
Królewskie Dziedzictwo 5: Gdy zapada nów
Autorzy
Lektury
469K
Rozdziały
43
Układ
Księga 5: Kiedy upada New Moon
LEO
Łapy Quinna z łoskotem uderzały o ziemię, gdy pędził przez las. Ulewny deszcz przemoczył jego czarne futro, a mokre liście lepiły się do jego ciała.
Wydał z siebie cichy warkot, wkurzony na burzę za to, że go spowalnia. Kiedy dotarł na brzeg rwącego strumienia, odchylił głowę do tyłu i zawył tak głośno, by zagłuszyć grzmoty.
„Wszystko w porządku, Alfo?” Głos omegi rozbrzmiał w moim umyśle.
„Tak” odpowiedzieliśmy jednocześnie z Quinnem. Obaj byliśmy mocno poddenerwowani.
Quinn potrząsnął łbem, zirytowany tym, że nam przerwano. Był jeszcze bardziej drażliwy niż zwykle. Pewnie przez te ostatnie gówniane pomysły mojego ojca.
Wcześniej tego dnia mój ojciec, Frank Storm, były alfa, zaciągnął mnie na spotkanie. Rozkazał mi, abym wybrał sobie partnerkę i uczynił ją moją luną.
Dziś były moje dwudzieste ósme urodziny. Najwyraźniej była to magiczna liczba, przy której alfa powinien przestać czekać na swoją przeznaczoną lunę. Nie ma mowy, żebym zadowolił się byle czym.
Quinn był o to wściekły. Pragnął naszej prawdziwej partnerki, a szczerze mówiąc, ja też tego chciałem.
Alfa nigdy nie jest silniejszy niż wtedy, gdy jest ze swoją przeznaczoną luną. Jakaś przypadkowa dziewczyna nie dałaby nam tego, czego potrzebowaliśmy.
Na samą myśl o tym sierść Quinna zjeżyła się na grzbiecie. Zawył po raz kolejny i ruszył pędem z powrotem w stronę domu sfory.
I co teraz? pomyślałem, zauważając mojego ojca czekającego na trawniku przed domem. Pewnie knuł już swój kolejny ruch.
Quinn posłał mu wrogie spojrzenie, po czym wszedł do środka, by się przemienić. Wparowałem do mojego gabinetu i przebrałem się w suche ubrania, wciągając na siebie dżinsy.
Ledwie zdążyłem zapiąć rozporek, gdy mój ojciec wpadł do środka. Oczywiście bez pukania. Przyprowadził ze sobą Victora Nice, alfę z sąsiedniej sfory.
Jego nazwisko było jakimś żartem. Jego córka, Amber, weszła tuż za nimi. Wyglądała na równie spiętą, co ja.
Opadłem na krzesło. „Alfo Victorze, co cię tu sprowadza?” burknąłem.
Mój ojciec zgromił mnie wzrokiem za mój swobodny ton.
„Twój ojciec zaproponował umowę, która może przynieść korzyści obu naszym sforom” powiedział Alfa Victor.
„Naprawdę?” westchnąłem, nawet nie próbując ukryć irytacji.
Alfa Victor spojrzał na mojego tatę. Pewnie zastanawiał się, dlaczego zachowuję się jak taki dupek.
„Tak, naprawdę” warknął mój ojciec. „Zaproponowałem układ między tobą a Amber”.
„Układ?” Praktycznie wyplułem z siebie to słowo.
„Moja córka byłaby świetną luną” powiedział Alfa Victor, a mi po prostu opadła szczęka.
„Postradaliście zmysły” powiedziałem, z trudem powstrzymując Quinna. „Obaj”.
„Leo, to niedobrze dla alfy, by tak długo był bez luny. To wpływa na twój nastrój” powiedział mój ojciec, marszcząc brwi.
Quinn i ja mieliśmy już dość. Wstałem i posłałem tacie mordercze spojrzenie. „W tej chwili to ty jesteś tym, co wpływa na mój nastrój” warknąłem.
Następnie odwróciłem się do Amber. „Przykro mi, Amber, ale nie będzie żadnego układu”.
Spojrzałem na Alfę Victora. „Mój ojciec wprowadził cię w błąd. Możesz zostać na moim terytorium tak długo, jak chcesz, ale to spotkanie jest zakończone”.
Mój ojciec spojrzał na mnie tak, jakbym przed chwilą kopnął jego szczeniaka. Alfa Victor otworzył drzwi przed Amber i oboje wyszli, wyglądając na pokonanych.
