
Uniwersum Cross to Bear: Trujący Motyl 1
Autorzy
Lektury
77,0K
Rozdziały
21
Krwawa łaźnia
Część 1: Trujący motyl
AZRIEL
Czy to nie tragiczne, kiedy dwoje ludzi jest w sobie zakochanych, ale nie mogą być razem? Nie dlatego, że się nie kochają, ale dlatego, że minęli się w czasie.
Dlaczego los gra z nami w tak okrutne gry?
Nie należę do osób, które narzekają, ale miałem nadzieję na inny wynik, chociaż ten jeden raz.
Niosłem na ramieniu martwe ciało mężczyzny, którego przed chwilą zabiłem. Jego krew kapała na nieskazitelną, marmurową podłogę. Rozbryzgi krwi zdobiły elegancko pomalowane ściany i wypolerowane podłogi rezydencji. Dodawały im makabrycznego kolorytu.
Moje kły wysunęły się na zapach krwi mocniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Szedłem długim korytarzem z poczuciem celu, aż dotarłem do wielkich schodów. Zacząłem schodzić, ciągnąc za sobą okaleczone ciało. Ciche stukanie moich obcasów odbijało się echem od brudnej podłogi.
Trzymałem wzrok skupiony przed siebie. Rozpaczliwe wołania o pomoc schodziły na dalszy plan, gdy w pełni koncentrowałem się na swoim zadaniu.
Kiedy dotarłem na ostatni stopień, puściłem ciało, które trzymałem. Mężczyzna stojący przede mną wzdrygnął się na ten głuchy dźwięk. Jego strach był aż nadto wyczuwalny.
„N-nie, błagam!”
Jego ciało cofnęło się z przerażenia, kiedy się zbliżyłem. Oczy mężczyzny rozszerzyły się ze strachu. Zauważyłem głębokie rozcięcie na jego czole. Krew spływała mu po twarzy.
Musiał oberwać już wcześniej.
„Błagam. Proszę cię. Wybacz mi”, błagał nieustępliwie.
Łzy płynęły po jego twarzy, a wargi i zęby drżały ze strachu. Uderzyłem go mocno w brzuch. Odrzuciło go do tyłu, aż z trzaskiem uderzył w ścianę.
Cios był zbyt silny dla rannego mężczyzny, więc zakasłał. Poruszyłem się błyskawicznie, chwytając go za gardło i podnosząc do góry. Nadal błagał, a jego dłonie nerwowo trzepotały wokół moich nadgarstków.
Odchyliłem głowę do tyłu. Przyjrzałem się jego zalanej łzami twarzy i nasłuchiwałem gorączkowego bicia jego serca. Był bardzo słaby.
Wykaszlał: „P-proszę. Nie zrobię tego. Możesz mnie wykorzystać jako szpiega!”
Jego słowa sprawiły, że parsknąłem śmiechem.
Jak można być tak naiwnym? Czy on nie rozumiał, że jego grzechy są niewybaczalne?
Bez słowa przyciągnąłem go do siebie i zatopiłem kły w jego szyi. Jęknąłem cicho na sam smak jego krwi.
Krzyczał i szarpał się w moim uścisku, ale było to daremne. Odsunąłem się, gdy jego ciało zwiotczało, a krzyki w końcu ucichły.
Zamknąłem oczy i uniosłem głowę, delektując się tą chwilą. Ale to nie wystarczyło. Nigdy nie potrafiłem w pełni zaspokoić swojego pragnienia.
„Azriel, powinieneś natychmiast przestać”, dobiegł zza mnie znajomy, łagodny głos.
Powoli otworzyłem oczy i spojrzałem przez ramię na stojącą za mną kobietę. Na moich ustach błąkał się delikatny uśmiech.
Jej piękną twarz okalały czekoladowobrązowe włosy. Jednak zamiast się uśmiechać, wpatrywała się we mnie z lekką irytacją.
Jej urocza mina sprawiła, że się roześmiałem. Upuściłem trupa z głuchym łoskotem.
