINETTE
Małe, bezlitosne dłonie zacisnęły się na moich ramionach. Pociągnęły mnie do tyłu z zaskakującą siłą. Chłód spłynął po odsłoniętej skórze moich pleców. Powstrzymałam dreszcz.
„Jeszcze raz!” Ostre słowa hrabiny Von Brandeis zabrzmiały w moich uszach z taką samą dezaprobatą jak zawsze. Z głębokim westchnieniem wyprostowałam się i zaczęłam arię od nowa.
Melodia była aż nazbyt znajoma. Niespokojna, pozwoliłam, by mój wzrok powędrował za wielkie okna, które zdobiły salon.
Ogrody austriackiego pałacu leżały tuż za jaskrawymi zasłonami. Pragnęłam po nich pobiegać. Pragnęłam zrobić choć krok bez bystrych oczu mojej guwernantki, które ciągle mnie śledziły.
Ten jeden raz pragnęłam sama podjąć decyzję.
„Hrabino?” Mój młody głos przerwał śpiew, co zaskoczyło starszą kobietę. Jej bystre oczy natychmiast przeniosły się na mnie. Już lśnił w nich pełen wyrzutu blask.
„Co ci mówiłam o przerywaniu? Będziemy mogły zrobić przerwę na herbatę, kiedy pokażesz mi, że potrafisz skupić się na dłużej niż pięć minut. A teraz, jeszcze raz!”
Ale ja przekręciłam się na stołku, odwracając się od stojącego przede mną fortepianu. „Hrabino” – poprosiłam ponownie – „czy nie ma czegoś innego, co mogłabym zrobić?”
Mój głos ożywił się, gdy wpadłam na pewien pomysł. „A może wzięłabym udział w spotkaniu z ojcem na dworze! Skoro pewnego dnia mam zostać królową, powinnam nauczyć się rządzić, prawda?”
Na tę myśl na moich ustach pojawił się pełen nadziei uśmiech, ale nie trwał on długo. Wyraz twarzy mojej guwernantki był mieszanką litości i irytacji. Westchnęłam, zanim słowa w ogóle opuściły jej usta.
„No, no, dobrze wiesz, że to niemożliwe, drogie dziecko. Jeśli rzeczywiście masz pewnego dnia zostać królową Antoinette, lepiej dowiedz się, jakie są twoje priorytety”.
„Ale…” – spróbowałam wtrącić, a moja frustracja rosła przez uspokajający ton hrabiny.
„Żadnego ale! Księżniczki nie przerywają!” Wzdrygnęłam się na chłód w jej głosie, powstrzymując łzy złości. „A księżniczki z pewnością się nie garbią” – kontynuowała, z siłą odciągając moje ramiona do tyłu.
Nie mogłam powstrzymać cichego okrzyku bólu, który wyrwał się z moich ust.
„Nie chcę być surowa, moja droga” – powiedziała guwernantka, tym razem łagodniejszym głosem. – „Chcę cię tylko przygotować na twoją przyszłość”.
Jej zimne dłonie odsunęły jasne loki z mojego ramienia. Ten gest był dziwnie czuły. Wzdychając, zmusiłam się do słuchania.
„Najlepiej zrobisz, wyrzucając rządzenie z głowy. Zostaw podejmowanie decyzji mężczyznom i skup się na tym, co ważne: na swoim śpiewie. A teraz, jeszcze raz!”
Mój wzrok powędrował w stronę okna. Ogrody wydawały się znacznie bardziej odległe, gdy zaczęłam grać znajomą melodię.
Trzask!
Dźwięk głośnego trzaśnięcia wyrwał mnie ze snu i obudziłam się gwałtownie. Resztki snu wciąż do mnie wracały, ale z niepokojem odepchnęłam je od siebie.
„Co się dzieje?” Mój głos był zaspany, gdy próbowałam zorientować się w sytuacji. Widziałam zarys pleców mężczyzny, który szorstko wciągał na siebie cienką lnianą koszulę, wsuwając ją w aksamitne spodnie.
