
Wilki z Wyżyn Książka 2
Autorzy
Lektury
191K
Rozdziały
33
Rozdział 1
Księga 2: Przeklęty
ALARIC
To dziwne, jak bardzo nie cenimy życia, gdy wydaje nam się, że mamy go pod dostatkiem. Traktujemy je jako coś oczywistego, ale kiedy uświadamiamy sobie, że nasze dni są policzone, zaczynamy doceniać każdą chwilę, każdy oddech, każdy wschód i zachód słońca. A jednak z każdym mijającym dniem koniec jest coraz bliżej.
Próbujemy wszystko naprawić. Chcemy naprawić nasze błędy. Staramy się być najlepszą wersją samych siebie, mając nadzieję, że zostawimy po sobie tylko piękne wspomnienia dla tych, których kochamy. Ale czasami zła, które wyrządziliśmy, nie da się cofnąć.
Byłem w swoim gabinecie, gdy drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wszedł Conan z rękami schowanymi za plecami. Wystarczyło jedno spojrzenie na niego, by przepełnił mnie strach. Co mogło pójść nie tak? Przecież nic, prawda?
„Rodziny alfy i bety z Prowincji Zachodniej zostały zamordowane.”
Zamarłem, upuszczając na biurko długopis, który trzymałem w dłoni, i spojrzałem na Conana. Jeśli to miał być żart, wcale nie był śmieszny.
„Conan, lepiej, żebyś nie…”
„Nie kłamię, Alaricu” – przerwał mi, wyciągając prawą rękę, by położyć grubą, brązową kopertę na moim mahoniowym biurku.
„Przyszła dziś rano. Przejrzałem ją. Ktokolwiek za tym stoi, ma w tym jakiś cel, a ja nie potrafię zrozumieć dlaczego.”
Sięgnąłem po kopertę i ją otworzyłem. W środku były zdjęcia przerażających scen. Wszędzie było pełno krwi, a głowy były odcięte od ciał. Członkowie Zachodniego Stada leżeli we własnej krwi.
„Co do cholery?”
„Zabito nawet dzieci.”
Spojrzałem na zdjęcia jeszcze raz. Nigdy nie widziałem czegoś takiego w Highlands. Tak jak powiedział Conan, ktokolwiek to zrobił, miał wyraźny cel i wcale nie żartował.
„Ktoś porywczy musiał być naprawdę wkurzony” – powiedział Conan i usiadł naprzeciwko mnie. Mógł mieć rację. Tylko wróg zrobiłby coś takiego. Ale kto? I dlaczego z zimną krwią zabito nawet dzieci?
„Czy mój ojciec o tym wie?”
„Nie chce, żeby mu przeszkadzano. Mój ojciec powie mu, kiedy będzie wolny.”
„Co powiedzieli członkowie stada?” – zapytałem.
„Przyszły beta – Cole. Pamiętasz go?”
Skinąłem głową, a on mówił dalej: „Cole to przyniósł, ale musiał szybko wracać do swojego stada. Jest ostatnim żyjącym członkiem swojej rodziny.”
„Mów dalej” – ponagliłem go.
„Powiedział, że ci, którzy zginęli, albo zajmowali ważne stanowiska w stadzie, albo po prostu mieli wystarczająco dużo pecha, by znaleźć się w niewłaściwym miejscu i czasie. Cole przeżył tylko dlatego, że go tam nie było.”
„Muszą wiedzieć, w jaki sposób ich obrona została przełamana.”
„W tym problem. Nie wiedzą. Nie było żadnego zapachu ani śladów stóp. Ktokolwiek to zrobił, przyszedł i odszedł bez śladu.”
„Czarownice?” – zasugerowałem. To było jedyne sensowne wyjaśnienie.
„Może, ale czarownice zazwyczaj nie zostawiają po sobie takiego bałaganu. Są o wiele bardziej... czyste.”
Miał rację. Czarownice zabijały, ale robiły to mądrze. Byłem tego żywym dowodem. Żyłem z klątwą, która powoli mnie zatruwała. Czas mi uciekał.