Poprawiając swój sprzęt, uśmiechnąłem się do niej i powiedziałem: „Zmień tę minę, proszę”.
Skrzyżowała ramiona na piersi i odparowała: „Co moja mina ma tu do rzeczy?” Posłała mi ostre spojrzenie i uniosła brew. „Kiedy skończysz, zmyjmy tę krew z twoich ust”.
Wytarłem usta palcami i zauważyłem rozmazaną krew. To sprawiło, że sam uniosłem brwi.
„Tak jest, Wasza Wysokość”. Oblizałem palce i uśmiechnąłem się szeroko.
Wszyscy czekali w ogrodzie, gdy opuściliśmy przesiąknięty krwią dom. Niewielkie grupy ludzi były rozproszone po tej rozległej przestrzeni.
Zerknąłem w bok, gdzie kilku imperialnych strażników układało ciała na stosie i je podpalało.
„Och, nareszcie skończyłeś”. Mój brat spojrzał na mnie i powiedział: „Trochę nas zmartwiłeś”.
„Dlaczego miałbyś się martwić?” Uniosłem brwi. „Lorcan, masz przecież inne powody do zmartwień”.
Przewrócił oczami z jawną irytacją.
„Czy wszyscy nie żyją?” zapytałem, zerkając w stronę, gdzie klęczało kilku rannych ocalałych. Spojrzałem na Lorcana z marsową miną. „Myślałem, że plan zakładał zabicie wszystkich?”
Lorcan położył dłoń na moim ramieniu. „Spokojnie”, powiedział, zatrzymując mnie w miejscu. „Najpierw posłuchaj, co mam ci do powiedzenia”.
Strząsnąłem jego dłoń i podszedłem do ocalałych. Było ich z ośmiu, a może nawet więcej. Ich stroje wskazywały, że nie byli to służący. Nie widziałem jednak wyraźnie ich twarzy, bo trzymali spuszczone głowy.
Lorcan stanął obok mnie i wyjaśnił: „To zniewoleni ludzie, którzy zostali wygnani z upadłego imperium. Ich ubrania świadczą o tym, że nie są stąd. Wygląda na to, że ten skurwiel wysyłał ocalałych ludzi i sprzedawał ich do innych imperiów”.
„To sami ludzie”, powiedziałem z goryczą.
Przyjrzałem się każdemu nieznajomemu. Musiałem zmusić moje kły, aby się schowały. Zapach ich krwi doprowadzał potwora w moim wnętrzu do szału.
Warknąłem głucho i odwróciłem się do jedynej osoby, która mogła ujarzmić we mnie tę bestię.
Śledziłem każdy jej ruch. Za moimi plecami Lorcan mruknął: „Spokojnie”.
„Spierdalaj!” warknąłem, ale on tylko się roześmiał.
Uśmiechnął się szyderczo i doradził: „Powinieneś uspokoić tego potwora w sobie, zanim dojdzie do kolejnej rzezi”. Starałem się jednak skupić na niej i ignorować całą resztę.
„A jak myślisz, co teraz robię?”
Lorcan przeniósł wzrok ze mnie na nią i stwierdził: „Wygląda na to, że naznaczenie naprawdę działa”.
Powiedziałem, przyprawiając Lorcana o zmarszczenie brwi: „Cóż, musimy zdecydować, co z nimi zrobić”.
Skrzyżował ramiona i pokręcił głową. „Nie, to nie twój problem”. Na jego bladej twarzy znów malował się niepokój. „Mamy już wobec nich plany”.
„Egzekucja?” zapytałem, patrząc surowo na brata. On tylko westchnął.
„Minęło dziesięć lat odkąd się obudziłeś, a ty nadal nie potrafisz kontrolować swojej żądzy krwi. Wiem, że to trudne do zniesienia, ale pamiętaj, to jest misja. Nie żadna krwawa uczta”, powiedział z westchnieniem Lorcan.
„Wiem o tym. Jak myślisz, po co mi to naznaczenie? Ona potrafi kontrolować zarówno mnie, jak i mojego potwora”. Uśmiechnąłem się szeroko.