Przez kilka sekund w mojej głowie panował mętlik, dopóki resztki snu nie ustąpiły. „Dokąd idziesz?” – spróbowałam ponownie, prosząc męża o odpowiedź. Jedynym znakiem, że mnie usłyszał, było prychnięcie.
Wtedy, jakby dopiero zauważył, że tu jestem, w końcu przemówił. „Obudziłaś mnie wczoraj w nocy”.
„Och, racja, przepraszam. Potrzebowałam szklanki wody, a dzbanek przy łóżku był…” – zaczęłam odpowiadać, ale on odrzucił moje przeprosiny machnięciem ręki. Nadal stał tyłem do mnie, gdy się ubierał.
„To następnym razem po prostu nie pij. Nie można ode mnie oczekiwać, że będę rządził krajem po marnych czterech godzinach snu”.
Wkładając płaszcz w kolorze bakłażana z bogatym koronkowym wykończeniem, wyszedł za drzwi, nawet nie machając mi na pożegnanie. Drzwi zatrzasnęły się za nim z hukiem.
Z westchnieniem opadłam z powrotem na wielkie łóżko pode mną. Moje oczy z przyzwyczajenia powędrowały na szczyt ramy łóżka. Zdobiona była pięknym, złożonym gobelinem, który zdarzało mi się podziwiać o wiele za często.
Odkąd kilka lat wcześniej przybyłam do Wersalu, spokojny sen stał się niemal niemożliwym zadaniem. Odkryłam, że pragnę własnej przestrzeni i często musiałam przenosić się na sofę, żeby zasnąć.
Gdybym tylko nie musiała znosić tego, jak Ludwik ciągle się wierci…
„Marie…” – zganiłam samą siebie, wyciągając zmęczone nogi z bardzo miękkich koców. – „On jest twoim mężem. Twoim zadaniem jako królowej jest go wspierać, ze wszystkimi jego dziwactwami”.
Cóż, on wcale mi tego nie ułatwia… Ale odrzuciłam tę myśl, zanim na dobre zagościła w mojej głowie. W końcu byłam królową, a moje miejsce było u boku króla.
Niezależnie od tego, czy mi się to podobało, czy nie, byłam żoną króla Francji, Ludwika XVI. Tylko dlatego, że nie był to idealny związek, nie oznaczało, że pozwolę sobie na użalanie się nad sobą z powodu tego pozbawionego miłości małżeństwa.
„Dzisiaj jest nowy dzień!” – powiedziałam, zmuszając się do entuzjazmu w głosie. Przeciągając smukłe ramiona nad głową, weszłam do swoich prywatnych komnat i szeroko otworzyłam dużą szafę.
Mój uśmiech stał się szczery, gdy spojrzałam na wielką stertę pięknych materiałów, które tylko czekały, aż je założę. Były miękkie w dotyku.
„O tak, z tym mogę pracować”.
***
Moje pełne nadziei nastawienie nie trwało długo.
„Nie pozwolą ci wyjść. Rozkaz króla”.
Zadowolony z siebie głos Analene podążał za mną, gdy szłam w stronę drzwi pałacu. Moja dama dworu deptała mi po piętach. Czułam jej złośliwy uśmiech na swoich plecach.
„Och… w takim razie może sprawdzę, czy król zechce cofnąć ten rozkaz. Jestem pewna, że zrozumie!” Czy na pewno? zapytał cichy głos w mojej głowie. Zachowałam to pytanie dla siebie, zbyt przerażona, by poznać odpowiedź.
„Król może robić, co mu się podoba” – odpowiedziała Analene, nie zadając sobie trudu, by ukryć pogardę. – „Poza tym, jest dzisiaj na dworze i nie powinno się mu przeszkadzać z powodu twojej zwykłej nudy”.
