
W rękach alfy: Zrodzeni z zimy
Autorzy
Lektury
385K
Rozdziały
7
Narodziny
PEARL
„Przyj!” – polecenie pielęgniarki zadźwięczało mi w uszach. Przecież parłam, prawda? Mocno trzymałam ją za rękę, ściskając ją przy każdym wysiłku. Moje nogi były szeroko rozłożone na łóżku, a czysta, biała pościel była teraz splamiona krwią.
A jednak mojego dziecka wciąż nie było w moich ramionach.
Minęły dni nieustannego bólu. Bólu tak silnego, że zaczęłam wątpić, czy zdołam to znieść. Ale nie miałam wyboru, moje dziecko musiało przyjść na świat. Kiedy tylko dowiedziałam się o ciąży, cel mojego życia uległ zmianie.
Mimo że moje dziecko postanowiło pojawić się na świecie nieco wcześniej.
Zbyt wcześnie.
W samym środku zimy.
Z moich ust wyrwał się jęk, gdy kolejny skurcz wstrząsnął moim zmęczonym ciałem. Ból osiągnął zenit, a ja krzyknęłam, prąc, podczas gdy moje ciało instynktownie pracowało, by wydać dziecko na świat.
Parłam i parłam, pot spływał mi po czole, a ciało drżało.
Wiejska akuszerka siedziała między moimi nogami, monitorując postęp. Widziałam, jak kręci głową na widok lekarza, któremu nie wolno było mnie dotykać – z rozkazu mojego męża.
Mojego męża jeszcze z nami nie było, ale wiedziałam, że lada chwila się zjawi. Czekał na nasze dziecko z taką samą niecierpliwością jak ja. Na naszego dziedzica.
Jego ekscytacja była wręcz namacalna, dopóki nie poinformowałam go, że zaczął się poród. Od tamtej pory go nie widziałam. Jego nieobecność mnie martwiła, ale ból porodu nie pozostawiał miejsca na inne myśli.
Było to bolesne doświadczenie, ale ten ból musiałam znieść.
„Pearl, musisz przeć mocniej. Twoje dziecko już tu jest. Dasz radę” – zachęcała mnie stanowczym głosem akuszerka Camilla.
Byłam wyczerpana. Obolała. Ale wiedziałam, że dam radę.
Więc to zrobiłam.
Parłam z całych sił, dopóki nie poczułam, że nacisk słabnie, a moje dziecko wyślizguje się ze mnie.
„Czy to chłopiec?” – zapytał lekarz.
„Dziewczynka, piękna dziewczynka” – oznajmiła Camilla, kładąc ją na mojej wilgotnej piersi. W moich oczach zakręciły się łzy, gdy trzymałam moją ukochaną córeczkę. Była malutka, ale czujna i zdrowa. Nawet nie zapłakała. Jej oczy w kolorze głębokiego granatu spoglądały w moje. Była idealna.
I do tego Zimorodna.
„Poinformuję o tym generała Mordechaja” – oświadczył lekarz.
Chciałam zaprotestować, ale ostry ból brzucha nie pozwolił mi dokończyć.
Moja córka zapłakała, przestraszona moim krzykiem bólu. Próbowałam ją uspokoić, ale ból znów wykręcał mnie od środka, a potrzeba ponownego parcia sprawiła, że zacisnęłam szczękę, a moje nogi zaczęły drżeć.
„Chwileczkę, doktorze Shaan. Jest drugie” – wydyszała Camilla.
Lekarz zawtórował jej zdziwieniu. „Kolejne Zimorodne?” Ze strachu szeroko otworzył oczy. Nie miałam czasu na strach. Parłam i parłam raz jeszcze.
Iris, kobieta pomagająca mi w wiejskich ogrodach, spróbowała zabrać córkę z moich ramion, by dać mi więcej swobody i ułatwić parcie, ale przyciągnęłam ją z powrotem. Nie ufałam nikomu na tyle, by powierzyć mu moją córkę. Była Zimorodną i nawet pomimo bólu, zdawałam sobie sprawę z tego, z czym to się wiązało.
Wtedy do mojego krzyku dołączył inny dźwięk. Cichy, bulgoczący płacz mojego drugiego dziecka.
„Chłopiec!” – wykrztusił lekarz. „Och. Generał musi o tym usłyszeć!” Doktor Shaan wybiegł z pokoju, a ja ciężko wypuściłam powietrze i spojrzałam na moją córkę.
Nie myślałam o imieniu dla dziewczynki. Mordechaj upierał się, byśmy rozważali tylko męskie imiona, by w ten sposób zmaterializować nasze pragnienia. Płeć była mi obojętna, ale on miał obsesję na punkcie posiadania dziedziców.
Camilla podała mi syna, szczelnie owiniętego w kocyk. Spojrzałam na nich oboje. Byli do siebie bardzo podobni, ale w twarzy mojej córki kryła się delikatność, której brakowało mojemu synowi.
Nie mogłam uwierzyć, że to zrobiłam. Urodziłam ich oboje, a teraz, kiedy tu byli, pokochałam ich. Była to miłość tak głęboka i bezwarunkowa, że nic nie mogło jej złamać.
