
Dwór Zimy 3: Umowa wróżki
Autorzy
M. L. Smith
Lektury
111K
Rozdziały
10
Wróż
Szła już od kilku godzin z nadzieją, że znajdzie magiczną istotę mieszkającą w lesie, o której mówiono, że zawiera układy z ludźmi. Jak dotąd jej się to nie udało, śnieg padał wokół niej gęsto i Calliope nie wierzyła już, że kiedykolwiek znajdzie to, czego szuka.
Trzęsła się z zimna, buty grzęzły jej w głębokim śniegu. Ubranie miała znoszone i cienkie, wcale nie chroniło jej przed chłodem, gdy pochylała się do przodu, walcząc z wiatrem.
Mogła szukać nieuchwytnego Umowniczego, żeby zdobyć majątek, o którym nawet nie śniła. Ale nie o to jej chodziło. Przyszła błagać o życie matki.
Matka chorowała prawie od roku. Najpierw miała uporczywy kaszel, który nie chciał ustąpić. Teraz bez ustanku wymiotowała. Nie była w stanie zjeść nawet rzadkiego rosołu. W ciągu ostatnich miesięcy strasznie schudła.
Uzdrowiciel powiedział, że matka wkrótce umrze, ale Calliope nie mogła się z tym pogodzić. Po prostu nie mogła. Matka była wszystkim, co miała. To była prawda, nawet jeśli była zgorzkniała i nieszczęśliwa. Nawet jeśli nie kochała Calliope tak, jak powinna.
Nie obwiniała matki za brak uczuć, zrobiłaby wszystko, żeby ją wyleczyć.
Mieszkańcy wioski zazwyczaj trzymali się od Calliope z daleka, ale porozmawiała z kilkoma z nich. Cicho pytała, czy istnieją jakieś ‘kreatywne’ sposoby, by uratować życie matki. W szeptach miejscowych pijaków dowiedziała się czegoś dzisiejszego popołudnia. Coś, a raczej ktoś, żył głęboko w lesie. Mężczyzna.
Nie, nie mężczyzna.
Istota.
Umowniczy.
I za odpowiednią cenę spełniał każde życzenie. Nikt nie powiedział jej, jaka jest cena jej życzenia, mówili tylko, że Umowniczego trudno znaleźć i że jest bardzo chciwy.
Pomyślała, że może to czarnoksiężnik, ale powiedziano jej, że jest o wiele potężniejszy niż ich wyobrażenie o magii. Wydawało się mało prawdopodobne, że taka istota naprawdę istnieje, ale Calliope była tak zdesperowana, że była gotowa niemal zamarznąć na śmierć podczas poszukiwań.
Calliope rozejrzała się uważnie wokół, gdy usłyszała w oddali wycie. Uzmysłowiła sobie, że nawet jeśli Umowniczy nie istnieje, to inne niebezpieczne zwierzęta jak najbardziej. A ona nie miała jak się obronić.
Dlaczego była tak głupia, żeby szukać Umowniczego w nocy?
Po prostu była zbyt niecierpliwa, by czekać do rana. Czuła, że jest blisko uratowania matki.
Trzymała w dłoni małą latarnię, żeby cokolwiek widzieć w ciemności. Miała nadzieję, że wystarczy oleju, by dotrzeć do domu. Ale wiedziała, że zwykłe światło nie ochroni jej przed tym, co kryło się w lesie.
„Nierozsądnie jest szukać wróżek". Głęboki męski głos zdawał się otaczać Calliope ze wszystkich stron. Zaskoczył ją tak bardzo, że o mało nie upuściła latarni.
„Jesteś tylko małą przestraszoną myszką, a ja jestem lwem, posłanym, by cię pożreć” wyszeptał jej mężczyzna do ucha. Calliope podskoczyła.
Odwróciła się gwałtownie, dół sukienki zaplątał jej się w nogi. Ale nikogo za nią nie było. Widziała tylko drzewa i gałęzie, które poruszały się na zimnym wietrze. Wydawały niski gwizd, który ją niepokoił.
„Jesteś Umowniczym?” Głos Calliope drżał. Brzmiała przestraszona nawet dla siebie.
„Nazywano mnie na wiele sposobów, myszko. Czego szukasz?”
Calliope zaschło w ustach. Rozglądała się we wszystkie strony, próbując znaleźć źródło głosu. Ale nic nie widziała. Czy poruszał się zbyt szybko, żeby go dostrzec? Jak to możliwe?
„Ja…” Gardło jej się zacisnęło, strach nie pozwolił jej dokończyć zdania.