Zacisnęłam zęby, aby powstrzymać niegrzeczną odpowiedź. Nie zamierzałam zniżać się do poziomu tej kobiety. Żywiła do mnie urazę odkąd tylko przybyłam do tego kraju. Zupełnie nie przypominała przyjaciółki, na którą liczyłam.
Przyjaciółki, której tak bardzo potrzebowałam, gdy przybyłam do nowego kraju, samotna i przerażona.
Ale to była przeszłość i nie zamierzałam pozwolić, by zepsuła mi humor. Byłam zdeterminowana, żeby mieć dobry dzień.
Obudziłam się z ogromną ochotą na słodycze i byłam podekscytowana na myśl o odkrywaniu niezliczonych piekarń, które oferował Paryż.
Oczywiście, jeśli uda mi się wyjść poza mury pałacu.
Zwalniając krok przed strażnikami o surowych twarzach, obdarzyłam ich moim najsłodszym uśmiechem. Nadając swojemu głosowi pewność siebie, powiedziałam: „Dzień dobry, właśnie wychodzę!”
Jednak dokładnie tak, jak przewidziała Analene, pokręcili głowami. Wyższy z nich odpowiedział monotonnym głosem.
Jego wzrok pozostawał nieruchomo utkwiony w ścianie za mną. „Najmocniej przepraszam, wasza wysokość, ale nie możemy na to pozwolić. Rozkaz króla”.
Stłumiłam swoją frustrację, podczas gdy Analene zdusiła chichot za moimi plecami. „Mówiłam ci, że nie wypuszczą cię na zewnątrz. Wiesz, powinnaś mnie słuchać…”
Przerwała swoje pouczenia, gdy posłałam jej ostre spojrzenie. Cofając się, opuściła głowę z udawanym szacunkiem, a ja westchnęłam ze zmęczeniem.
„Chcę tylko zobaczyć miasto, może zatrzymać się w kilku piekarniach, to wszystko” – spróbowałam ponownie. – „Zabiorę nawet ze sobą strażników!”
Ale ten sam strażnik pokręcił głową, niewzruszony w swoim postanowieniu. Nie było szans, żeby do niego dotrzeć.
Odwróciłam się, by odejść, a moja twarz zrobiła się czerwona ze wstydu, kiedy w miejscu zatrzymał mnie czyjś głos.
„Proszę, proszę, proszę, co tu się dzieje?”
Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, gdy usłyszałam głos mojej jedynej przyjaciółki.
„Wiggy!” Podniosłam wzrok i zobaczyłam, jak się zbliża ze zmarszczonymi brwiami. Ten wyraz twarzy zupełnie nie pasował do jej zazwyczaj uśmiechniętego oblicza.
Puściła mi oczko, po czym przeniosła uwagę na stojącego przede mną strażnika. Przełknął głośno ślinę pod jej intensywnym spojrzeniem.
„Co ja słyszę o odmawianiu naszej Królowej dostępu do JEJ miasta?” Powstrzymałam uśmieszek, gdy obaj strażnicy wymienili niepewne spojrzenia.
Wyraźnie dobrze znali silną determinację tej kobiety.
Ona jest księżniczką Schleswig-Holstein. Jako królowa stałam znacznie wyżej w hierarchii od niej. To jednak nie miało znaczenia dla strażników.
Z pewnością nie, gdy chodziło o moją dumną przyjaciółkę.
To właśnie przez tę dumę ze swojej ojczyzny zyskała przydomek Wiggy. Od samego początku bardzo jej się podobał i już z nią pozostał.
„Księżniczko Marie-Louise, jeśli nie masz nic przeciwko…” – rozległ się nosowy głos Analene.
„Właściwie to mam coś przeciwko” – przerwała jej Wiggy, posyłając niższej kobiecie gniewne spojrzenie. – „I nie przypominam sobie, żebym zwracała się do ciebie. To sprawa między królową a mną. A może zapomniałaś? Ona jest też twoją królową”.