Poczułam natychmiastową więź, dokładnie tak, jak mówiła moja matka.
Byli moim światem, moim sercem.
Camilla znów przysunęła się do moich nóg, by zająć się mną po ciężkim porodzie, gdy do pokoju wszedł mój mąż, Mordechaj Valarian. Poprawił swój generalski mundur i spojrzał na mnie z grymasem, po czym jego wzrok spoczął na dzieciach leżących na mojej piersi.
„Które to chłopiec?”
Pokazałam mu syna, a on obejrzał go dokładnie.
Mordechaj zacisnął szczękę i odchrząknął.
„Opuśćcie pokój” – rozkazał.
„Panie, pańska żona potrzebuje...”
„Potrzebuję chwili z moją żoną. Opuśćcie pokój.”
Camilla zawahała się, po czym z westchnieniem wyszła razem z resztą.
Mordechaj usiadł na brzegu łóżka. Nawet nie poprosił, żeby je potrzymać.
Żołądek wywrócił mi się na widok lekceważącego spojrzenia, którym je obdarzył. Na widok gniewu, który błysnął w jego oczach.
„Spałaś z innym mężczyzną?” – zapytał spokojnie.
Zmarszczyłam brwi, słysząc to pytanie. Nigdy nie byłam mu niewierna. Nigdy bym tego nie zrobiła. „Nie, oczywiście, że nie” – zapewniłam go.
„A jednak mamy bliźnięta. Zimorodne bliźnięta.”
„To błogosławieństwo, Mordechaju. Prawdziwe błogosławieństwo” – powiedziałam, z uśmiechem spoglądając na nie.
„Wioska nie jest zadowolona, Pearl. Zimorodni to przekleństwo rzucone na nas i na nasze porozumienie z wilkami. Przyjdą po nie” – ostrzegł. Ja też się tym martwiłam, ale nic im nie groziło, jeśli by się o nich nie dowiedzieli.
„Więc nie rejestruj ich narodzin w zimie. To nasze dzieci, Mordechaju. Musimy je chronić” – szepnęłam, całując je w czoła.
Moja córka spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami. Wyglądała tak niewinnie, że już pękało mi serce na myśl o tym, z jakim życiem przyjdzie jej się zmierzyć w wiosce, zważywszy na to, kim była. Ale na pewno to przetrwa. Sama o to zadbam. Będzie silna.
Jej brat zresztą też. Musieliśmy to dla nich zrobić.
„Omówię to z burmistrzami i obmyślimy plan” – powiedział Mordechaj, pochylając się, by pocałować mnie w czoło. Uśmiechnęłam się do niego, a on wyciągnął ramiona.
Zabrał ode mnie naszego syna. „Na razie zabiorę stąd bliźnięta, a ty będziesz mogła odpocząć. Musisz dojść do siebie” – oświadczył.
Zerwałam się gwałtownie do góry, ignorując przeszywający moje nogi ból.
„Chciałabym najpierw spędzić z nimi więcej czasu” – błagałam, ale Mordechaj jedynie pokręcił głową.
„Nie, Pearl. Przyślę tu z powrotem Camillę, by doprowadziła cię do porządku, a ty po wszystkim odpocznij. Pokażę bliźnięta wiosce, ogłoszę narodziny zdrowego syna i córki, dobrze?” – zasugerował kojącym głosem.
Uśmiechnęłam się, czując się odrobinę słabo. Byłam zmęczona. Więc po prostu skinęłam głową i oddałam mu naszą córkę. Oboje byli tacy malutcy, istny cud, że urodzili się tak zdrowi.
Mordechaj miał już wyjść, kiedy go zatrzymałam. „Zaczekaj, ich imiona” – rzuciłam.
Spojrzał na nie i skinął głową na naszego syna. „Będzie miał na imię Lucas. Po moim ojcu” – zdecydował Mordechaj. Zawsze chciał tego imienia dla naszego syna, więc przytaknęłam.
„A nasza córka... Lorelai” – szepnęłam, spoglądając na nią. Miała ten sam zamyślony wyraz twarzy, jaki zwykła mieć moja babcia. Niewinna twarz, za którą krył się ogień.
Mordechaj po prostu skinął głową i wyszedł z pokoju.
Chwilę później do pokoju wpadła Camilla, by dokończyć toaletę.
Zaparzyła mi herbatę, a ja zmarszczyłam brwi na ten nieznany mi zapach.
„Pachnie inaczej, nie używamy rumianku?” – zapytałam.
Pokręciła głową, unikając mojego spojrzenia i kontynuując zmianę pościeli, podczas gdy ja, już po umyciu, siedziałam na brzegu łóżka.
Ostrożnie upiłam łyk herbaty; smak mi nie przeszkadzał.
Zaledwie po trzech łykach zaczęłam czuć się senna. Chwilę później zapadłam w sen, nie zdając sobie sprawy, że poród tak błyskawicznie pozbawi mnie energii.













