Odwróciłem się do ojca. „Nigdy więcej nie próbuj czegoś takiego” warknąłem na niego.
„Po prostu próbuję dbać o dobro sfory” powiedział.
„Nie, próbujesz kontrolować mnie. Wynoś się” powiedziałem mu, odprawiając go gestem dłoni.
Zgromił mnie wzrokiem, ale ostatecznie wyszedł z gabinetu.
Opadłem z powrotem na krzesło, próbując się uspokoić.
Naprawdę ma tupet, żeby oferować córkę alfy, jakby to był kawałek pizzy.
Kilka minut później do środka wpadł mój beta, Jacks.
„Jacks, co jest?” zapytałem, unosząc brew.
„Musisz to zobaczyć” powiedział, szczerząc się jak głupi.
Poszedłem za nim na korytarz i od razu zobaczyłem, co go tak rozbawiło. Amber i mój gamma, Nick, całowali się namiętnie, opierając się o ścianę.
Nie mogłem się powstrzymać. Wybuchnąłem śmiechem na widok min mojego ojca i Alfy Victora.
„To się nazywa karma” powiedziałem tacie, który tylko wpatrywał się we mnie z furią.
„Gamma!” krzyknął Alfa Victor, rozkładając ręce, jakby zbliżał się koniec świata.
Próbowałem wyciągnąć do niego rękę na zgodę, wymuszając uśmiech. „Moje gratulacje, Alfo Victorze. Twoja córka znalazła partnera w jednym z moich najlepszych ludzi. Cieszymy się, że będziemy mieli ją tutaj, w New Moon” powiedziałem. Ale widziałem, że nie miał nastroju do świętowania.
Zawsze uważał, że jego córka skończy z alfą, a nie z gammą. Powinien być dumny, a może nawet podekscytowany. Jednak jego ego było na to zdecydowanie za duże.
Ten dzień właśnie stał się o wiele lepszy.
AUSTYN
„Jesteś taka żałosna. Nawet nie wiem, po co mój ojciec w ogóle trzymał cię w pobliżu”. Kayden, syn alfy, ponownie popchnął mnie na ziemię.
Wytarłam wargę wierzchem dłoni i wpatrywałam się w krew.
„Jakbym kiedykolwiek wziął kogoś takiego jak ty za moją partnerkę. Za moją lunę!” Słowa Kaydena zabolały mnie bardziej niż sam policzek.
„Zawsze byłaś bezwartościowa i zawsze taka będziesz” splunął dosłownie prosto w moją twarz, gdy kuliłam się na podłodze. „Jeśli kiedykolwiek komuś o tym powiesz, zrobię coś znacznie gorszego niż tylko odrzucenie cię. Zrozumiano?” Głos Kaydena był lodowaty, gdy kopnął mnie w żebra.
„Tak” jęknęłam, czując, jak coś we mnie pęka.
„Wynoś się stąd”. Machnął ręką w stronę drzwi gabinetu, jakbym była nikim.
Zerwałam się na równe nogi. Chwyciłam się za bok i wybiegłam z jego gabinetu najszybciej, jak mogłam. Nie zatrzymałam się, dopóki nie dotarłam do kwater dla służby.
Dziś były moje osiemnaste urodziny, a ja właśnie zostałam odrzucona przez mojego przeznaczonego partnera. Przez jedyną osobę, która miała mnie kochać i chronić bez względu na wszystko.
Ale tak właśnie wyglądało moje życie. Niekończące się, gówniane pasmo nieszczęść.
Wszystko zaczęło się dwanaście lat temu, kiedy moi rodzice zginęli w ataku wyrzutków. Mój tata był betą, więc mogłam mieszkać z alfą i luną, dopóki nie skończyłam trzynastu lat. Potem odesłali mnie do szkoły z internatem, jakbym była jakimś brudnym sekretem.
Sześć miesięcy temu wróciłam do domu i od razu zagoniono mnie do pracy jako służącą w domu sfory. Szczerze mówiąc, wcale mnie to nie zdziwiło.
Alfa Victor i Luna Michelle mnie nienawidzili. Byłam tylko skazą na ich idealnej rodzinie i nigdy nie mogłam równać się z ich cennym synem oraz córką. Kayden miał zostać alfą, a jego siostra Amber była zajęta próbami zwrócenia na siebie uwagi alfy z sąsiedztwa.
Z trudem zeszłam po długich schodach do kwater dla służby. Znajdowały się one w piwnicy, tuż obok lochów.
Przytulnie, prawda?
