
Wilk w środku
Autorzy
Michelle Torlot
Lektury
1,2M
Rozdziały
31
Rozdział 1
Erin Blackthorne
Stałam na murach starego fortu i patrzyłam na las. Fort był częściowo zrujnowany, ale nadal nadawał się do zamieszkania. Jego położenie, w samym środku lasu, sprawiało, że stanowił dobry obóz. Przynajmniej na razie.
Przesunęłam palcami po swoich czarnych włosach, które znowu się wydłużyły. Powinnam je obciąć przed dzisiejszym dniem, ale było już za późno.
Tak naprawdę nie miało to dla mnie znaczenia.
Nie liczyło się to, jak wyglądam.
Liczyło się to, kim jestem.
Wyczułam ruch za sobą. Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć, kto to.
„Denerwujesz się?” zapytał spokojnie.
„Nie, ojcze” odpowiedziałam, choć serce biło mi szybko w piersi. Kłamałam.
Dłoń ojca spoczęła delikatnie na moim ramieniu i odsunęła moje włosy na bok.
„Nie kłam, Erin!” powiedział stanowczo.
Odwróciłam się do niego z lekkim uśmiechem.
Spojrzałam w górę na mężczyznę stojącego za mną.
Jego twarz była szorstka i poorana zmarszczkami, z kilkoma bliznami po walkach ukrytymi pod czarną brodą, w której teraz pojawiła się siwizna.
Włosy miał takie same, zaczesane z twarzy w kucyk.
„Może trochę” przyznałam.
Uśmiechnął się. „Dobrze jest trochę się bać. To przygotowuje twoje ciało i daje ci przewagę.”
Mój uśmiech zniknął. „Ale oni to wyczuwają, prawda? Strach?”
Skinął głową. „Ale wszyscy trochę się ich boją” przerwał „jedyna różnica polega na tym, że my nie boimy się z nimi walczyć!”
Zacisnęłam pięści, pewna swojego wyboru.
„Chcę tylko sprawić, żebyś był ze mnie dumny, ojcze.”
Uśmiechnął się do mnie i położył swoje wielkie dłonie na moich ramionach. Spojrzał w moje niebieskie oczy. Miały taki sam kolor jak jego własne.
„Jestem z ciebie dumny każdego dnia, Erin Blackthorne.”
Pocałował mnie delikatnie w czoło, po czym wrócił w stronę centrum obozu, zostawiając mnie samą z moimi myślami.
Odwróciłam się z powrotem w stronę lasu z lekkim uśmiechem.
Byłam dumna, że jestem córką Simona Blackthorne'a.
Nie żebym była jego jedynym dzieckiem.
Poświęcał uwagę wszystkim swoim dzieciom, a było ich wielu.
Niektórzy mówili, że jestem jego ulubienicą. Ja jednak w to nie wierzyłam.
Tak po prostu działały sprawy tutaj, na skraju.
Silna społeczność wolnych ludzi.
Ludzie musieli się czegoś wyrzekać, ale wszyscy byli gotowi to zrobić.
Żeby mogli być wolni od wilkołaków.
Żyli wśród nas już tak długo. Stali się częścią społeczeństwa. Ludzie i wilkołaki byli równi — tak próbowali wmówić wszystkim.
Ja wiedziałam lepiej.
Mój ojciec mnie tego nauczył.
Był jednym z pierwszych wolnych ludzi.
Teraz byliśmy ścigani.
Nazywano nas bojownikami i terrorystami tylko dlatego, że nie chcieliśmy żyć pod rządami wilkołaków.
Mój ojciec wraz z trzema innymi mężczyznami założył społeczność wolnych ludzi.
Wszystkie dzieci pochodziły od czterech założycieli.
Nie wszystkie od tej samej matki, ale to była ofiara.
Później założyciele przekażą to zadanie swoim synom.
Społeczność będzie trwać.
Nie zostanę jednak sparowana z żadnym z moich braci.
Zostanę sparowana z jednym z synów pozostałych trzech założycieli.
Społeczność będzie trwać i się rozwijać.
Byłam już drugim pokoleniem.
Dzisiaj jednak nie był ten dzień. Dzisiaj był dzień, w którym miałam wykonać swoją pierwszą samodzielną misję.
Miałam wejść na terytorium wroga.
To był tylko rekonesans zaopatrzeniowy, ale wciąż niebezpieczny.
Trzymanie się z dala od patroli bezpieczeństwa — ludzkich i wilkołaczych.
Miałam fałszywy dowód, ale nie chciałam go używać, chyba że będę musiała.
Jeśli dojdzie do najgorszego, z przyjemnością zabiję.
Jeśli zostanę schwytana, wiedziałam, że to będzie oznaczać śmierć.
