
Własność alfy 4: Uratowana przez alfę
Autorzy
Jen Cooper
Lektury
2,2M
Rozdziały
44
Zmiana
Lorelai
„Jesteś podekscytowana?” – spytałam, szczotkując długie, ciemne włosy Ryleigh.
„Zdenerwowana” – odparła cicho, wpatrując się w okno zamiast w lustro.
„Myślę, że pójdzie dobrze. To chyba normalna ceremonia dla wilkołaków. Derik powiedział, że z naszą pomocą twoja pierwsza przemiana będzie tak łatwa, jak to tylko możliwe” – powiedziałam.
Ryleigh lekko zadrżała, ale milczała, więc kontynuowałam szczotkowanie.
Spojrzałam na nią w lustrze. Mocno ściskała swoją koszulę nocną. Westchnęłam. Nie wiedziałam, jak ją pocieszyć przed pierwszą przemianą i ceremonią.
Pierwsza pełnia, pierwsza przemiana po zimie zawsze była wielkim wydarzeniem, ale nie znałam szczegółów.
Nie było mnie tu podczas ostatniej, więc nie wiedziałam, czego się spodziewać.
„Siedziałam tak jak ty, gdy czesano mi włosy przed moją ceremonią” – powiedziałam cicho.
Ryleigh spojrzała na mnie w lustrze.
Jej oczy zawsze przyciągały uwagę. Duże na okrągłej twarzy, jedno brązowe, drugie zielone. Pięknie komponowały się z opaloną skórą i jasnymi piegami na małym, zadartym nosku. Wyglądała bardzo młodo.
Ale taka nie była. Była silna. Miała Derika jako Alfę. To więcej niż inni. A on jej nie zawiedzie. Tego byłam pewna.
„Wilkołaki i ich ceremonie” – westchnęła.
Uśmiechnęłam się. „Lubią robić wszystko z pompą, co?” – zaśmiałam się, zaplatając jej włosy. Nie byłam tak dobra jak mama, ale ujdzie. „To cię denerwuje? Bycie w centrum uwagi?” – zapytałam.
Wzruszyła ramionami. „Nie lubię, gdy się na mnie gapi. Ani gdy wszyscy patrzą. Zwłaszcza nago. Tylko Vaughn widział mnie tak i miałam nadzieję, że tak zostanie” – powiedziała smutno.
Uśmiechnęłam się. Mogłam pomóc.
„Och, mogę coś na to poradzić. Mogę stworzyć magiczną zasłonę. Albo fajną fioletową mgłę, która ukryje cię, dopóki się nie przemienisz?”
Odwróciła się, patrząc na mnie z nadzieją. „Naprawdę możesz?”
Wzruszyłam ramionami. „Mam trzech Alf i jestem Luną, chyba mogę wszystko” – zaśmiałam się.
„I masz rację, Piękna” – uśmiechnął się Derik, wchodząc i całując mnie w czoło.
Odwzajemniłam uśmiech, gdy spojrzał na Ryleigh. Trzymał kwiaty i zaczął wplatać je w jej warkocz.
„Pearl zajmuje się dziećmi, ale powiedziała, że te pomogą. Dodadzą ci odwagi i pomogą w przemianie. Mają ci pomóc przejść przez ceremonię” – powiedział Derik, powtarzając słowa Pearl.
Pewnie tak było. Ryleigh szeroko się uśmiechnęła i skinęła głową. „Dziękuję, Alfo Deriku” – powiedziała.
Skinął głową i zwrócił się do mnie: „Jesteśmy gotowi. Załóżcie płaszcze i spotkajmy się na dole”.
„Jesteś pewien, że musimy mieć celebrację przemiany?” – zapytałam.
Zmarszczył brwi. „To nie jest celebracja, Piękna. Ta ceremonia to coś więcej. Zmieniamy się razem, krwawimy razem, poświęcamy się razem. To trzyma nas jako stado, rodzinę” – powiedział Derik stanowczo.