„Owszem, ale twoja twarz i oczy cię zdradzają”. Lorcan poklepał mnie po ramieniu. „Może i jestem starszy, ale uwierz mi. Znam to spojrzenie”.
„Jakie spojrzenie?” Odwróciłem się do niego z ponurą miną. Lorcan pochylił się, by szepnąć mi do ucha.
„To, które mówi, że chciałbyś, aby jej krew należała do ciebie”.
Obnażyłem na niego kły. Jak on śmie sugerować coś takiego?
Lorcan zaśmiał się i uniósł ramiona, by zablokować mój atak. Uderzyłem go w brzuch, po czym obaj upadliśmy na ziemię. Tarzaliśmy się po niej jak małe dzieci.
„Och, moja Bogini!” wykrzyknął znajomy głos, po czym usłyszałem klaśnięcie. „Czy wy, dwa niedojrzałe gnojki, możecie w końcu przestać?”
„Ale to był jego pomysł!” Lorcan chwycił mnie za szyję i syknął.
„Zamknij się!” odsyknąłem.
Głos rozkazał: „WYSTARCZY!” i natychmiast przestałem. „Azriel, wstawaj”.
Puściłem szyję Lorcana, wstałem i poprawiłem ubranie. Odgarnąłem włosy z twarzy i prychnąłem na Lorcana, który tylko się głośno zaśmiał.
„Mówiłam, żebyście przestali!” rozkazała, ale byłem zbyt sfrustrowany. Uderzyła mnie w tył głowy i dodała ponownie: „Hej, przestańcie!”
Szarpnąłem głową i wpatrywałem się w nią z jawnym niedowierzaniem.
„Przestań, Azriel”, powiedziała cicho.
Lorcan roześmiał się i wstał z ziemi, mówiąc: „Powinieneś robić to, co rozkazuje królowa, mój drogi bracie”.
Zmierzyłem go morderczym spojrzeniem. Głośne westchnienie sprawiło, że odwróciłem w końcu głowę.
Skinęła na mnie, abym poszedł za nią, ale pokręciłem głową. „Azriel”.
„Przestań!” krzyknąłem i odwróciłem się, by odejść. Ona jednak chwyciła mnie mocno za koszulę, przez co aż się potknąłem.
„Mam przestać? Zachowujesz się dziwnie. Zrobisz to, co mówię. Musisz przewietrzyć głowę. Chodźmy!” nalegała, ciągnąc mnie za sobą.
Jęknąłem z potężną frustracją, ale ostatecznie poszedłem w jej ślady.
Przez chwilę szliśmy w milczeniu, po czym nagle się zatrzymała. Spojrzałem w dół na jej drobną sylwetkę. Poza tym, że wyglądała na nieco starszą i mądrzejszą, niewiele się zmieniła.
„Przekroczyłeś dziś granicę, wiesz?” powiedziała ze złością, zwracając na siebie moją uwagę. „To nie był nasz plan”.
„Słucham?”. Trzymałem ręce złączone za plecami, krzywiąc się ponuro.
„Rozwiązanie zagadki i pokonanie złoczyńcy miało być naszą misją. Ale ty po prostu wpadłeś tam i przewróciłeś rezydencję do góry nogami. Teraz, kiedy nikogo już nie ma, wróciliśmy do punktu wyjścia”.
Zacisnąłem pięści, powstrzymując się od uszczypliwej odpowiedzi. Patrzyłem, jak pociera skroń, wydając z siebie znużone westchnienie. Było jasne, że czuła na sobie ogromną presję.
„Przepraszam”, mruknąłem. „Wiem, że posunąłem się za daleko. Ale jaki miałem wybór? Kiedy mój potwór przejął nade mną kontrolę, nie miałem innego wyjścia, jak tylko poddać się jego woli”.
„Przepraszasz?” powtórzyła. Poczułem falę zażenowania i szybko spuściłem wzrok na ziemię. „Spójrz na mnie”.