Powolną i bolesną, podczas gdy będą próbowali zmusić mnie, żebym zdradziła lokalizację społeczności, nasze mocne i słabe strony.
Dla bezpieczeństwa, jeśli nie wrócę o zaplanowanej porze, przeniosą się i znajdą nowy obóz.
Przywódcy doskonale wiedzieli, że niektórzy nie wytrzymają bólu zadawanego przez wilkołacze pany.
Pierwszym priorytetem było utrzymanie społeczności w bezpieczeństwie.
Wszyscy wiedzieliśmy, że jeśli nie wrócisz, jesteś albo martwy, albo schwytany, co oznaczało, że zostaniesz zabity.
Pamiętałam swoje pierwsze zabicie wilkołaka.
Mój ojciec był ze mnie dumny również tego dnia.
Zastawiliśmy pułapkę.
Nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego wilkołaki jeżdżą samochodami zamiast biegać.
Pewnie żeby próbować się wtopić.
Nie znaczy to, że czasami nie biegały w wilczej formie.
Głównie jednak, podróżując z miasta do miasta, jeździły.
Zanim zobaczył pas z kolcami, było już za późno.
Opony rozerwane na strzępy, a jego samochód nigdzie nie jechał.
Kiedy wyszedł z samochodu, zdał sobie sprawę, że to pułapka.
Przemieniał się tam i wtedy w wielkiego czarnego wilka, dwa razy większego od normalnego.
Ojciec dał mi kuszę na moje szesnaste urodziny.
Pokryłam końcówki bełtów wilczą jagodą.
Uprawa lub posiadanie tej rośliny było nielegalne, karą za to była śmierć.
Chyba że żyłeś na skraju, wtedy była niezbędna.
Srebro było trudne do zdobycia.
Srebro i wilcza jagoda, jedyne dwie rzeczy, które mogły powalić wilkołaka.
Wystrzeliłam z kuszy, bełt trafił wilka w ramię. Mój ojciec był ze mnie wtedy taki dumny. Przytulił mnie, a moi bracia stali tam i klepali mnie po plecach.
Podeszliśmy do miejsca, gdzie wilk leżał na ziemi i wydawał dźwięki bólu, był ranny.
Nie było mi go żal, był wrogiem.
Oni nigdy nie brali jeńców, dlaczego my mielibyśmy?
Kiedy ojciec podał mi siekierę, zamachnęłam się mocno, przecinając szyję bestii bez zatrzymywania się.
Zajęło to dwa ciosy i był martwy.
Moja twarz była pokryta krwią bestii.
Pierwsza krew, tak to nazwał mój ojciec.
Stał za mną, trzymając mnie za ramiona, gdy wilk zmienił się z powrotem w człowieka.
Jego głowa oddzielona od ciała.
„Patrz na niego, Erin. Zawsze pamiętaj, mogą wyglądać jak my, ale są potworami!”
Zeszłam po kamiennych schodach prowadzących z murów i skierowałam się w stronę głównego kompleksu.
Mój ojciec stał obok starego jeepa, a mój brat Devon stał obok niego. Uśmiechnęłam się do nich obojga. Wyglądali tak podobnie. To była cecha Blackthorne'ów, ciemne włosy i niebieskie oczy.
Tata obdarzył mnie ciepłym uśmiechem. „Masz swój nóż?”
Odwzajemniłam jego uśmiech, wyciągając nóż ze srebrnym ostrzem schowany w moim bucie.
„Dobrze. Używaj go tylko wtedy, gdy musisz, nie podejmuj niepotrzebnego ryzyka” powiedział.
„Zrozumiałam, tato” powiedziałam cicho.
Jego uśmiech był pocieszający. Spojrzałam na Devona. Nie uśmiechał się, zamiast tego wyglądał na zaniepokojonego.
Podał mi dowód osobisty i mapę.
„Nie martw się, Devon, będzie dobrze” powiedziałam mu, próbując go pocieszyć.
Delikatnie dotknął mojej twarzy. „Po prostu upewnij się, że wrócisz bezpiecznie, mała siostrzyczko.”
Skinęłam głową, uśmiechnęłam się do niego i wskoczyłam do jeepa.
„Jack podrzuci cię do punktu spotkania i wróci za dwadzieścia cztery godziny” powiedział Devon, jego zmartwiony wyraz twarzy się pogłębił. „Nie spóźnij się, Erin, wiesz, co się stanie, jeśli nie wrócisz!”
Znowu skinęłam głową. „Nie martw się, Devon, będę tam.”
Gdy jeep odjeżdżał, spojrzałam na mojego ojca i brata.
Nie miałam pojęcia, że to będzie ostatni raz, kiedy ich zobaczę.
Jack uśmiechnął się, odjeżdżając z obozu.
