
Seria Łotr 1: Alfa łotr
Autorzy
Gemma Rue
Lektury
2,2M
Rozdziały
48
Rozdział 1.
Księga 1:Zbuntowany Alfa
HARLEY
"Szybciej!" Wołam do Simona, słysząc, że zwalnia. Od razu przyspiesza.
Całe ciało mnie boli od biegu, zmuszam nogi do szybszego ruchu. Moja wilczyca dodaje mi sił, pomagając biec.
"Już nie są tak blisko!" odpowiada w myślach, ledwo łapiąc oddech.
Czuję niepokój i próbuję nasłuchiwać. Słyszymy kroki i wycie ścigające nas przez las, brzmiące jak z koszmaru. Simon pewnie ma rację - wycie cichnie, ale nie odpuszczą. Nie mogą, bo to on ich wysłał. Lepiej nie ryzykować. Przyspieszam, mówiąc rodzinie przez więź umysłową, żeby biegli dalej od wycia.
Grrrrr aroooo. Grrr.
Słyszymy nowe warknięcia dookoła. Wilki są wszędzie, otaczają nas. Dwa z przodu, dwa po bokach i jeden z tyłu. Wszystkie biegną tak szybko jak my, zamykając krąg.
"Cholera!" myślę do Simona. Moglibyśmy dać radę trzem, może pięciu, gdyby nie dzieci na plecach, ale siedmiu?
Wilki bez trudu dotrzymują nam kroku, po czym nas otaczają. Razem powoli zwalniają. Millie płacze i ciągnie mnie za włosy. Nie da się przez nie przebiec bez narażania dzieci. Zwalniając, przyglądam się wilkom obok. Są silne, brązowe i świetnie wyszkolone. To wilki z watahy. Żadne bezpańskie wilki tak dobrze nie współpracują.
Wpadliśmy na teren watahy, nie wiedząc o tym - to był ogromny błąd.
Musimy się zatrzymać. Czarny wilk warczy na nas, wyglądając groźnie i wrogo. Pozostałe też warczą, krążąc wokół. Przywódca patrzy na mnie i dzieci na naszych plecach. Musimy wyglądać dziwacznie. To nienormalne widzieć dwa młode wilki biegnące z trójką dzieci w ten sposób.
Pochylam się, żeby dzieci mogły zejść. Płaczą rozpaczliwie. Wydaję z siebie łagodny dźwięk, delikatnie ocierając się o nie. Opuszczam głowę przed przywódcą stada, po czym zmieniam się z powrotem w człowieka. Simon robi to samo.
Bliźniaki, Reese i Sage, dają nam po dużej koszulce do ubrania. Wilki z watahy cierpliwie czekają, nie patrząc, gdy się ubieramy.
Gdy jestem już ubrana, czuję na sobie beznamiętne spojrzenia wilków. Na co czekają? Watahy zwykle nie lubią, gdy ktoś wkracza na ich teren.
Powoli unoszę ręce i spuszczam wzrok, mówiąc: "Przepraszamy, jeśli wkroczyliśmy na wasz teren. Możemy odejść i nigdy nie wracać, jeśli pozwolicie."
Głośne, głębokie warknięcie przerywa ciszę nocy. Czarny wilk warczy na mnie.
Serce mi przyspiesza. Millie przytula się do mojej nogi i płacze w koszulkę. Zerkam na Simona, po czym z powrotem na przywódcę. "Proszę, pozwólcie odejść dzieciom. Są małe. Nie wiedziały."
Wilki nie reagują na moje słowa. Zaczynają iść razem. Wyraźnie rozmawiają przez więź umysłową watahy, dostając rozkazy od przywódcy, może nawet od samego alfy.
Ale pewnie nie. Jesteśmy tylko nieistotnymi wilkami bez watahy. Jakiś mniej ważny wilk pewnie decyduje, co z nami zrobić przez więź umysłową, ciesząc się spokojnym wieczorem i nigdy więcej o nas nie myśląc. Chciałabym móc usłyszeć, co mówią, żeby lepiej wiedzieć, co planują, ale wilki spoza watahy nie mogą się ze sobą komunikować telepatycznie.
Jeden z wilków trąca Simona nosem, nakazując mu iść do przodu.
"Chyba zabierają nas do siebie," mówi Simon w naszej prywatnej rozmowie myślowej, nie pozwalając dzieciom usłyszeć.
Leśne podłoże jest zimne, gdy wszyscy idziemy przez brud, odgarniając gałęzie i rośliny. Jest cicho, słychać tylko płacz Millie. Idziemy powoli w ludzkiej formie.
Pokonujemy co najmniej trzy mile, idąc wolno, bo nie jesteśmy teraz wilkami.
Millie wciąż płacze i drży w moich ramionach, obejmując moją szyję i przyciskając twarz do mnie.
Jaśniejszy brązowy wilk po lewej uważnie ją obserwuje, wydając cichy, smutny dźwięk, gdy Millie znowu zaczyna płakać. Ten wilk prawdopodobnie jest matką.
Zakrywam uszy Millie i szybko szepczę do życzliwego wilka: "Proszę, jeśli my... jeśli umrzemy, zaopiekuj się nią."
Wilk lekko kiwa głową, gdy z przodu watahy dobiega warknięcie. Moje serce zwalnia; przynajmniej Millie może być bezpieczna.
Godziny później zbliżamy się do ogromnego domu. "Dom" to może za mało powiedziane; wygląda bardziej jak zamek z bajek, które opowiadam dzieciom. Szare kamienie jasno odcinają się od ciemnego nocnego nieba, z wysokimi wieżyczkami i balkonami wysoko nad nami. Bliźniaki patrzą w górę z zachwytem. Sage mówi: "Tu musi mieszkać król."
Nie król. Alfa.
Przy wejściu spotykamy dziesięciu strażników, wszystkich w ludzkiej postaci, ale wciąż wyglądających groźnie, gdy nas otaczają, patrząc wrogo. Zatrzymują się i patrzą w milczeniu na wilki, które nas prowadziły, wydając lub otrzymując rozkazy przez więź umysłową watahy. Strażnicy wprowadzają nas do środka bez słowa.
Wejście jest równie imponujące i wytworne jak zewnętrze. Ogromny żyrandol zwisa z sufitu, a błyszczący kamień pokrywa podłogę. Sufity są tak wysokie, że można zapomnieć, że jest się w pomieszczeniu.
Mężczyźni prowadzą nas dalej korytarzem do jadalni, gdzie czterech mężczyzn je przy stole wystarczająco dużym dla dwudziestu osób. Pokój jest tak czysty, że wszystko lśni.
Kątem oka widzę dzieci i nagle uświadamiam sobie, jak bardzo jesteśmy brudni. Jestem pokryta brudem i krwią, na wpół naga w jednym z najelegantszych miejsc, w jakich kiedykolwiek będę. Dzieci są ubrudzone od stóp do głów. Musimy wyglądać okropnie.
"Dziękuję," mówi mężczyzna siedzący u szczytu stołu. Wstaje i odwraca się, lustrując nas od góry do dołu. Jest wysoki i schludny w eleganckim garniturze. Jego mięśnie napinają materiał. Ma blond włosy związane z tyłu i mocno zarysowaną szczękę.
Gdy podnoszę wzrok, nasze oczy się spotykają i czuję coś dziwnego. Moje serce przyspiesza, skóra płonie, a moja wilczyca wyje w mojej głowie. Nie mogę oderwać wzroku od jego głębokich zielonych oczu. Co to za uczucie?














