Wypuściłam powietrze, to było intensywne. Brax nie wyjaśnił tego tak.
„Brax powiedział, że będzie ceremonia, zmienimy się, pobiegamy, dobrze się bawimy. Nic nie wskazywało na krwawienie” – zmarszczyłam brwi, kładąc ręce na biodrach.
Derik przewrócił oczami. „To dlatego, że pozwoliłem Braxowi coś wyjaśnić”. Spojrzał na mnie i Ryleigh. Miał na sobie elegancki czarny płaszcz ze złotym wykończeniem. Wyglądał dostojnie, a jego oczy wydawały się jeszcze ciemniejsze.
Ryleigh objęła się ramionami i zadrżała. Położyłam dłoń na jej ramieniu i spojrzałam znacząco na Derika, wskazując na Ryleigh. Żeby zobaczył, że jego Beta się boi.
Derik uklęknął przy Ryleigh, kładąc dłonie na jej kolanach.
„Nie chcę łatwej wersji. Chcę wiedzieć, na co się piszę” – powiedziała stanowczo.
Przypomniało mi to rozmowę z mamą przed moją ceremonią. Poczułam ulgę, gdy wyjaśniła mi więcej.
Niewiedza była przerażająca.
„Pójdziemy na polanę w lesie. To miejsce, gdzie spotykają się wszystkie cztery obszary. Alfy natnią dłonie, krwawiąc na ziemię, a potem wy zrobicie to samo. Powiemy kilka słów, a gdy zrobi się ciemno i księżyc będzie najwyżej, zmienimy się. Razem”.
Tak, Brax dał nam znacznie prostszą wersję.
„A jeśli nie chcę się zmieniać przed wszystkimi?” – zapytała Ryleigh drżącym głosem.
Derik obdarzył ją łagodnym uśmiechem. „Będzie bardziej bolało, jeśli zrobisz to sama. Nawet gdybym był tylko ja. Z nami tam, będziemy mogli przejąć część bólu”.
Ryleigh zamknęła oczy, przełknęła ślinę i skinęła głową.
„Dobrze”.
„Będziemy tam z tobą. Vaughn i twoja córka też” – powiedział Derik.
Pozwalał mamie przyjść z Vaughnem i dziećmi, żeby też mogły uczestniczyć. Cain miał być z nimi, żeby upewnić się, że nic złego się nie stanie. Nie byłam nawet pewna, czy sama się zmienię. Wiedziałam, że powinnam, jako Luna i część stada, ale przemiana w ciąży nie brzmiała zachęcająco.
Reszta stada miała się zmienić, podobno było to wymagane.
„Althea. Tak ma na imię moja córka”.
„Althea też tam będzie” – powiedział Derik, żeby ją uspokoić.
Stanęłam obok Derika, gdy Ryleigh skinęła głową i zwróciła się do nas: „Czy mogę mieć chwilę, proszę?”
Derik skinął głową i wyprowadził mnie na korytarz przed jej pokojem. Był zarezerwowany dla niej i Vaughna, gdy zostawali. Musiała być blisko Derika co kilka dni, inaczej zaczynała chorować. Nauczyliśmy się tego w ciągu ostatnich dwóch tygodni.
Ryleigh zaczęła chorować, wymiotować, mieć ucisk w klatce piersiowej, aż prawie nie mogła oddychać. Derik to czuł, prawie zatrzymując swój oddech też.
To mnie martwiło. Bardzo.
Ale Cain powiedział mi, że życie Derika nie zależy od życia Ryleigh. Mogłabym zmienić zdanie na temat tego, jak dobrze zaakceptowałam więź bety, gdyby tak było.
„Zamierzam użyć magii, żeby osłonić Ryleigh. Jest bardziej nieśmiała niż my”.
Derik skinął głową. „Jeśli dzięki temu poczuje się lepiej”.
Uśmiechnęłam się szeroko i pocałowałam go. Przycisnął mnie do ściany, pogłębiając pocałunek.