Fern, główna pokojówka i służąca alfy, zobaczyła mnie jako pierwsza. Podbiegła do mnie i pomogła mi zejść resztę schodów. „Co się stało?” sapnęła z szeroko otwartymi oczami.
„Kayden” odpowiedziałam, próbując brzmieć twardo, gdy siadałam na krześle.
Jedna z innych pokojówek przyniosła apteczkę pierwszej pomocy.
„Musisz uważać na to, co mówisz, Austyn” powiedziała Fern, kręcąc głową. Jej dłonie były jednak bardzo delikatne, gdy mnie opatrywała.
„Tym razem to nie była moja wina!” jęknęłam, krzywiąc się, gdy Fern owijała mój bok bandażem.
„Och, naprawdę?” westchnęła Fern, wyraźnie mi nie wierząc.
„Nie, to wina Ember”. Zrzuciłam winę na moją wilczycę, bo w sumie dlaczego by nie?
„A jakim cudem to wina Ember?” zapytała Fern, unosząc brew.
„Postanowiła połączyć się w parę z wilkiem Kaydena” odpowiedziałam, znów czując ten sam ból.
Fern spojrzała na mnie z twarzą pełną szoku. „Jesteś przeznaczoną partnerką syna alfy?”
Pokój wypełnił się głośnymi westchnięciami, jakbym właśnie ogłosiła koniec świata.
„Już nie. Natychmiast mnie odrzucił. Stąd te połamane żebra i rozbita warga” burknęłam, próbując brzmieć odważniej, niż się czułam.
„Och, kochanie, tak mi przykro”. Smutna mina Fern sprawiła, że chciało mi się płakać jeszcze bardziej.
„Mój partner był moją jedyną szansą na wyrwanie się stąd”. Przygryzłam wargę, powstrzymując łzy.
„Zaufaj planowi, Austyn” zasugerowała Fern, posyłając mi mały, pełen nadziei uśmiech.
„Jak dotąd plan Księżycowej Bogini wobec mnie jest do niczego” mruknęłam, nawet nie próbując ukryć mojego rozgoryczenia.
Miałam cztery lata, kiedy po raz pierwszy usłyszałam w głowie głos mojej wilczycy. Zyskanie wilka przed osiemnastym rokiem życia było czymś niespotykanym. Nie mogłam się przemieniać ani nic z tych rzeczy, ale mogłyśmy z Ember rozmawiać. Moi rodzice trzymali to w tajemnicy. Bali się tego, co mogło to oznaczać.
Dwa lata później nasza sfora została zaatakowana przez wyrzutków. Wszyscy myśleli, że to był tylko przypadkowy atak. Moi rodzice jednak wiedzieli swoje. Wiedzieli, że wyrzutki przyszli po mnie.
Wyrzutki wcale się nie zawahali. Przyszli prosto do naszego domu. Poruszali się tak, jakby mieli to wszystko zaplanowane. Moi rodzice nie mieli żadnych szans.
Ukrywałam się w piwnicy. Myślałam, że jestem bezpieczna, ale i tak mnie znaleźli. Wkłuli we mnie igłę. Cokolwiek w niej było, sprawiło, że głos Ember zniknął z mojej głowy.
Potem po prostu odeszli. Jakby to było nic takiego.
Lekarze ze sfory natychmiast ruszyli do akcji. Pobrali mi krew i wezwali starszyznę, licząc na odpowiedzi. Okazało się, że substancja, którą mi wstrzyknięto, była jakimś starożytnym serum. Wszyscy myśleli, że zostało ono zniszczone przez wilkołaki wieki temu.
Ale bardzo się mylili. Tak bardzo się mylili.
Dziś był pierwszy raz, kiedy usłyszałam głos Ember od czasu naszego otrucia. Jednak to, co mi powiedziała, złamało mi serce.
Serum odebrało jej zdolność do przejmowania kontroli. Nigdy więcej nie będę mogła się przemienić, a Ember nigdy nie będzie mogła swobodnie biegać.
Od teraz będzie istniała tylko w moim umyśle. Czy to naprawdę koniec dla nas?
„Nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość” powiedziała Fern. Jej głos był mądry i delikatny. Brzmiała jak jakaś sowa z bajki.
Tylko burknęłam. Nie byłam w nastroju, a ona dalej mnie opatrywała.
Jakby dzisiejszy dzień mógł być jeszcze gorszy.















