„To dla ciebie wielki krok. Kto by pomyślał, mała Erin już dorosła! Wiesz, co będzie dalej, prawda!”
Jego dłoń wylądowała na moim udzie, ale szybko ją zepchnęłam.
Jack był Rougemont.
Potencjalnym partnerem dla mnie.
Od wszystkich kobiet oczekiwano, że urodzą przynajmniej jedno dziecko.
Jack, ze swoimi jasnorudymi włosami i zielonymi oczami, był najstarszym synem jednego z pozostałych założycieli.
Był pełen siebie i myślał, że jest lepszy od innych.
Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że był synem Oscara Rougemonta.
Był ode mnie znacznie starszy, ale obserwował mnie od mojej ceremonii pierwszej krwi.
„Skupmy się na zadaniu, dobrze!” powiedziałam ostro.
Uśmiechnął się do mnie w paskudny sposób. Ze wszystkich ludzi na świecie, z którymi mogłabym musieć się przespać, był na samym dole mojej listy.
Devon też go nie lubił, a ja ufałam opinii mojego starszego brata. Kiedy nadejdzie czas, nie będę miała wielkiego wyboru. To będzie albo on, Mason Oakwood, albo Ethan Sanderson.
Zadanie polegało na przywiezieniu tylu zapasów, ile się da, głównie jedzenia i środków medycznych. Jeśli znajdę jakieś kule, które będą łatwe do przeniesienia, to też je zabiorę.
To był bardziej test niż cokolwiek innego, ale porażka nie wchodziła w grę. Tylko silni mogli przetrwać na skraju.
Punkt spotkania był około mili od Harper Falls.
Harper Falls było też miejscem, z którego miałam zdobyć zapasy.
To było dość wiejskie miejsce, małe miasteczko otoczone farmami i oczywiście lasem.
Sposób, w jaki to zrobię, zależał ode mnie.
Ukraść trochę pieniędzy i kupić.
Kraść w sklepie albo włamać się i ukraść po godzinach.
Jack miał rację w jednej kwestii — to był wielki krok. Każdy musiał się wykazać, chyba że chciał być sługą, gotować i sprzątać.
To nie było dla mnie, więc w wieku szesnastu lat dokonałam swojego pierwszego zabójstwa. W wieku osiemnastu lat musiałeś wykonać swój pierwszy samodzielny wypad. Dokładnie to robiłam.
Oczywiście nie każdy nadawał się do takiego życia, bycia wojownikiem.
Ale wszyscy jesteśmy uczeni od bardzo wczesnego wieku, że zmiennokształtni są wrogiem, a wolność jest priorytetem.
System opiera się na kłamstwie.
Kłamstwie, że ludzie i wilkołaki są równi.
To nieprawda — wilki rządzą wszystkim, wybierają, jakie wolności mają ludzie.
Jakie prace mogą wykonywać.
Zanim większość z nas osiągnie wiek szesnastu lat, chcemy zabić swojego pierwszego wilkołaka!
Ja na pewno chciałam.
Miałam swoje własne powody.
Gdy wysiadałam z jeepa, Jack stuknął w swój zegarek.
„Dwadzieścia cztery godziny! Nie spóźnij się” ostrzegł.
Machnęłam ręką i patrzyłam, jak odjeżdża.
Wzięłam głęboki oddech, już czując się zdenerwowana. Przesunęłam palcami po włosach, sprawdziłam mapę i skierowałam się na północ. Trzymając się blisko lasu i z dala od głównej drogi, mogłam uniknąć patroli.
Mimo że miasto było małe, wiedziałam, że będą patrole szukające możliwych rebeliantów.
Tym byliśmy.
Było kilka obozów rebeliantów.
Obóz mojego ojca był głównym w tym rejonie.
Ostatnio zlikwidowaliśmy kilka patroli, mieszankę wilkołaków i ludzi.
Patrole zostały zwiększone.
Każda szansa dla systemu, żeby nas zniszczyć, a by to zrobili.
Osobiście nienawidziłam pomysłu zabijania jakichkolwiek ludzi.
To wilkołaki były prawdziwym wrogiem.
Ludzie w ustalonych osadach byli po prostu zdezorientowani i okłamywani.
Strażnicy w patrolach jednak byli uczciwą grą.
Pracujący ręka w rękę z wrogiem.
Jak mogli być tak ślepi, tak głupi.
Wyszłam z lasu, miasto było na wschodzie.
Na obrzeżach były farmy.
Musiałam udać się do miasta po środki medyczne, ale pomyślałam, że może uda mi się zdobyć jedzenie, a może nawet trochę pieniędzy z farmy.
Wyciągnęłam małą lornetkę z płaszcza i spojrzałam na farmę przed sobą.