To nie był dobry pomysł, gdy już odczuwałam tak silnie skutki ciąży. Byłam gotowa w każdej chwili, by mieć go w sobie.
Wydałam z siebie zadowolony dźwięk, gdy uniósł mnie, całując miękkimi ustami.
„A myślałem, że Derik jest tym odpowiedzialnym” – uśmiechnął się Kai, wychodząc zza rogu z Enzi owiniętą na piersi.
Uśmiechnęłam się do niego, a on przejął moje usta, moje ciało wciąż spoczywające na Deriku.
„Jeśli chodzi o Lorelai, najwyraźniej mogę ulec pokusie” – uśmiechnął się Derik, po czym opuścił mnie na ziemię.
Choć chciałam kontynuować, mieliśmy ceremonię, na którą musieliśmy iść.
Jakby na potwierdzenie moich myśli, słońce zaświeciło pomarańczowym światłem przez okno na końcu korytarza. Zachodziło, co oznaczało, że było już prawie czas.
„Czas, żebyś się ubrała, Mała Luno. Potrzebujesz pomocy?” – uśmiechnął się Kai.
Zaśmiałam się. Gdyby poszedł ze mną, ubieranie by się nie odbyło. Potrząsnęłam głową i odwróciłam się z powrotem do drzwi Ryleigh. Zapukałam.
„Rye? Mogę wejść?” – zapytałam.
„Tak” – powiedziała, jej głos był zdyszany. Weszłam, trzymając moich Alf na zewnątrz. Spojrzałam na Ryleigh, która miała na sobie srebrny płaszcz.
„Wyglądasz pięknie” – uśmiechnęłam się.
Przesunęła palcami po krawędziach płaszcza. „Chciałabym się tak czuć. Czy muszę być naga pod spodem?” – zapytała.
„Chyba tak, przepraszam” – skrzywiłam się, po czym zaczęłam zdejmować ubrania, aż byłam naga.
„Cóż, ja nie mam takiego ciała. Zwłaszcza po Althei” – ściągnęła swój płaszcz ciaśniej.
Jej ciało miało piękne krągłości i idealną skórę. Była przepiękna. Życzyłam sobie, żeby tak się czuła.
Założyłam swój czarny płaszcz, wiążąc go u góry, a potem przypinając zapinkę terytorium wilkołaków. Była to fala nad drzewem z trawą wzdłuż dołu wewnątrz koła.
„Masz wszystko, co potrzebne, żeby być piękną, Ryleigh, musisz tylko w to uwierzyć. My wierzymy i Vaughn też. Więc uwierz w to sama, bo to jest wszystko, co się liczy” – uśmiechnęłam się.
Skinęła głową. „Próbuję. Łatwiej jest w ludzkiej wiosce, gdzie każdy ma wady. Tutaj wydaje się, że każdy wilkołak jest idealny”.
Uniosłam jej podbródek do siebie, wsuwając luźny kosmyk jej włosów za ucho. „I ty też jesteś” – obiecałam.
Wyglądała na niepewną, ale westchnęła i skinęła głową.
„Chyba nie ma znaczenia. Muszę to zrobić” – powiedziała.
Cóż, nie myliła się.
Ta pełnia księżyca nie będzie na nikogo czekać.
Pukanie do drzwi sprawiło, że odwróciłyśmy się w stronę dźwięku.
Moja mama weszła z miedzianą miską, mieszając jej zawartość i odpędzając moich Alf, którzy czekali na zewnątrz, żeby nas zabrać.
„Kochane, chodźcie, nałóżcie to na skórę. To pomoże” – powiedziała.
Ufałam jej i od razu do niej podeszłam.
Zaczęłam wcierać to w swoje ciało pod płaszczem. Ryleigh poczekała, a potem zrobiła to samo.
„Dzika róża?” – zapytała Ryleigh, wygładzając to na swojej opalonej skórze. Sprawiało, że lśniła.