Zza jej pleców dobiegło westchnienie. Odwróciła się szybko. Znów spotkała ją tylko ciemność. Calliope cofnęła się gwałtownie i wpadła na coś twardego.
„Dlaczego ludzie zawsze są tak przerażeni, kiedy znajdują to, czego szukali?” usłyszała zmysłowy głos w uchu. Poczuła palce na swoich biało-blond lokach i wciągnęła z zaskoczeniem powietrze.
Latarnia wypadła jej z palców, wylądowała w śniegu z cichym pacnięciem. Płomień zadrżał, rzucając pomarańczowe światło na ziemię.
„Boisz się mnie, myszko?” Ciepłe palce odnalazły jej gardło i pogładziły po zimnej skórze.
Calliope instynktownie nachyliła się w stronę ciepła, przycisnęła się do tego, co chyba było twardą klatką piersiową za jej plecami.
Musi być wysoki.
Czuła, jak jego podbródek dotyka czubka jej głowy, gdy się schylał. Przesunął palce w stronę jej obojczyka.
„D-dlaczego mnie dotykasz?”
„Jesteś dla mnie interesująca. Zazwyczaj jedyni ludzie, którzy mnie szukają, są chciwi i pełni pychy. Łatwo przejrzeć ich udawaną odwagę. Nie pachną bzem ani nie wyglądają tak… niewinnie".
Wciągnął głęboko powietrze, poczuła długi oddech na lokach. „I nie pachną tak wyjątkowo".
Ludzie…?
„Jesteś wróżem?”
Calliope słyszała wcześniej o wróżkach, ale tylko w przerażających, niepokojących historiach. Nie istniały. Nie mogły.
A jednak…
„A czego się spodziewałaś? Myślałaś, że zwykły śmiertelnik będzie w stanie uratować życie twojej matki?”
Calliope zadrżała na to pytanie, poczuła ciepły oddech na policzku. Był tak blisko niej. Zbyt blisko. A jednak oparła się o niego jeszcze bardziej, mimo że się bała. Chciała pozostać w ramionach tej tajemniczej istoty.
„Skąd wiedziałeś, że przyszłam tu dla matki?”
„To dar, którego nauczyłem się przez lata. Wyczuwam, kiedy ktoś chce zawrzeć umowę. A twoja dusza smakuje tak słodko i niewinnie, że wiem, iż mogłaś do mnie przyjść tylko z powodu chorego członka rodziny".
„Zrobię dla niej wszystko” wyszeptała Calliope, a wróż za nią roześmiał się. Ten dźwięk był głęboki i melodyjny, sprawił, że część jej strachu zniknęła, choć była pewna, że chciał osiągnąć coś zupełnie przeciwnego.
Dotknął palcami jej policzka i odwróciła głowę. Musiała zobaczyć osobę, która jednocześnie ją torturowała i ratowała. Chwycił jej podbródek w mocnym uścisku, nie pozwoliły jej na siebie spojrzeć.
„Wszyscy ludzie są tacy sami, myszko. Oczywiście, że zrobisz wszystko".
Dotknął ustami boku jej głowy. Zadrżała, nie była pewna, czy z powodu zimna, czy czegoś mrocznego w niej, co reagowało na szorstkie traktowanie Umowniczego.
„Jest w tobie coś…” Urwał. To sprawiło, że poczuła się dziwnie pusta.
„Jaka jest cena? Żeby ją uratować?”
„Dasz mi swoje pierworodne dziecko".
Zaraz… Chciał dziecka? Od niej?
„Ja…”
Palce znów odnalazły jej gardło, ścisnęły delikatnie, gdy przestała mówić. Przesunął kciukiem po jej skórze, drażnił jej szybki puls. Calliope wciągnęła płytko powietrze i zacisnęła uda z powodu tego lekkiego dotyku.
„Czy ta cena jest zbyt wysoka dla takiej słodkiej, niewinnej śmiertelniczki?” Zadał cicho pytanie. Calliope szybko potrząsnęła głową.
Nie, nie była zbyt wysoka. Żeby uratować matkę, żadna cena nie była zbyt wysoka.
„Zrobię wszystko” powtórzyła Calliope. Jej słowa były pełne determinacji i tylko lekkiego drżenia.
„Dobrze, myszko".
Przed jej twarzą pojawiła się blada męska dłoń. Trzymała małą buteleczkę pełną świecącego płynu. Jego ramię wyłoniło się z fałd grubego czarnego płaszcza obszytego futrem. Poczuła zazdrość: jak bardzo pragnęła takiego ubrania. Czegoś, co chroniłoby ją przed zimnem.
„Daj to swojej matce. Cały eliksir. Będzie zdrowa do rana".