Analene skurczyła się pod ostrym spojrzeniem Wiggy, a ja nie mogłam powstrzymać odrobiny współczucia dla tej kobiety.
Moja przyjaciółka potrafiła budzić prawdziwy strach. I z pewnością nie miała takiej samej cierpliwości jak ja, jeśli chodziło o moją damę dworu.
Ale kiedy mruknęła pod nosem coś, co brzmiało jak „nie moja królowa”, moje współczucie zniknęło.
Kierując swoją uwagę z powrotem na strażników, patrzyłam, jak ich pewność siebie słabnie.
„Daj spokój, Julien, pomyśl, z kim masz tu do czynienia…” Główny strażnik zbladł na dźwięk swojego imienia i wcale go za to nie winiłam.
Prywatnie Wiggy była niesamowicie uroczą osobą, ale na dworze była... bardzo wpływowa, mówiąc delikatnie.
Już wcześniej ją o to pytałam, ale ona po prostu puszczała oczko i mówiła: „dziewczyna musi robić to, co do niej należy”.
Nie mogłam powstrzymać szacunku, jakim ją za to darzyłam.
„Oczywiście, Księżniczko” – strażnik, Julien, w końcu ustąpił. Starałam się nie otwierać szeroko ust ze zdziwienia, gdy Wiggy puściła mi oczko z żartobliwym uśmieszkiem na twarzy.
„Więc, idziesz?” – droczyła się. Nie czekałam, aż powtórzy dwa razy, trochę obawiając się, że strażnicy mogą zmienić zdanie.
Przechodząc przez drzwi pałacu, po raz pierwszy od miesięcy zaczerpnęłam głębokiego oddechu świeżego powietrza.
Spędziłyśmy kilka kolejnych godzin na spacerowaniu po krętych uliczkach Paryża i jedzeniu o wiele za dużej ilości wypieków.
Było miło, beztrosko i bawiłam się najlepiej, odkąd opuściłam dom.
„Dziękuję, Wiggy, mówię poważnie. Prawie zwariowałam, będąc zamknięta w tym miejscu. Czasami nie potrafię sobie wyobrazić, że będę tam mieszkać do końca życia”.
Ścisnęłam dłoń mojej przyjaciółki, by podkreślić swoje słowa, ale ona tylko przewróciła oczami. „Och, daj spokój, to nie miejsce jest problemem. To ludzie. A raczej ta jedna osoba”.
„Wiggy…” – ostrzegłam ją, nie chcąc zepsuć tej chwili.
„Mówię poważnie, Marie, musisz postawić się Ludwikowi. Pewnie, że jest królem i w ogóle, ale koniec końców jest tylko gburem!”
Westchnęłam, teraz nie dało się już uniknąć tej rozmowy. „Wiesz, że to bardziej skomplikowane. On jest królem Francji, a ja jestem tylko mną. Wiesz, że nie mogłabym mu się postawić. Nie mam takiej władzy”.
Wiggy otworzyła usta, by mi odpowiedzieć, ale byłam szybsza. Zanim zdążyła się odezwać, chwyciłam ją za rękę i pociągnęłam przez małe, urocze drzwi na rogu ulicy.
Drzwi prowadziły do piekarni, która pachniała wanilią, cukrem i czystym dobrem. Nasi strażnicy weszli za nami, wypełniając małą przestrzeń. „Koniec rozmów o chłopakach, jedzmy!”
Dzwoniąc małym dzwonkiem na ladzie, przyjrzałam się pomieszczeniu. Było urocze i jasne dzięki naturalnemu światłu, ale to widok wypieków ustawionych na ladzie najbardziej przykuł moją uwagę.
Z niecierpliwości aż pociekła mi ślinka.
„W czym mogę pomóc?” Szorstki głos przerwał moje wpatrywanie się w ciastka.
