
Półkrwi Księga 4
Autorzy
Lektury
152K
Rozdziały
47
Rozdział Pierwszy
Księga czwarta: Tron Krwi i Strachu
Wilczyca biegła, a jej oddech rwał się z każdym sapnięciem. Strach był jak imadło wokół jej serca, zaciskające się coraz bardziej z każdym krokiem. Znaleźli ją. Ci skurwiele ją zauważyli.
Wysokie drzewa tworzyły z nocy niebezpieczny labirynt. Ale ona była do tego stworzona. Jej oczy przyzwyczaiły się do ciemności, pomagając jej unikać przeszkód na drodze.
Jej łapy uderzały o ziemię, gdy desperacko próbowała uciec przed łowcami. A raczej przed zabójcami. Plotki były prawdziwe. To nie byli zwykli łowcy.
Zwykli ludzie nie mieli takiej mocy.
Z jej gardła wyrwał się krzyk, gdy się potknęła. Coś uwięziło jej kostkę, przykuwając ją do ziemi. Spojrzała w dół.
Korzenie, przypominające krzywe palce, owinęły się wokół jej nóg. Wbijały się w jej ciało przy każdym drgnięciu.
Łzy bezsilności napłynęły jej do oczu, gdy próbowała się uwolnić. Jej paznokcie zmieniły się w pazury.
Szybkim cięciem odcięła korzenie. Nie traciła ani sekundy, szybko wstając na równe nogi i kontynuując desperacki bieg. Jej terytorium było blisko.
Powąchała powietrze, chcąc poczuć ich zapach. Ale nie zostawili żadnego śladu. Ich imiona nie były znane.
Jedno było jednak pewne: nikt nie przeżył spotkania z nimi.
Z każdym ciężkim oddechem żałowała swojej decyzji o pozostaniu w The Fox and Boar.
Karczma była popularnym miejscem dla istot z Siedmiu Królestw. Bezpieczne schronienie na ludzkich ziemiach, strefa neutralna. To było miejsce zabawy, a nie strachu.
Karczma była azylem dla bardziej tolerancyjnych istot. Jej właściciel, czarnoksiężnik, założył ją sto lat temu.
Ona, jak wielu innych, bywała tam dla towarzystwa i trunków. Ten wieczór zaczął się jak każdy inny.
Karczma była pełna śmiechu, krzyków, pieśni i tańców. Nikt nie zauważył, kiedy weszli: dwie kobiety i mężczyzna.
Ona też ich nie zauważyła.
Wystarczył jeden uśmiech, pocałunek i kilka drinków, by wyszła z jedną z tych kobiet. Jej usta były słodkie, a oczy ciemne jak kawa.
W ciemnej uliczce między dwoma budynkami, kobieta zdradziła ją srebrnym sztyletem.
Nie miała czasu, by zmienić się w wilka. Odwzajemniła atak, zostawiając zdrajczynię oszołomioną, i uciekła.
Teraz to na nią polowano; biegła, krwawiła, słabnąc z każdym krokiem. Niezdolna do przemiany. Bezbronna.
Była blisko swojego stada. Jeszcze tylko trochę. Srebro zablokowało jej myślową więź ze stadem. Była sama, zdana na ich łaskę.
Ich śmiech złowrogo niósł się w nocy. Łzy płynęły po jej twarzy. Byli bliżej, niż myślała. Strach wywołał zimny dreszcz na jej plecach.
Nagle gałęzie owinęły się wokół jej szyi, zatrzymując jej ucieczkę. Upadła z hukiem, a jej dłonie drapały gałęzie. Jej pazury znów się pojawiły.
Korzenie wyrwały się z ziemi, więżąc jej dłonie i stopy.
„Proszę” – błagała, a łzy płynęły po jej twarzy. „Proszę, nie róbcie tego!”
Para wypolerowanych, czarnych butów zatrzymała się przed nią. „Ciii” – powiedział mężczyzna. Jego oczy były nie z tego świata. Nigdy wcześniej takich nie widziała.
Były ciepłe i zachęcające. Był piękny. Zbyt piękny. Zrozumiała wtedy, że używał swojej urody jako przynęty, dokładnie tak, jak oni ją zwabili.
„Skończ z tym teraz” – rozkazała kobieta, która ją pocałowała, a potem dźgnęła.
Mężczyzna uniósł dłoń, wykonując delikatny ruch nadgarstkiem. Z trawy wyrósł korzeń.
Jej oczy rozszerzyły się z przerażenia, gdy korzeń podzielił się na części, tworząc wilcze pazury. Nie zdążyła krzyknąć, gdy jej serce zostało wyrwane z piersi.
Jej oczy zaszły mgłą.
Martwa.
„Powinniśmy iść. Jesteśmy blisko jej stada” – powiedziała zdrajczyni.
„Macie krew?” – zapytał mężczyzna, sprawiając, że korzenie cofnęły się pod ziemię.
Druga kobieta, która przyglądała się z daleka, podała mu fiolkę.
Rozsmarował krew demona obok martwej wilczycy. Jej oczy wciąż były otwarte.
„Ci pierdoleni idioci pomyślą, że to był demon” – powiedział mężczyzna.