Mama skinęła głową. „Ładnie pachnie i sprawia, że skóra jest elastyczna. Nie jestem pewna, czy to pomoże przy przemianie, ale warto spróbować. A jeśli nie, cóż, przynajmniej będziecie miały piękną, promienną skórę” – uśmiechnęła się. Miała na sobie biały płaszcz z zapinką stepów nad pełną szarą sukienką. Jej włosy były zaplecione w warkocze biegnące po obu stronach głowy z małymi białymi kwiatkami wplecionymi w nie.
Uśmiechała się, rozmawiając z Ryleigh o dzikiej róży.
Wydawała się taka szczęśliwa i spokojna. To była miła odmiana i cieszyłam się, widząc to na jej twarzy.
„Panie, nie chcę przerywać, ale musimy zejść na polanę” – powiedział Derik przez drzwi.
Skończyłyśmy nakładać olejek na skórę i wyszłyśmy z pokoju Ryleigh.
Derik poprowadził nas na dół do holu, gdzie czekali Brax i Kai, każdy z bliźniakiem owiniętym na sobie.
Vaughn trzymał Altheę.
Cain i Beenie byli w ciemnych częściach holu, obaj wyglądając, jakby woleli być gdziekolwiek indziej.
Cain nie lubił przebywać ze stadem od czasu śmierci swojej matki, a kilka razy, gdy poszłam zobaczyć ich w wieży, kazali mi odejść. Byłam prawie pewna, że pracowali nad planem zemsty.
Będę musiała sprawić, żeby się otworzyli, zanim wplączą nas w kolejną wojnę, ale przed tym musieliśmy przejść przez dzisiejszy wieczór.
Pierwsza pełnia po zimie. Pierwsza przemiana Ryleigh.
To było wielkie wydarzenie, najwyraźniej.
Vaughn miał pasujący płaszcz do Mamy, biały ze srebrną zapinką. Nie byłam pewna, czy to oznaczało obserwatora czy człowieka, bo Cain nawet nie miał płaszcza.
Kai i Brax mieli taki sam czarny płaszcz jak Derik i ja, to musiała być rzecz Alf.
Srebrny płaszcz najbardziej wyróżniał się na Ryleigh i wiedziałam, że będzie tego nienawidzić, ale była specjalnym gościem.
Galen był w miękkim szarym płaszczu ze złotą zapinką, tak jak Beenie i reszta stada.
„Iskierko, zepsułaś Derika. Nigdy się nie spóźnia” – zażartował Brax.
Wzruszyłam ramionami. „Mam potrzeby”.
Jego oczy błysnęły głodem, gdy podszedł, całując moje usta, a potem prowadząc pocałunki w dół mojej szyi, przyciskając usta do mojego ucha. „Znam twoje potrzeby” – wyszeptał.
Zadrżałam, czując jego mięśnie brzucha przez płaszcz, oblizując usta.
To było jak przełącznik we mnie i włączali go za każdym razem, gdy byli blisko. To było uzależniające, ale to było uzależnienie, które lubiłam.
„Wkrótce, Iskierko” – obiecał Brax. Pocałowałam go z powrotem, potem chwyciłam jego dłoń i pozwoliłam mu poprowadzić mnie z innymi. Przycisnęłam pocałunek na czubku śpiącej głowy Zale'a, wychodząc na zewnątrz i idąc za nimi kamienną ścieżką.
Kai podszedł do mnie, kładąc ramię na moich barkach i przyciągając mnie blisko. Enzi uśmiechnęła się do mnie ze swojego nosidełka, a ja posłałam jej całusa.
Zachichotała i chwyciła kosmyk moich włosów.
Uwielbiała włosy. Zwłaszcza Braxa. Jego niebieski warkocz był jej ulubioną zabawką.
Moją też, Enzi, uśmiechnęłam się szeroko.
Derik poprowadził nas wszystkich na polanę, która wyglądała zupełnie inaczej niż ostatnim razem, gdy byliśmy tu z wampirami.