Jej miękkie palce delikatnie uniosły mój podbródek. Odwzajemniłem jej spojrzenie. Moje oczy były pełne rozpaczy.
„Następnym razem zostajesz w tyle. Twój potwór nie może się wtrącać, Azriel. Rozumiesz?”
Skinąłem głową, czując się zupełnie jak zganione dziecko.
„Nienawidzę widzieć cię w takim stanie”, burknęła, sprawiając, że na moje usta wpełzł lekki uśmiech. „Co w tym takiego zabawnego?”
„Ty”, odpowiedziałem z szerokim uśmiechem. Kiedy przyglądałem się jej twarzy, zauważyłem, że jej usta również układają się w uśmiech. Jej zwykły akt wsparcia złagodził całe moje napięcie. „Naznaczenie czyni cuda”.
„Z pewnością tak”, przytaknęła, odwzajemniając mój uśmiech.
„MAMO!” Naszą prywatną chwilę przerwał znajomy głos. Przewróciłem oczami i odwróciłem się, gdy dziewczyna podeszła do nas.
„Czy coś się stało?” zapytała, odchrząkując. Wzięła głęboki oddech, uniosła głowę i posłała jej promienny uśmiech.
„Musisz coś zobaczyć”, wysapała dziewczyna. „Och, cześć, wujku”.
„Cześć”, mruknąłem tylko w odpowiedzi.
Przewróciła oczami i wystawiła mi język.
„Na litość Bogini, możecie już przestać? Te wasze ciągłe sprzeczki robią się powoli męczące”.
„On zaczął”.
„Więc odpieprz się!” warknąłem, obrywając za to w łeb od jej matki.
„Azriel! Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie przeklinał przy moich dzieciach?” skarciła mnie ostro.
„Niezliczoną ilość razy. A tak dla jasności, nie jesteśmy wcale kumplami!”, odparowałem, odwracając wzrok.
„Ze wzajemnością”, odparowała dziewczyna. Kiedy podeszła bliżej, jej czerwono-niebieskie oczy wyraźnie pociemniały.
Wzbrała we mnie złość. Z całej siły wbiłem paznokcie we własne dłonie.
„Dawaj, staruszku!” zakpiła.
„Wystarczy!”
Jęknąłem cicho, gdy stanęła między nami, rozpychając nas rękami na boki.
„Ale, mamo, on zaczął!”
„Wcale nie”, odwarknąłem szybko.
„Azriel!”.
„Dobra”, ustąpiłem, podnosząc w górę ręce w geście poddania.
„Idź i powiedz wszystkim, że zaraz wychodzimy”, poinstruowała swoją córkę.
Mój wzrok spoczął na gęstym lesie, który nas ze wszystkich stron otaczał. Uparcie unikałem jej spojrzenia.
„Czy powinniśmy już wracać?” Jej głos był bardzo łagodny.
Westchnąłem, rzucając jej przelotne spojrzenie.
„Jasne, chodźmy, zanim zjawi się twój mąż i oskarży mnie o to, że zatrzymałem cię z dala od niego na zbyt długo”. Uśmiechnąłem się delikatnie, biorąc ją za rękę.
Zaśmiała się perliście. „Och, proszę cię, Maximus by się nie odważył”. Jej śmiech przybrał na sile, kiedy uniosłem brew. „Dobra, może by się odważył”.
Wyprostowałem się z subtelnym uśmiechem na twarzy.
„Dziękuję”, powiedziałem nagle, całkowicie ją tym zaskakując.
„Dziękujesz?” powtórzyła.
„Tak, Amari. Dziękuję ci za to, że zawsze jesteś przy mnie”, odpowiedziałem, uśmiechając się do niej ciepło.
Zamrugała, po czym uśmiechnęła się niezwykle nieśmiało, powoli kręcąc głową.
„To zawsze dla mnie czysta przyjemność, Azriel”.

















