„Musimy zacząć tropić wampiry. Król Maxius nie jest najbystrzejszy. Będzie łatwo nimi manipulować” – powiedziała kobieta z fiolką.
Mężczyzna kiwnął głową i wstał. „Chodźmy. Inni czekają.”
Nagle wszyscy odwrócili się w stronę lasu. Wycie wilkołaków rozniosło się echem między drzewami.
Zniknęli bez zastanowienia, zostawiając martwe ciało niewinnej wilczycy na pastwistwo nocy. Dowody, które pozostawili, były tykającą bombą, potencjalnym katalizatorem wojny.
***
W innym królestwie, potężny kamienny mur chroniący demoniczną cytadelę zdawał się wzdychać z ulgą, patrząc z góry na Tarę. Na wiecznie szarym niebie rozbrzmiewały grzmoty.
Ukryte w chmurach, czarne błyskawice zwiastowały przybycie demonicy wysokiej rangi.
„Jesteś pewna, że wszystko będzie dobrze?” – zapytała Tara Soranę.
Sorana rzuciła leniwe spojrzenie na wysoki mur. „Mam taką nadzieję. Mój brat pewnie nie może się doczekać, żeby ukarać mnie za całe zło, które mu wyrządziłam.”
„Chodźmy” – ponagliła Tara.
Kiedy szły, demony i demonice zatrzymywały się, by na nie patrzeć, skupiając wzrok na Soranie. Demonicy, która zdradziła swojego Króla i brata dla miłości.
W wielu z nich zaczęła narastać niechęć i nienawiść. Sorana nigdy nie była zbytnio lubiana w swoim własnym królestwie.
Uważano ją za samolubną, niegodną zaufania i zbyt piękną.
Sorana słynęła z niezwykłej urody. Miała czarne włosy, szare oczy i idealnie wygięte, gęste, czarne brwi.
Ale teraz tej samolubnej i niegodnej zaufania piękności czegoś brakowało. Kiedy przechodziła obok, wielu zaczęło to wyczuwać.
Wymieniali złośliwe uśmiechy, zauważając, że Sorana nie posiadała już mocy, która kiedyś ją wyróżniała.
Czy nadal będzie nieśmiertelna? To pytanie zadawali sobie wszyscy.
Wielki pałac Króla Demonów górował nad całym królestwem. Jego drzwi otworzyły się szeroko, pozwalając im wejść i otaczając je mgłami Otchłani — zasłaniając widok na otoczenie.
Strach ogarnął Tarę — strach przed karą, wyrzutami i spotkaniem z Królem. Jej oczy spoczęły na twarzy Sorany, gdy prowadzono je przez mgły.
„Boisz się” – stwierdziła.
Sorana westchnęła. „Tylko głupiec nie bałby się Lorcana.”
Strach, który czuła Tara, był strachem o przyjaciółkę. Był to silny strach, który przyspieszał bicie serca.
Mgły Otchłani opadły, odsłaniając przed nimi tron.
Pięciu Lordów obserwowało je z bezpiecznej odległości. Ich twarze nie zdradzały żadnych emocji.
Stali prosto, ich ciała były napięte, mięśnie wyraźnie zarysowane, a z mieczami w dłoniach emanowali siłą.
Tara uznała za dość absurdalną myśl, że dwie kobiety mogłyby się im przeciwstawić, a zwłaszcza Sorana.
Nagle pierś Tary ścisnęła się, gdy przeszyła ją fala mocy. Niczym magiczna siła, jej wzrok przyciągnęła postać, której nigdy wcześniej nie widziała.
Mężczyzna, którego nigdy nie spotkała, a mimo to czuła z nim dziwną więź.
Nawet z profilu widziała, że jego twarz była niezwykle przystojna.
Emanowała z niego moc. Jego szerokie ramiona chronił pancerz z zimnego żelaza, uformowany w ostre pióra, które sięgały prawie do jego nadgarstków.
Jego ciemne, niemal czarne włosy swobodnie opadały na ramiona. Ta więź tam była, delikatna, niewidzialna i lśniąca na zielono nić, która łączyła go z nią.
Tara szybko odwróciła wzrok i spojrzała z powrotem na Lordów Demonów. Ich postawy obronne miały teraz sens.
Nie z powodu jej i Sorany, ale z powodu tego tajemniczego mężczyzny, który jeszcze się nie odwrócił.
Król Lorcan spojrzał na Soranę chłodnym, pozbawionym emocji wzrokiem. Królowa u jego boku miała powściągliwy wyraz twarzy. „Dobra robota, Taro” – powiedziała.
„Bracie” – odezwała się Sorana, a jej strach nieco opadł.
Król Lorcan jej nie odpowiedział. Jego uwaga skupiła się na Tarze. „Umowa to umowa, fae.” Jego głos był lodowaty i wrogi jak zawsze.
Tara nie potrafiła sobie wyobrazić, że kiedykolwiek jest zrelaksowany lub uśmiechnięty. Jego twarz wydawała się na zawsze ponura i mroczna. Mimo to utrzymała pewną postawę i spokojny wyraz twarzy.
„Wybierz swoją nagrodę” – rozkazał.












