Podniosłam wzrok i zobaczyłam mężczyznę górującego nad ladą. Był bardzo przystojny, miał pewne siebie brązowe oczy, włosy, które opadały w niechlujnych lokach, a na jego twarzy malował się całkowity brak zainteresowania.
Wydawał się przez to nieco mniej przerażający, szczególnie dzięki mące, która pokrywała jego szczękę i… w zasadzie całą resztę.
Wyraźnie przeszkodziłyśmy mu w pieczeniu. Nie wyglądał na zadowolonego z tego powodu.
Ciekawe… Większość ludzi spieszyła z ukłonami, gdy mnie widziała, ale ten mężczyzna zupełnie się tym nie przejmował.
Musiałam przyznać, że byłam pod wrażeniem jego opanowania. Zwłaszcza że moi strażnicy bez wątpienia posyłali mu wrogie spojrzenia zza mojego ramienia.
„To nie jest sposób, w jaki odzywasz się do swojej królowej!” – warknął jeden ze wspomnianych strażników, a w jego słowach słychać było wielki gniew.
Piekarz nawet nie drgnął. Prawdę mówiąc, wyglądał na dość znudzonego.
„Nie miałem pojęcia, że jestem w obecności tak ważnych członków rodziny królewskiej” – odparł, a w jego głosie wyraźnie brzmiał sarkazm.
W odpowiedzi uniosłam brwi i z trudem powstrzymałam rozbawiony uśmiech.
Naprawdę ciekawe.
Strażnik najwyraźniej nie podzielał mojego zdania. „Jak się nazywasz, wieśniaku?” Wypluł to ostatnie słowo jak obelgę, po czym kontynuował: „Mógłbym cię zabić za samą twoją zuchwałość”.
Aby podkreślić swoje słowa, strażnik wyciągnął miecz. Mimo to, piekarz się nie wycofał. Zachowywał się tak, jakby nie miał żadnego instynktu samozachowawczego.
„Pierre De Gouges” – odpowiedział leniwie. – „Jest mi miło, ale nie do końca jesteś w moim typie”.
Zanim zdążyłam się powstrzymać, z mojego gardła wydobył się stłumiony śmiech.
„Cóż, Pierre, właśnie wydałeś na siebie wyrok śmierci”. Zanim zdążyłam zareagować, mój strażnik złapał piekarza, Pierre'a, za kołnierz i uniósł miecz, by uderzyć. Nawet jeśli piekarz był choć trochę przerażony, nie dawał tego po sobie poznać.
Nie można było tego samego powiedzieć o mnie.
„Czekaj!” Mój głos przebił się przez zamieszanie, a niepokój w nim był niezwykle wyraźny. „Co ty robisz? On nie zrobił nic złego. Nie możesz zabijać każdego, kto nie pada mi do stóp!”
Oplotłam dłońmi wyciągnięte ramię strażnika i pociągnęłam. Zawahał się o sekundę za długo, zanim opuścił swój miecz. Z warknięciem popchnął Pierre'a za kołnierz, przez co mężczyzna upadł na ziemię.
Piekarz upadł z bolesnym głuchym uderzeniem, a moje ciało skuliło się w odpowiedzi. Obiegając ladę, wyciągnęłam do niego dłoń.
Zatrzymał się, a na jego przystojnej twarzy malował się szok. Ale nie sądziłam, że był to szok spowodowany upadkiem. Był to raczej szok wywołany moim gestem. Powoli, z wahaniem, wsunął swoją dłoń w moją.
„Dziękuję”.
Tym razem, gdy się odezwał, głos piekarza był cichszy, bardziej szczery. Szybko pokiwałam głową, starając się ukryć dziwne uczucie, które spłynęło po moim kręgosłupie, gdy ciepło jego dłoni przeniknęło do mojej. To uczucie pozostawiło we mnie gorąco długo po tym, jak się odsunął.
Kim jest ten mężczyzna?















