Calliope wyciągnęła rękę, dotknęła jego palców. Przeszył ją mały wstrząs, gdy ich skóra się zetknęła. W ustach jej zaschło, gdy nagłe pragnienie wypełniło jej serce.
Dłoń zniknęła z jej pola widzenia, otoczył ją wybuch magii. Związał ją umową, żeby dopełnić układ między nimi. Przyszłość Calliope została przesądzona.
„Zawarliśmy umowę. Wyleczona matka za twoje pierworodne dziecko".
„Kiedy mam do ciebie wrócić?”
Nastąpiła krótka pauza.
„Kiedy będziesz gotowa wypełnić swoją część umowy".
Calliope nie była pewna, jak długo tam stała. Jej latarnia tkwiła w śniegu, a serce biło jej w gardle. Wystarczająco długo, by gęsta obecność Umowniczego zniknęła. Wystarczająco długo, by zimno wniknęło głęboko w jej kości. Wystarczająco długo, by szron przylgnął do jej rzęs jak rozkruszony gwiezdny pył.
***
„Przyniosłam ci lekarstwo, mamo".
Calliope wpadła do chaty i odsunęła zasłonę, której używały dla prywatności.
Matka była blada, miała popękane i poznaczone zaschniętą krwią usta. Ledwo mogła usiąść, ale to nie powstrzymało jej od uważnego spojrzenia na Calliope. Odsunęła się, gdy usiadła na brzegu łóżka, a Calliope wyciągnęła do niej filiżankę herbaty zmieszanej z eliksirem.
Matka zawsze trzymała Calliope na dystans, jakby okazywanie miłości było czymś, co mogła wydawać w małych porcjach. I och, jak to bolało.
Calliope urodziła się po tym, jak jej matkę zaatakował mężczyzna, który włamał się do jej chaty. Wiedziała, że w sercu matki jest miłość, ale nigdy nie będzie to ten rodzaj miłości, którego naprawdę potrzebowała.
Mimo to Calliope była zdeterminowana, żeby ją wyleczyć.
„No już” powiedziała łagodnie Calliope. Wsunęła dłoń pod głowę matki, żeby ją podnieść. „Uzdrowiciel powiedział mi, że będziesz wyleczona do rana. Ale musisz wypić".
Uzdrowiciel, Umowniczy… wystarczająco blisko.
Matka westchnęła smutno, zamknęła oczy, ale posłuchała. Kiedy ostatnia kropla herbaty zniknęła, położyła się z powrotem, jej ciało zapadło się w cienki materac.
„Nic mnie nie wyleczy, dziecko, ale jestem wdzięczna, że próbowałaś".
„Nonsens” powiedziała Calliope. „Jestem pewna, że będziesz zdrowa do rana".
A potem Calliope odejdzie, wróci do mrocznego lasu, żeby szukać Umowniczego.
Calliope nie była pewna, jak długo Umowniczy będzie czekał, aż da mu dziecko. Nie wiedziała, co strasznego się stanie, jeśli nie wypełni swojej części umowy.
Nie chciała ryzykować opóźnienia, więc obiecała sobie, że jak tylko upewni się, że matka jest zdrowa, znajdzie go i wypełni swoją część umowy.
„Zawsze taka pełna nadziei". Matka zakaszlała, jej drobne ciało wstrząsnęło rozklekotanym łóżkiem.
„Odpocznij".
Calliope uśmiechnęła się łagodnie, czekała, aż matka zaśnie. Potem przesunęła dłonią po jej siwiejących włosach i wygładziła delikatnie szorstkie końcówki.
Calliope i jej matka nie były do siebie podobne. Calliope miała idealne biało-blond loki, gładką skórę i różowe, pełne usta. Jej oczy były jasnoniebieskie, tak czyste, że ludzie często myśleli, że poszła do wiedźmy, żeby poprawić sobie ich kolor.
Jej matka była zupełnie inna. Oliwkowa skóra, czarno-siwe włosy, ciemne oczy. I była naturalnie wysoka i szczupła, podczas gdy Calliope była niska i krągła.
Z łóżka dobiegło ciche chrapanie, Calliope wstała powoli i ostrożnie się wycofała. Potem przeszła na swoją stronę pokoju. Poruszała się szybko i cicho, gdy zakładała koszulę nocną. Położyła się na swoim cienkim materacu.
Koce nie chroniły przed zimnem w kościach, ale erotyczne sny o wróżu bladym jak światło księżyca ogrzewały ją aż do rana.















