Zostało mi około ośmiu miesięcy życia i nikomu o tym nie powiedziałem. To był mój problem. Nie chciałem martwić mojej matki ani nikogo innego tym, co stało się w noc ceremonii nadania imienia mojemu synowi. Mieli się dowiedzieć dopiero wtedy, gdy będzie za późno na ratunek.
Laika była kluczem, ale nie mogłem zmusić jej, by mnie pokochała. Wyznanie jej prawdy byłoby jak błaganie o miłość. Wyrządziłem jej straszne rzeczy i nie mogłem od niej żądać, żeby mnie uratowała.
A skoro mowa o czarownicach, szukałem Celeste od roku, ale zniknęła. Jej dom doszczętnie spłonął.
„Wszystko w porządku?” Pytanie Conana wyrwało mnie z zamyślenia. Przeniosłem na niego wzrok. Nie on miał być betą. Jeśli umrę, władzę przejmie mój syn, a dziecko Conana będzie rządzić u jego boku. Ale Conan nie znalazł jeszcze swojej przeznaczonej.
„Wszystko gra” – skłamałem. Prawdę mówiąc, byłem przerażony. Nie miałem pojęcia, jak zakończy się moje życie. Czy to będzie bolesne? Pewnie dowiem się za kilka miesięcy.
„A jeśli to Phineas?”
„On nie żyje” – przypomniałem mu.
„Nigdy nie znaleźliśmy jego ciała” – powiedział Conan.
Co takiego? Nigdy nie znaleźli jego ciała? To on zapewniał mnie, że wszystko jest w porządku. On i mój ojciec.
„Mówiłeś mi…”
„Skłamaliśmy. Pokój, który opisałeś, był pusty, z wyjątkiem kałuży krwi.”
„Dlaczego…”
„Twój ojciec wiedział, że ruszysz za nim, jeśli pojawi się jakikolwiek dowód na to, że żyje. Skłamał, by cię chronić. Poprosił mnie, żebym kłamał i o tym zapomniał” – powiedział Conan, unikając mojego wzroku.
„Jesteś moim betą. Mamy ze sobą współpracować!”
„On jest moim alfą. Jego słowo to prawo” – odpowiedział.
Phineas miałby żyć? Wydawało się to mało prawdopodobne, ale nie było niemożliwe.
„To nie jest sprawka Phineasa” – powiedziałem stanowczo.
„Nie bądź taki pewien. Pracował z czarownicami. One potrafią uleczyć nawet najgorsze rany. Minął ponad rok. Może być już wystarczająco silny.”
Może Conan miał rację, ale odmawiałem w to uwierzyć. Tu chodziło o coś znacznie większego. Phineas nie zabiłby Zachodniego Stada. Jaki mógł mieć do nich żal?
Conan wyszedł, zostawiając mnie samego w gabinecie, zagubionego w myślach. Podniosłem jedno ze zdjęć, wpatrując się w nie. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego ktoś miałby zrobić coś takiego. Miałem przeczucie, że umyka mi jakiś szerszy kontekst. Ale co to mogło być?
Phineas nie żył, a nawet jeśli przetrwał, nie zabiłby Zachodniego Stada. Ja byłem jego wrogiem. Inne stada nie przejmowały się samotnikami tak jak ja. Ostrzegał mnie, żebym nie ratował Laiki, bo w przeciwnym razie po nią wróci. Więc dlaczego miałby atakować inne stado?
Bolała mnie myśl, że to ja mogę być przyczyną tego wszystkiego. Że ci wszyscy ludzie zginęli, ponieważ zrobiłem sobie wroga. Jeśli Phineas za tym stał, było tylko jedno wyjaśnienie. Zabijał rodziny alf i każdego, kto mógł mu przeszkodzić w staniu się najwyższym alfą. Jeśli tak było, to był to dopiero początek.
















