Na środku było duże ognisko ze świecami wszędzie dookoła, otaczając polanę ciepłym światłem i dymem unoszącym się w niebo.
Zapach ognia i wilkołaków czuł się jak dom i osiadł w mojej piersi z ciepłem, które sprawiło, że się uśmiechnęłam.
Mała drewniana platforma została postawiona dla nas, jak wtedy, gdy mieliśmy ruje, i Derik poprowadził nas do niej.
Mama, Galen, Cain i Beenie stali obok niej z Vaughnem i Altheą.
Stanęłam na platformie z moimi Alfami i Ryleigh, twarzą do stada, które było ubrane w szare płaszcze z miękkiego materiału ze złotymi zapinkami terytorium wilków.
Tak wiele osób stało przed nami, wszystkie czekające na polecenia. Wszystkie tak lojalne wobec nas. Wszystkie akceptujące dziwną małą rodzinę, którą stworzyliśmy.
To sprawiło, że moje oczy napełniły się łzami. Były to łzy dumy, szczęśliwe łzy, takie, które nie tylko pokazywały, że czuję wiele, ale także że więź między nami wszystkimi była bardzo silna.
Księżyc już wschodził na niebie, świecąc na nas na polanie.
Jego dotyk na mojej skórze sprawił, że wzięłam głęboki, uspokajający oddech.
Moja magia poruszyła się we mnie, reagując na światło księżyca. Ciemność mocy, którą miałam, stała się niewinna, tańcząc do muzyki, którą tylko ona mogła słyszeć.
Była szczęśliwa.
Ja też byłam.
I było to lekkie we mnie. Nawet moje cienie były lekkie. To było najbliżej spokoju, jak byłam od mojej ceremonii krwawego księżyca.
Derik wydał głośne wycie nad polaną, dźwięk odbijał się echem w nocy. Inne wilkołaki go naśladowały, harmonia ich wycia czuła się głęboko w moich kościach, aż nie mogłam się powstrzymać od dołączenia.
Kiedy chór wycia ustał, noc była cicha. Tylko trzaskanie ognia i dźwięki naszych młodych przerywały ciszę.
Stado czekało.
I to był pierwszy raz, kiedy widziałam całe stado razem.
Ruja zawsze dotyczyła tylko dorosłych, zwykle tych niesparowanych.
Wojna była dla stada Kaia, silnych wojowników, walczących. Dla wodnych wilków Braxa, tych, którzy byli trochę bardziej przebiegli niż silni. I rady Derika z jego wilkami chroniącymi tych, którzy nie mogli się bronić.
Ale w tych czasach ci, którzy nie mogli walczyć, robili więcej broni, pożyczając swoją siłę przez stado, nigdy razem.
Ale dziś wieczorem wszyscy tu byli. Nawet młodzi.
Byliśmy dużą grupą ludzi w płaszczach, czekających, aż księżyc będzie najwyżej, żebyśmy mogli w pełni się połączyć.
Nie mogłam się doczekać.
Coś w powietrzu sprawiało, że byłam podekscytowana, że jestem częścią tego, mimo że nigdy wcześniej nie byłam częścią tego i nie wiedziałam, czego się spodziewać.
„Wilkołaki. Znowu nadszedł ten czas. Pierwsza przemiana po zimie. I rzeczy są trochę inne” – ogłosił Derik, patrząc na mnie, a potem na Ryleigh, która mocno się zarumieniła. „Byliśmy w stanie zmieniać się tej zimy, więc pierwsza przemiana nie będzie tak trudna, dzięki waszej Lunie” – zawołał.
Wilkołaki zawyły i zagwizdały.
Skinęłam głową w ich stronę, witając się, stojąc między Kaiem a Braxem.
„I mamy naszą pierwszą Betę!” – zawołał.
Wilkołaki oszalały, a więcej wycia wypełniło noc. Podekscytowanie mrowiło mi skórę.
















