To były głównie uprawy, a nie zwierzęta.
Był tam duży dom farmera.
Jeśli wszyscy pracowali na polach, to dom mógł być pusty.
Zdecydowanie warto było spróbować.
Patrząc na pola, zmarszczyłam brwi.
Wilkołaki.
Byłam trochę zaskoczona, widząc wilkołaki pracujące na farmie.
Zawsze sobie wyobrażałam i mówiono mi, że taki ciężki rodzaj pracy kazaliby wykonywać ludziom.
Wzruszyłam ramionami — to była informacja do przekazania mojemu ojcu.
Mogłam zabrać, jakie tylko zapasy zdołam z domu. Jeśli dostanę szansę wyeliminować jakieś wilkołaki, zrobię to.
Poruszając się cicho w stronę domu farmera, zajrzałam przez okno.
Nie wyglądało na to, żeby ktoś był w środku, a oni głupio zostawili jedno z tylnych okien otwarte.
Podniosłam okno i weszłam do środka.
Cicho opadłam na podłogę.
Znalazłam drogę do kuchni, przeglądając szafki, znalazłam mnóstwo jedzenia.
Głównie konserwy.
Idealne.
Były najlepsze.
Zachowają się dłużej.
Szybko napakowałam je do plecaka.
Po zdobyciu wszystkiego, czego chciałam z kuchni, schyliłam się i spojrzałam przez jedno z okien.
Nie było śladu nikogo wracającego do domu, więc poszłam na górę, uważając, żeby nie robić za dużo hałasu na wypadek, gdyby ktoś spał.
Zajrzałam do pokoi — wszystkie były puste — więc poszłam do łazienki i sprawdziłam apteczkę.
Nie było tam wiele — tylko kilka środków przeciwbólowych i trochę bandaży.
Nie było to zaskoczeniem.
Z moich lekcji wiedziałam, że wilkołaki szybko się goją.
Zabrałam, co mogłam, potem przeszłam do sypialni.
W największym pokoju znalazłam trochę gotówki i portfel.
Włożyłam to wszystko do kieszeni.
Jeśli będę szybka, mogę użyć karty kredytowej do kupienia środków medycznych, zanim ktokolwiek zauważy, że zniknęła.
W ten sposób nie będę musiała włamywać się nigdzie indziej, a moje zadanie będzie wykonane.
Moje szczęście się zmieniło, gdy cicho schodziłam po schodach.
Rozległy się głosy, prawdopodobnie wilkołaki pracujące na farmie.
Nie mogłam powiedzieć, czy były w środku, czy na zewnątrz.
Postanowiłam biec do okna i uciec.
Mogłam się ukryć w domu, dopóki nie wyjdą, ale w momencie, gdy wejdą do kuchni, będą wiedzieć, że zostali okradzeni. Nie zamierzałam czekać, aż wezwą patrol. Zdecydowałam się zaryzykować i biec do okna. Prawie mi się udało. Gdy wspinałam się przez okno, jakiś głos krzyknął: „Hej! Co do cholery!”
Odwróciłam się, żeby zobaczyć wilkołaka wpatrującego się we mnie.
Był w ludzkiej postaci, ale było jasne, czym jest.
Jego bardzo wysoki wzrost i muskularna budowa były wyraźnymi znakami.
I sposób, w jaki jego oczy błysnęły czernią na krótką chwilę.
Nie zostałam. Wyskoczyłam przez okno. Tyle z używania karty kredytowej. Moim pierwszym priorytetem teraz było się stamtąd wydostać.
Pobiegłam prosto do lasu. Wciąż miałam czas. Musiałam się tylko ukryć przez chwilę, prawdopodobnie do zmroku. Musiałam mieć nadzieję, że się nie przemieni i nie będzie mnie gonił.
Nie przemienił się.
Nie musiał.
Gdy uciekałam od domu, usłyszałam dźwięk jak trzask.
Krzyk wyrwał się z mojego gardła, gdy upadłam na ziemię.
Ból był straszny.
Cokolwiek zrobił, zostałam leżąca skręcająca się na ziemi, całkowicie niezdolna się ruszyć.
Poczułam, jak mój plecak jest ściągany z moich pleców. Potem usłyszałam, jak warczy, zanim w końcu przemówił.
„Rusz się o cal, a skręcę ci kark” powiedział wrednym głosem.
Nie mogłam się teraz ruszyć, ale w sekundę, gdy będę mogła, zrobię to. Jeśli nie mogę wrócić do punktu spotkania, równie dobrze mogę być martwa. Nie zamierzałam pozwolić jakiemuś pierdolonemu wilkołakowi rządzić nade mną.















































